Wiceminister finansów Piotr Patkowski, tłumacząc się z rozmiarów tegorocznego deficytu, stwierdził w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”: „Musieliśmy ponieść wszelkiego rodzaju koszty, by nie ponieśli ich Polacy”. Co to za mityczne „my”? – pytali liczni komentatorzy w sieci. Przecież koszt obsługi długu publicznego ostatecznie i tak poniesie całe społeczeństwo, które finansuje działania rządu.

W rzeczywistości wiceminister Patkowski nie powiedział niczego niezwykłego. Jako przedstawiciel władzy państwowej użył określenia „my” w takim samym znaczeniu, w jakim robi to zatrudniony na etacie menedżer w odniesieniu do korporacji, którą reprezentuje. Ktoś mógłby powiedzieć, że prywatna firma generuje własne dochody, a więc to inna sytuacja. Jednak państwo także tworzy wartość dodaną w gospodarce – i to niebagatelną. Działania rządu w wielu obszarach zwiększają produkt krajowy brutto, z którego potem czerpane są dochody budżetowe. Twierdzenie, że ma on własne pieniądze, jest zatem jak najbardziej uprawnione.

Magister buduje PKB

Koncepcja „public value” (wartość publiczna) jest obecna w debacie ekonomicznej co najmniej od 1995 r., gdy profesor Uniwersytetu Harvarda Mark Moore opublikował książkę „Creating Public Value”. Instruował w niej menedżerów sektora publicznego, w jaki sposób powinni zarządzać swoimi organizacjami, by społeczeństwo miało z nich jak największy pożytek. Działania rządu mogą wywierać pozytywny wpływ na wiele różnych obszarów – zdrowie publiczne, bezpieczeństwo, poziom wykształcenia czy poczucie satysfakcji z życia w swoim kraju. Każdy z nich – przynajmniej pośrednio – wpływa na wzrost gospodarczy i zamożność obywateli.

Treść całego artykułu można przeczytać w weekendowym wydaniu DGP.