– Obserwacja danych z całej gospodarki nie potwierdza, by w Polsce zadziałało zjawisko spirali płacowo-cenowej – twierdzi dr Michał Możdżeń, adiunkt w Katedrze Polityk Publicznych Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Podkreśla też, że wzrost płac rok do roku w firmach zatrudniających powyżej 10 osób oraz w sferze budżetowej w 1 kwartale 2022 r. wyniósł ponad 9 proc., podczas gdy inflacja w marcu osiągnęła 11 proc. Oznacza to, że spadają płace realne i to bez uwzględnienia płac w mikroprzedsiębiorstwach, których dynamika prawdopodobnie jeszcze bardziej odstaje od wzrostu cen. Majowe dane o wzroście płac też potwierdziły, że wzrost cen wyprzedził wzrost zarobków.

Popyt nakręca marże

Reklama

Czy taka spirala może zadziałać? Zdaniem Michała Możdżenia teoretycznie jest to możliwe, ale w praktyce trudne. – Barierą jest słaba siła przetargowa polskich pracowników, którzy nie są uzwiązkowieni i indywidualnie muszą się mierzyć z silniejszą pozycją negocjacyjną pracodawców – tłumaczy adiunkt.

W ocenia naukowca za wzrost cen odpowiadają u nas przede wszystkim czynniki podażowe: szybko rosnące ceny energii, paliw i żywności. Następne w kolejności są wysokie marże części firm, szczególnie dużych, które wynikają z ich pozycji monopolistycznej oraz z rosnącego popytu. Ekspansywna polityka fiskalna, zdaniem eksperta, jest na razie w większej mierze planowana niż realizowana.

Za wzrost cen odpowiadają u nas przede wszystkim czynniki podażowe: szybko rosnące ceny energii, paliw i żywności. Następne w kolejności są wysokie marże części firm, szczególnie dużych, które wynikają z ich pozycji monopolistycznej oraz z rosnącego popytu.

Pytany dlaczego duże firmy mogą podnosić marże, dr Możdżeń odpowiada, że wciąż znajdują popyt na swoje produkty, który częściowo pochodzi z utrzymującej się na wysokim poziomie konsumpcji, a częściowo z akumulacji zapasów. – Firmy próbują podwyższać ceny powyżej inflacji, oczekując jej wzrostu. To może tworzyć specyficzną spiralę, ale ona na dłuższą metę nie może się utrzymać – przewiduje Możdżeń. W pewnym momencie, jak wyjaśnia, spadający udział płac w PKB spowoduje spadek popytu ze strony pracowników.

Jak zaznacza, alternatywa, w postaci szybkiego wzrostu zadłużenia gospodarstw domowych, byłaby bardzo niekorzystnym sposobem na podtrzymanie konsumpcji. – Jednocześnie zapasy nie mogą rosnąć w nieskończoność – dodaje.

Pod silną presją

Dr Adam Czerniak z SGH, dyrektor ds. badań Polityki Insight, ocenia, że bardzo trudno jest empirycznie zweryfikować istnienie spirali płacowo-cenowej w gospodarce, ponieważ zawsze współwystępuje ona wraz z innymi czynnikami prowadzącymi do podwyżek cen, takimi, jak wzrost cen towarów importowanych, ograniczenia podażowe w dostępie do niektórych dóbr czy nadmierna podaż taniego pieniądza ze strony banku centralnego.

– Poszlakowo można ją badać poprzez nastroje pracowników i pracodawców. W uproszczeniu spirala płacowo-cenowa to bowiem wzrost cen wymuszony przez podwyżki płac, które z kolei były umotywowane podwyżkami cen – opisuje Czerniak i wyjaśnia, że to dlatego spirala przejawia się w nasileniu presji płacowej, zwłaszcza motywowanej wzrostem cen, rosnącym udziale płac w strukturze kosztów, a także ogólnym wzrostem oczekiwań inflacyjnych.

Spirala płacowo-cenowa to bowiem wzrost cen wymuszony przez podwyżki płac, które z kolei były umotywowane podwyżkami cen.

– O ile obecnie widzimy bardzo wysoką presję płacową, bo według danych Narodowego Banku Polskiego odczuwa ją 75 proc. firm, a wielu pracowników motywuje chęć otrzymania podwyżki rosnącymi kosztami życia, to z perspektywy przedsiębiorców podwyżki płac stanowią jeszcze mniejsze zmartwienie niż podwyżki cen surowców, energii czy wzrost obciążeń podatkowych – akcentuje Adam Czerniak.

