Zadziwiająca jest ta cywilizacja zachodnia. Z jednej strony przetacza z wielkim wysiłkiem walec antynikotynowy. Z drugiej zaś coraz przychylniejszym okiem spoziera na legalizację niektórych narkotyków. „Narkofobia” staje się synonimem ciemnoty albo psychozy. W Iranie „głupia” marycha prowadzi za druty, za to od papierosowego dymu aż gęsto, także na ulicy. Na Zachodzie nikotyna jest delegalizowana w kolejnych miejscach publicznych, głośno za to wokół postulatów legalizowania sprzedaży narkotyków. Jeszcze nie reklamuje się marihuany na billboardach, ale lepiej zawczasu oswoić się z napisem: „Minister zdrowia ostrzega: wąchanie kleju szkodzi zdrowiu”.

W sporze między wolnością jednostek a tzw. normami społecznymi wygrywa od paru dziesiątków lat powiedzenie: „A komu to szkodzi, skoro możesz, ale nie musisz”. No właśnie. Sukces walki z paleniem nikotyny w miejscach publicznych to sukces prywatyzacji obyczajów – jak chcesz sobie palić, to pal, ale nie przy mnie. To podejście toruje zwycięstwo prywatnego zażywania narkotyków. Nie chcesz? Nie musisz. Chcesz? Najobrzydliwszym skutkiem nikotynizmu nie jest stan płuc i krtani palaczy, tylko stan płuc i krtani osób niepalących, a wdychających. Kiedy jednak palacz smolisty zostanie odgrodzony od kawiarni (!), domów z małymi dziećmi, poczekalni dworcowych etc., etc., wtedy nie ma już żadnego logicznego powodu, żeby zabraniać mu palenia. A niech się wędzi. I czemuż by nie zastosować podobnego rozumowania wobec idiotów zażywających narkotyki?

Być może uda się utrzymać miękkie narkotyki na pozycji specyfiku podlegającego różnym ograniczeniom dystrybucyjnym. Może nawet nie będzie takich zabawnych reklam z kowbojami, pędzącymi końmi i bydłem rogatym – i skrętem. Jakoś się koncerny, które wyrosną na narkoliberalnym prawodawstwie, dostosują do ograniczeń. Będą w nich pracować również weterani, którzy kręcili biznes w czasach znacznie gorszych – nowe czasy uznają za raj. A za kolejnych ileś tam lat filmowi bohaterowie znowu będą palić. Skręty.