Jak podał prof. Szukalski z Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego Uniwersytetu Łódzkiego, z szacunków Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że za granicą przebywa obecnie 2,3 mln Polaków, z czego ok. 1,7 mln żyje na emigracji co najmniej rok. Dane wskazują, że imigracja - nie tylko ukraińska - do końca 2021 roku zrekompensowała odpływ rdzennych obywateli z kraju.

"Wszystkie badania przeprowadzone jeszcze przed wybuchem wojny na Ukrainie mówią o tym, że do Polski przyjechały stamtąd ok. 1,3-1,5 mln osób, dodatkowo pojawił się napływ z innych krajów; mniej więcej tyle samo Polaków wyjechało z Polski, więc można powiedzieć, że ten ubytek został wyrównany. Natomiast nie chciałbym mówić o rekompensowaniu tych strat w związku z przyjazdem uchodźców. Z moich doświadczeń, zebranych m.in. podczas pracy w Radzie ds. Społecznych przy Prezydencie RP, wynika, że rząd ukraiński zdecydowanie dąży, aby dzieci uchodźców raczej uczyły się online w ukraińskich szkołach, niż włączały do polskiego systemu edukacji; podobna zasada dotyczyć ma studentów. Chodzi o to, aby ci młodzi ludzie nie utracili więzi ze swoim krajem i powrócili do niego natychmiast po zakończeniu wojny" - zaznaczył.

Reklama

Zdaniem prof. Szukalskiego, dane odnoszące się do migracji - zarówno zewnętrznych, jak i wewnętrznych - są niskiej jakości. Badacze nie mogą na nich bazować, bo wiedzą, że są znacząco zaniżone. Większość wyjeżdżających ludzi nie dopełnia obowiązku wymeldowania - po pierwsze wielu z nich w momencie wyjazdu za granicę nie wie, kiedy i czy w ogóle powróci, po drugie nie chcą tracić czasu na wizyty w urzędach.

"W roku najintensywniejszego odpływu Polaków z kraju (2006) saldo migracji wynosiło mniej niż minus 40 tys., podczas gdy z innych badań wynikało, że ok. 200 tys. ludzi opuszczało nasz kraj w ciągu roku. Jak łatwo się domyślić, coś było tu nie tak" - zaznaczył demograf.

Ostatnie lata są okresem częściowego powrotu imigrantów do Polski. Bardzo świeżym wskaźnikiem migracji powrotnych są dane upublicznione niedawno przez GUS i odnoszące się do ostatniego spisu powszechnego, które pokazują, że wśród mieszkających w kraju 5-15-latków zaczynają się pojawiać spore liczby osób urodzonych poza granicami. Do tej pory w grupie Polaków urodzonych poza krajem dominowały osoby w wieku 70-80 lat - przede wszystkim urodzone przed II wojną światową na terenach, które po wojnie znalazły się poza Polską granicą, np. na Kresach Wschodnich. Liczba 30-60-latków, urodzonych w krajach innych, niż Polska, była przez wiele lat znikoma.

"Nagle, w ostatnim spisie, pojawia się znacząca liczba - ponad 20 tys. w każdym roczniku - dzieci między 5. a 15. rokiem życia, które urodziły się za granicą. To dla mnie ewidentny dowód na migracje powrotne. Odsetek Polaków urodzonych poza Polską to ogółem ok. 2 proc. Jest to bardzo zróżnicowane terytorialnie - największe udziały są w woj. dolnośląskim, gdzie za statystyki w dużym stopniu wciąż odpowiadają repatrianci, ale także w mazowieckim" - wyjaśnił prof. Szukalski.

Demograf przypomniał, że migrujący to zdecydowanie osoby w wieku reprodukcyjnym, które wyjeżdżając z kraju, wywożą także swoją zdolność do posiadania potomstwa.

"Masowy odpływ Polaków na Zachód, który zaczął się od 2004 roku, sprawił, że w np. w Wielkiej Brytanii pojawiło się nie tylko bardzo wiele małżeństw mieszanych, ale również po 40 tys. porodów rocznie dotyczących kobiet pochodzących z Polski. To nie były kobiety, które wyjechały w stanie wojennym, to był nowy napływ. Część tego polskiego boomu urodzeniowego w Wielkiej Brytanii widzimy teraz w naszych statystykach migracji powrotnych. Trzeba jednak pamiętać, że te 40 tys. to jedynie dzieci urodzone w Wielkiej Brytanii, a Polki rodziły też dzieci w Irlandii, Norwegii, Niemczech czy Hiszpanii" - dodał.

Z kolei w Polsce w ostatnich latach można zaobserwować ukraiński boom urodzeniowy. W 2015 roku urodziło się u nas 704 dzieci obywatelek Ukrainy; w 2021 było ich już 6560, co oznacza dziewięciokrotny wzrost w ciągu sześciu lat. Jak zauważył prof. Szukalski, w 2015 roku 70 proc. z tych kobiet jako stałe miejsce zamieszkiwania wskazało Polskę, natomiast sześć lat później odsetek ten wyniósł już 99,6 proc.

W opinii demografa, dzięki migracjom powrotnym odzyskujemy tylko niewielką część utraconego potencjału biologicznego, zaś napływ obywateli Ukrainy również nie jest w stanie zrekompensować w pełni utraty kapitału ludzkiego, zwłaszcza jeśli chodzi o najlepiej wykształconych specjalistów.

Z najnowszych badań Ośrodka Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego wynika, że uchodźcy z Ukrainy są bardzo dobrze wykształceni - ponad dwie trzecie z nich ma wyższe wykształcenie. Ponad połowa z nich pracuje, ale zwykle (jedna trzecia badanych) wykonując proste prace, często poniżej swoich kwalifikacji.

W opinii prof. Szukalskiego wprowadzenie na rynek pracy tych osób, zgodnie z posiadanymi umiejętnościami i kwalifikacjami, wymagałoby podjęcia specjalnych działań, bo na razie nie potrafimy w pełni wykorzystać ich potencjału.

"Powodem jest nasza wielka słabość w uznawaniu dyplomów czy certyfikatów z krajów poza UE. Po części wynika to także z różnic w poziomie nauczania w różnych krajach. Nie uznajemy np. kwalifikacji inżynierskich, a w Polsce brakuje kilkudziesięciu tysięcy inżynierów. Problem w tym, że nawet jeśli poziom wykształcenia jest ten sam, to jednak kwalifikacje nie zawsze się pokrywają. Jako osoba, która trafiła kiedyś do szpitala w ukraińskim Tarnopolu, zdaję sobie sprawę z różnic, jakie mogą występować np. w edukacji personelu medycznego. Powinniśmy wypracować systemowe rozwiązania, aby umożliwić jak największej liczbie imigrantów dojście do etapu, w którym uznamy ich umiejętności i dyplomy, choćby wymuszając na nich dokształcenie się i uzupełnienie kwalifikacji oraz opanowanie naszego języka" - uważa demograf.(PAP)

Autorka: Agnieszka Grzelak-Michałowska