W jego ocenie sygnalizuje to, że spirala płacowo-cenowa jest na razie niewielka, ale niewłaściwa polityka gospodarcza państwa, w tym zwłaszcza luźna polityka fiskalna rządu może doprowadzić do jej dalszego rozkręcenia i utrwalenia oczekiwań inflacyjnych na wysokim poziomie.

– W takim scenariuszu zatrzymanie spirali płacowo-cenowej będzie bardzo kosztowne i będzie wymagało utrzymywania przez długi czas bardzo wysokich stóp procentowych, podobnie jak miało to miejsce w USA w latach 80. XX w. – podkreśla ekspert.

Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, podziela opinię, że wiele wskazuje na to, iż możemy znajdować się w początkowej fazie spirali cenowo-płacowej. – Klasycznym symptomem tego zjawiska jest wyraźne powiązanie nominalnego tempa wzrostu płac z poziomem inflacji, którego konsekwencją jest wzrost kosztów po stronie firm, przenoszony na jeszcze wyższe ceny – tłumaczy.

Zatrzymanie spirali płacowo-cenowej będzie bardzo kosztowne i będzie wymagało utrzymywania przez długi czas bardzo wysokich stóp procentowych, podobnie jak miało to miejsce w USA w latach 80. XX w.

Zdaniem Kozłowskiego, gdy przeanalizujemy roczne dynamiki płac w sektorze przedsiębiorstw za ostatnie miesiące, okazuje się, że mimo bezustannie przewyższających oczekiwania odczytów wskaźnika inflacji, stale utrzymywała się dodatnia realna dynamika przeciętnego wynagrodzenia.

– Nie tylko bowiem wzrost cen jest wyższy od prognoz, ale też i tempo wzrostu płac. Z jednej strony jest to pozytywne zjawisko z punktu widzenia pracowników, gdyż siła nabywcza ich wynagrodzeń zostaje utrzymana, a nawet nieznacznie wzrasta. Oczywiście odnosi się to do całościowego koszyka nabywanych dóbr i usług, gdyż siła nabywcza odnoszona do wielu pojedynczych produktów i kategorii, takich jak paliwa, obniża się – mówi ekonomista.

Ciasny rynek pracy

Z drugiej jednak strony, zdaniem Łukasz Kozłowskiego, konsekwencją występowania takich relacji między cenami i płacami jest utrzymanie silnego popytu, który w obecnych warunkach napędza inflację. – Mamy obecnie bardzo ciasny rynek pracy, z bezrobociem na poziomie zaledwie 3 proc. oraz setkami tysięcy wakatów w firmach. Sytuacji istotnie nie zmienił nawet masowy napływ uchodźców z Ukrainy do naszego kraju – opisuje. W takich warunkach, zaznacza główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, pracodawcy muszą szybko reagować i dostosowywać się do oczekiwań pracowników w zakresie poziomu wynagrodzeń, aby zachować konkurencyjność na rynku i przynajmniej utrzymać stan liczebny załogi.

– Niewątpliwie wysoka inflacja coraz częściej staje się natomiast argumentem wykorzystywanym w negocjacjach płacowych. To oczywiście powoduje wzrost kosztów firm, wywierając presję na ich rentowność – dodaje.

Wysoka inflacja coraz częściej staje się natomiast argumentem wykorzystywanym w negocjacjach płacowych.

Ekonomista FPP przyznaje, że rosnące koszty można zrekompensować poprzez rosnące ceny – jednak nie zawsze jest to możliwe. – Do niedawna, firmy obawiały się podnoszenia cen, ze względu na możliwą reakcję klientów oraz silną konkurencję rynkową. W obecnych warunkach, kiedy drożeje prawie wszystko, akceptacja i przestrzeń dla wzrostów cen jest znacznie większa. Ostatnie lata przed pandemią, kiedy w gospodarce panowała dobra koniunktura, a inflacja pozostawała niska, były paradoksalnie okresem, kiedy firmom trudno było utrzymywać marże poprzez dostosowania po stronie cen. Teraz sytuacja się odwróciła i od pewnego czasu widzimy rosnące wskaźniki rentowności przy rosnących cenach – opisuje Łukasz Kozłowski.

Jak podkreśla, nie zgodziłby się jednak z tezą, że w związku z tym powinniśmy mówić o spirali cenowo-marżowej, zamiast spirali cenowo-płacowej. – To nie chwilowy wzrost wskaźników rentowności w sektorze przedsiębiorstw jest przyczyną obecnego rozkręcania się mechanizmów inflacyjnych. Pierwotny impuls wyszedł ze strony rynku surowców energetycznych, towarów żywnościowych oraz rozgrzanego rynku pracy – przekonuje.

Wysoka inflacja coraz częściej staje się natomiast argumentem wykorzystywanym w negocjacjach płacowych. To oczywiście powoduje wzrost kosztów firm, wywierając presję na ich rentowność.

