Jeden kraj, trzy języki urzędowe, kilka narodów i dwie policje. Skomplikowana struktura wewnętrzna Belgii sprawia, że także na gruncie bezpieczeństwa i walki z terroryzmem jedność kraju jest fikcją. Choć trzeba przyznać, że – poza zamachami na Muzeum Żydowskie w Brukseli – w samej Belgii nie było ataków terrorystycznych. To ważne, ale fakt, że zagnieździli się tu islamscy terroryści, jest co najmniej niepokojący.

Belgia formalnie dzieli się na trzy regiony: Flandrię, Walonię i region stołeczny Brukseli. Poza rządem federalnym, istnieją rządy i parlamenty regionalne. Między tymi różnymi strukturami trwa ciągła walka o władzę, wpływy i większy budżet. Ten skomplikowany system przekłada się na funkcjonowanie organów państwa, w tym policji. To właśnie brak koordynacji i wymiany informacji między policjantami walońskimi a flamandzkimi wpłynął na błędy w sprawie pedofila mordercy Marca Dutroux. Skandal stał się impulsem do reformy policji, którą przeprowadzono w 2001 r. Teraz służba ta dzieli się na policję federalną i lokalną. W samej Brukseli jest sześć różnych wydziałów policji.

Mimo zmian policja często jest oskarżana o opieszałość i niedbalstwo. Sami policjanci także nie są zadowoleni z warunków służby. W 2014 r. doszło do dwóch wielkich strajków przeciwko wydłużeniu wieku emerytalnego o osiem lat. – Jak mamy w wieku 61 lat biegać za złodziejami? – pytali wówczas policjanci. Poza tym policjanci żądali też lepszego uzbrojenia i skarżyli się, że… nie czują się bezpiecznie na ulicach miast, zwłaszcza muzułmańskich dzielnic Brukseli czy Antwerpii. Skoro policjanci nie czują się bezpieczni, to jak mają się czuć zwykli obywatele?

Dopiero teraz władze belgijskie przyznały, że w dzielnicy Molenbeek poniosły klęskę i policja nie była w stanie jej należycie kontrolować. Co to znaczy kontrolować? Z jednej strony na obronę służb trzeba zapisać fakt, że – poza ubiegłoroczną strzelaniną w Muzeum Żydowskim w Brukseli – w samej Belgii nie doszło do większych ataków. Z drugiej strony od kilkunastu lat w brukselskim Molenbeek oraz miastach Charleroi, Maaseik i Viviers rozwijały się siatki terrorystyczne. Islamiści z nimi związani, mieszkając w spokojnej Belgii, planowali zamachy m.in. w Casablance, Londynie, Rijadzie i teraz w Paryżu.

Jak to możliwe, że po aresztowaniu w 2005 r. marokańskiego piekarza, głowy siatki terrorystycznej w Maaseik, nie zaczęto bardziej zdecydowanej infiltracji tych środowisk? Jednym z powodów była wciąż nie dość mocna – pomimo istnienia policji federalnej – wymiana danych między gminami flamandzkimi i walońskimi, a przede wszystkim wielość ośrodków decyzyjnych. Przeszkodą była też poprawność polityczna. Nie chcąc się narazić na zarzut islamofobii i dyskryminacji religijnej, służby w niewystarczający sposób kontrolowały meczety.

Reklama

W efekcie w jednej z brukselskich świątyń przy Parku Cinquantenaire (o kilka kroków od głównej siedziby Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych i kilka minut pieszo od Komisji Europejskiej i Rady) działał radykalny imam, wzywający do wprowadzenia szariatu. Nikt nie niepokoił też imama rodem z Arabii Saudyjskiej, który nauczał w największym meczecie w Molenbeek. Dopiero teraz okazało się, że jego kazania nawoływały do prowadzenia dżihadu.

Z kolei trzy lata temu w innej dzielnicy o nie najlepszej reputacji, Anderlechcie, salafita podpalił tamtejszy szyicki meczet. W pożarze zginął imam. Sygnałów o radykalizacji środowisk islamskich było zatem coraz więcej. Dopiero od niedawna władze belgijskie starają się kontrolować wracających z Syrii dżihadystów. Niektórzy z nich są sądzeni i trafiają do więzienia. Co jeszcze utrudnia walkę z islamistami? Na pewno hermetyczność środowiska. Kto dobrowolnie będzie w sercu muzułmańskiej dzielnicy rozmawiać z policją? Z policją, która stara się tam zresztą zbyt często nie zapuszczać?

>>> Czytaj też: Polska kupuje ropę od terrorystów? To propaganda Moskwy