Świat

Kolejny pakiet amerykańskich sankcji, wymierzony m.in. w duże banki i giełdę, „od ręki” spowodował poruszenie na rosyjskich rynkach finansowych. Zawieszony został obrót i rozliczenia instrumentów w dolarach i euro, a obywatele imperium niezwłocznie ustawili się w kolejkach do kantorów, by wymienić swoje ruble na coś pewniejszego. Tyle, że tam twardej waluty dość szybko zaczęło brakować… A to nie koniec kłopotów Putina. Oto kraje G7 wreszcie dogadały się między sobą – i pierwsze 50 miliardów USD, pochodzące de facto z zysków od zamrożonych w zachodnich bankach aktywów rosyjskich, trafi w ręce ukraińskie. I dobrze, poza wymiarem finansowym ta decyzja jest też istotna politycznie, jako sygnał dla różnych międzynarodowych bandytów.

Tymczasem uczestnicy szczytu najbogatszych państw świata już zapowiedzieli, że na tym nie poprzestaną: wedle pierwszych informacji szykuje się m.in. (lepiej późno, niż wcale) uderzenie w system transferu rosyjskiej ropy do państw, nieuznających sankcji, a także kolejne poważne sygnały ostrzegawcze pod adresem Pekinu i chińskich firm, wspierających gospodarkę wojenną Kremla.

Reklama

Rosyjską reakcją było kolejne prężenie coraz chudszych muskułów – z jednej strony demonstracyjne ćwiczenia wojskowe, mające sygnalizować gotowość eskalacji działań wojennych (ktoś jeszcze się na to nabiera?), z drugiej zaś pewne novum, czyli „propozycja pokojowa” sformułowana przez Putina. Można ją streścić krótko: „zostawcie nam, co ukradliśmy, dorzućcie jeszcze trochę, a może przestaniemy strzelać”. Spodoba się pewnie w paru krajach „globalnego Południa” (które nie rozumieją, albo nie chcą zrozumieć, na czym polega gra) oraz wśród grupki „pożytecznych idiotów” na Zachodzie. Reszta, jak już widać, odpowiada zdecydowanie: „Wowa Władimirowicz, i tak przestaniesz strzelać, gdy za jakiś czas nie będziesz miał czym”. I tego naprawdę warto się trzymać. Bo z Rosją już nie ma o czym rozmawiać, warto natomiast robić to z Pekinem, New Delhi i jeszcze paroma innymi stolicami.

Europa

Francja w coraz większych turbulencjach po wyborach do Parlamentu Europejskiego i zaskakującej (dla niektórych) decyzji prezydenta Emmanuela Macrona o przyspieszonych wyborach do krajowej legislatywy. Gospodarz Pałacu Elizejskiego uznał najwyraźniej, że ultrakrótki czas kampanii plus efekt szoku wśród elektoratu plasującego się od lewa do centroprawicy – zapewnią ugrupowaniom centrowym względnie dobry wynik. To mogło się udać, ale Macron chyba nie doszacował skali społecznego rozczarowania jego dotychczasowymi rządami, a także determinacji innych partii, by zakończyć jego epokę. Oto bowiem partie lewicowe zapowiedziały wspólny blok, a część „starej” prawicy poważnie rozmawia o współpracy z ugrupowaniem Marine Le Pen. Nie będzie więc tym razem żadnego bloku, który pomimo wewnętrznych różnic skonsolidowałby się pod egidą prezydenta, pod hasłami powstrzymania radykałów z prawej strony i „obrony Republiki”.

Z naszego punktu widzenia – i strategicznych interesów wschodniej flanki NATO – to złe wiadomości. Co by bowiem nie powiedzieć o Macronie, to jak na polityka francuskiego jest względnie proatlantycki i antyputinowski (ostatnio nawet coraz bardziej). I narzucał to także kontrolowanym przez siebie rządom. Może się okazać, że zatęsknimy za taka sytuacją – gdy najpierw zostanie zmuszany do trudnej kohabitacji, a potem do oddania prezydentury. Na razie warto więc trzymać kciuki, i mimo wszystko pokładać ufność w ordynacji wyborczej, która wymaga od kandydatów zdobycia w okręgu co najmniej 50 proc. głosów, plus jeszcze jeden. Dla bloków złożonych z wielu partii, zmuszonych do daleko idących kompromisów, nie będzie to łatwe. Dla startującego samodzielnie (ewentualnie) Zjednoczenia Narodowego – tym bardziej.

Mniej niż Macrona będziemy pewnie żałować Olafa Scholza, gdy już przegra wybory u siebie. Bo oto niemiecki kanclerz i jego gabinet znów wystąpili w roli hamulcowych, blokując w piątek unijne porozumienie co do kolejnego pakietu sankcji przeciw Rosji. Oczywiście, nie dlatego, że kochają morderców i dyktatorów. Po prostu, nie byli jeszcze pewni, czy aby wystarczająco będą chronione interesy niemieckich firm…

Swoją drogą, warto sobie wreszcie uświadomić, że mamy głównego wroga europejskiej demokracji i praw człowieka – czyli zbrodniczy, rosyjski imperializm – niemalże „na widelcu”. A to on odpowiada, bezpośrednio lub pośrednio, za szereg innych problemów: od sterowania strumieniami nielegalnej migracji po przestępczość zorganizowaną oraz rozkwit niektórych politycznych radykalizmów i separatyzmów. Jeśli nie uda się go mimo wszystko dobić teraz, przez krótkowzroczność, kunktatorstwo i błędy polityków różnych opcji, będą musiały zmierzyć się z tym wyzwaniem nasze dzieci i wnuki. Raczej w znacznie trudniejszych warunkach.

Polska

Także i u nas wyniki wyborów do PE wstrząsnęły nieco sceną polityczną. Rozwody szykują się ponoć na lewicy – bo Razem ma dość firmowania niekonsekwentnej (delikatnie mówiąc) polityki Włodzimierza Czarzastego, a spora część dawnego SLD zazdrości dawnej Wiośnie zagarnięcia całej, acz skromnej, puli lewicowych zdobyczy w Brukseli. Trzecia Droga okazała się „czwartą” – więc w PSL zastanawiają się dość głośno, czy ta druga część jest im do czegoś jeszcze potrzebna.

W PiS zaczęły się za to przygotowania do wyborów prezydenckich, w postaci castingu na nowego (i lepszego) Andrzeja Dudę. Pan Prezes odpada ze względów oczywistych. Beata Szydło budzi opory co przytomniejszej części działaczy (i sponsorów). Mateusz Morawiecki budzi opory Pana Prezesa. W tej sytuacji na giełdzie pojawiły się nazwiska Marka Magierowskiego i Jacka Siewiery. Zwłaszcza pierwsza z tych kandydatur mogłaby być rzeczywiście interesującą – aż szkoda, że chyba jest właśnie palona, czy jak kto woli, (z)używana w charakterze próbnego balonika. Komentariat ma używanie… a świstak siedzi, i pomału odwija ze sreberka prawdziwe niespodzianki.