Niezależnie od tego, że za obecną inflację w znacznej mierze odpowiadają czynniki zewnętrzne, procesy zainicjowane w gospodarce z powodu szybkiego wzrostu cen mogą zdaniem Łukasza Kozłowskiego podtrzymywać wysoką inflację nawet po wygaśnięciu efektów tych szoków.

– Firmy podnoszą ceny, czasami powyżej, a czasami poniżej wzrostu ponoszonych przez nie kosztów. W warunkach wysokiej i nieprzewidywalnej inflacji, ceny bywają bowiem zmieniane z uwzględnieniem „zapasu” na dodatkowe przyszłe wzrosty kosztów. Trudno zresztą przewidzieć w takich okolicznościach, jaki poziom wzrostu cen pozwoli rzeczywiście na utrzymanie dotychczasowej rentowności – mówi.

Eksperci tłumaczą, że trudno przewidzieć, jak długo rynek będzie w stanie absorbować podwyżki, a w którym momencie nastąpi spadek sprzedaży. – Wymykająca się spod kontroli i znacznie przewyższająca cel banku centralnego inflacja nie jest zatem wcale zjawiskiem korzystnym dla firm, lecz wręcz przeciwnie – zagrożeniem poważnie utrudniającym dalsze planowanie i prowadzenie biznesu – twierdzi Łukasz Kozłowski.

Energetyczny pat

Wróćmy do rosnących cen energii i paliw, czyli – w ocenie Michała Możdżenia – kluczowego czynnika proinflacyjnego. W jego opinii firmy paliwowe, podobnie jak inne duże przedsiębiorstwa, wykorzystały inflacyjny okres do podwyższania marż, co zwiększało ich zyski. – Rządy innych krajów, jak Wielka Brytania, Węgry czy Niemcy, zaproponowały wręcz podatek od ponadnormatywnych zysków (windfall tax), aby zniechęcić do windowania marż – zauważa. W Polsce, jak przypomina, dyskusja nad takim rozwiązaniem jest jeszcze w powijakach. Kilka tygodni temu wspomniał o tym premier Mateusz Morawiecki, ale w kontekście… Norwegii.

Pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotr Naimski w niedawnym wywiadzie dla DGP, pytany czy nasze spółki powinna objąć taka danina, odpowiedział: „Gaz dla PGNiG Rosjanie odcięli z końcem kwietnia. Spółka i jej klienci musi sobie radzić na niestabilnym i drogim teraz rynku europejskim. PKN Orlen i Lotos będą realizowały politykę derusyfikacji zaopatrzenia w ropę prowadzoną przez rząd i wpisującą się w planowane unijne sankcje na import ropy z Rosji. Nie będą beneficjentami spolityzowanych dostaw rosyjskich”.

Michał Możdżeń mówi, że może być też tak, że coraz bardziej prawdopodobnie czekająca nas globalna recesja utrudni dyskusję nad ograniczeniem inflacyjnych zysków firm, które będą się w takich warunkach mierzyć z szybko spadającymi zyskami.

Michał Hetmański, współzałożyciel i prezes think tanku – Fundacja Instrat, wskazuje, że za wzrostem cen towarów i usług w Europie stoją nośniki energii, ale też popandemiczne odbicie. – Na te pierwsze nie da się reagować narzędziami standardowej polityki monetarnej, czyli podwyżką stóp procentowych – akcentuje.

Za wzrostem cen towarów i usług w Europie stoją nośniki energii, ale też popandemiczne odbicie.

Jak dodaje, w Polsce, tak jak w całej UE, rząd obniżył podatki od energii, aby krótkoterminowo przeciwdziałać rosnącym rachunkom, a nawet szykuje dopłaty do węgla. – Ale to tylko kroplówki czy nawet mefedron na podratowanie zdrowia pacjenta, którego uzależnienie od paliw kopalnych da się wyleczyć tylko na długim odwyku. Pacjent wróci do formy jak odstawi używki, zmieni dietę i zamiast importować paliwa kopalne zacznie wytwarzać energię z odnawialnych źródeł i ograniczy jej zużycie – przekonuje.

Co to oznacza w praktyce? – Dla utrzymania ciepła w domu można zużyć mniej gazu i węgla, ale trzeba go ocieplić. Przejechanie tego samego dystansu nie wymaga jazdy własnym SUV-em, ale mniejszym autem lub transportem publicznym. Efekty są szybkie – niższe rachunki za energię, a okres zwrotu z tych inwestycji radykalnie się ostatnio skrócił do nawet kilku lat – konkluduje.

Sonia Sobczyk-Grygiel