Klient zapłaci, bank nie zarobi. A jednak banki powinny być zyskowne

Bank
<p>Bank</p>/ShutterStock
Zyskowne banki to stabilność systemu, a więc i bezpieczeństwo naszych depozytów oraz możliwość wspierania wzrostu gospodarczego

Od ładnych paru lat można o nich powiedzieć wszystko, tylko nie to, że są pieszczochami opinii publicznej czy władzy. U zwykłych ludzi najwięcej straciły przez kredyty walutowe. Politykom wystarczyło odkrycie, że jeśli uszczypniesz złe instytucje finansowe, to możesz zarobić parę punktów u wyborców. Banki to przecież „oszukańcze pseudohipoteki we frankach”, wielkie premie dla prezesów, śmieszne oprocentowanie depozytów i drogie kredyty. A żeby jeszcze taki kredyt można było dostać, zamiast iść po chwilówkę do firmy pożyczkowej... Dlatego nie brakowało zadowolonych, gdy w paru poprzednich latach zyski banków zostały mocno ograniczone. A gdy w tym roku wyniki jeszcze się pogorszyły, podniosły się głosy: „Co to za narzekania bankowców, że mają małe zyski? Wszyscy cierpią, byłoby fair, gdyby razem z nimi pocierpiały i banki”.

A jednak – banki powinny być zyskowne. I nie chodzi wcale o bonusy dla prezesów– bo te takie znów wielkie nie będą. Po pierwsze dlatego, że pogorszenie wyników oznacza, że wyznaczonych jeszcze przed rokiem celów, których realizacja warunkuje wypłatę, nie uda się zrealizować. Przynajmniej najważniejszych – dotyczących zyskowności. Nie będzie więc czego nagradzać. Ale jest i drugi powód. Nadzorcy mówią jasno: to nie jest czas ani na płacenie dywidend, ani też wysokich premii. Jeśli premie za bieżący rok zostaną obcięte, przełoży się to na wynagrodzenia menedżerów przez kilka następnych lat. Powód? Od pewnego czasu obowiązuje zasada, że wypłatę bonusu trzeba rozkładać w czasie. Żeby unikać sytuacji sprzed globalnego kryzysu finansowego – że ktoś jest w stanie napompować wyniki w krótkim czasie i zaraz potem zwiać z premią, nie martwiąc się o to, czy w kolejnych latach da się podtrzymać dobrą passę, czy też skok zysków w jednym roku odbije się czkawką w kolejnym.

Idzie średnio

Chodzi o dwie zupełnie inne sprawy: stabilność systemu, a więc i bezpieczeństwo naszych depozytów oraz o możliwość wspierania przez banki wzrostu gospodarczego.

Można mówić: „lepszy dobrze zarządzany bank z małymi kapitałami niż źle zarządzany z dużymi”, ale doświadczenie i regulacje temu przeczą. Doświadczenie, bo ten źle zarządzany prędzej czy później będzie miał problemy z zyskami i kapitałem. Zaś regulacje mówią wprost: bank nie może powiększać skali działania bez pomnażania kapitału. W uproszczeniu chodzi o to, żeby w każdy kredyt były zaangażowane nie tylko depozyty klientów, lecz także pieniądze udziałowców tak, żeby nie zagrażając depozytom, bank był w stanie pokryć straty, gdyby kredyty nie były spłacone.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Łukasz Wilkowicz
Łukasz Wilkowicz
Zastępca redaktora naczelnego DGP. Pisze głównie o finansach, chętniej o fuzjach i wynikach banków niż o oprocentowaniu depozytów i kredytów. Drugi ulubiony temat: makroekonomia.
Zobacz wszystkie artykuły tego autoraKlient zapłaci, bank nie zarobi. A jednak banki powinny być zyskowne »
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj