To, co stało się w Kalifornii w sierpniu, można interpretować wedle wyznawanych od dawna poglądów.
Zwolennicy energii jądrowej będą dowodzić, że bez atomu wszystko rozsypałoby się w proch i planowane wyłączenie atomówek w Kalifornii to szaleństwo.
Przeciwnicy OZE będą wskazywać, że źródła odnawialne zawiodły w krytycznym momencie, dowodząc swojej nieprzydatności.
Zwolennicy OZE mogą za to argumentować, że największe problemy zaczęły się od awarii w elektrowniach gazowych, które dowiodły w ten sposób swojej zawodności.
Sympatycy "samowystarczalności energetycznej" będą z kolei alarmować, że liczenie na import może się źle skończyć, gdy zabraknie go w najczarniejszej godzinie.
I tak dalej, i tak dalej…
Upały rozwalają system
Zanim spróbujemy odtworzyć sekwencję wydarzeń, podkreślmy jedno: do planowych wyłączeń prądu mieszkańcom z powodu niewydolności systemu doszło dwa razy, w dwóch kolejnych dniach sierpnia i trwały one po kilka godzin. Natomiast intencjonalny blackout z września był wywołany pożarami.
Do połowy sierpnia w Kalifornii nic specjalnie się nie działo. No, może poza rozrostem magazynów energii. 13 lipca do sieci przesyłowej, zarządzanej przez California Independent System Operator (CAISO) podłączono największą w USA baterię akumulatorów, o mocy 62,5 MW i pojemności 62,5 MWh, podnosząc moc magazynów w tym systemie do prawie 280 MW. Tak na marginesie, do końca roku moc magazynów ma sięgnąć 923 MW. Przyrost imponujący, bo 6-krotny w ciągu roku. 1 stycznia w systemie CAISO było bowiem „jedynie” 136 MW.
Sprawy zaczęły się komplikować 13 sierpnia, kiedy prognozy pogody jednoznacznie przepowiedziały dwa zjawiska. Pierwszym była wielodniowa falę upałów, z temperaturami przekraczającymi średnie o wielkość rzędu 10 stopni Celsjusza. Ponieważ podstawową instalacją domową w Kalifornii jest klimatyzacja, to prognoza zapowiadała znaczący wzrost obciążenia sieci. Dopiero od tego roku na mocy California solar mandate, każdy nowy dom mieszkalny ma mieć panele fotowoltaiczne.
