PAP: Czy jesteśmy w stanie prognozować, które branże będą sobie radziły lepiej w przyszłym roku?

Jacek Tomkiewicz: Trzeba zacząć od tego, że obecny rok jest pod kątem wynikowym bardzo słaby. Więc każda branża, która osłabła w tym roku, z tego punktu widzenia będzie sobie radziła w 2021 r. o wiele lepiej, a przyrost rok do roku będzie bardzo duży, np. w branży hotelowej, czy turystycznej.

Jednak będą też branże, które również dotknęły w tym roku duże obniżki, jak np. przejazdy lokalne, czy branża biurowa razem z całym otoczeniem usługowym, jak catering, czy serwisy sprzątające, ale nie prognozowałbym dużego odbicia w przyszłym roku. Wygląda na to, że w tych dziedzinach pandemiczne nawyki się utrwalą: pracodawcy będą odważniej korzystali z pracy zdalnej, nawet po zakończeniu stanu epidemii, a sektor przewozowy trwale straci, jeśli mieszkańcy przekonają się, że można tak wiele robić w domu i nie trzeba tak dużo jeździć, jak przed pandemią.

PAP: Na ile przyszłoroczne prognozy powinniśmy opierać na tym, co wiemy o zachowaniu podmiotów na rynkach, a jak bardzo będziemy uzależnieni od decyzji administracyjnych?

J. T.: Możliwy jest scenariusz, że mimo dzisiejszego optymizmu może okazać się, że jednak wiosenna operacja szczepień nie pójdzie tak dobrze, jak nam się wydaje. Wtedy zamiast sukcesu, będziemy mieli trzecią falę epidemii koronawirusa i możemy spodziewać się kolejnych restrykcji i obostrzeń.

Reklama

Jeśli chodzi o pomoc państwa, to w projekcie budżetu na przyszły rok widać kontynuację stymulacji makroekonomicznej, co widać po bardzo dużym deficycie budżetowym, zaplanowanym na przyszły rok, przy założeniu przecież, że 2021 r. to będzie rok wzrostu gospodarczego. Operacje NBP skupowania aktywów będą prowadzone dalej, przy niskim stopach jak dziś, więc wszystko wskazuje, że polska gospodarka będzie przez rząd trzymana w przyszłym roku na sterydach.

PAP: Sektor bankowy alarmuje, że kondycja branży finansowej jest coraz gorsza, spada rentowność banków, a na zmianę stóp procentowych przez RPP nie można na razie liczyć. Czy to rzecz, która może zagrozić naszej gospodarce?

J. T.: W otoczeniu tak niskich stóp, jak obecnie, to oczywiste, że zyskowność banków spada, marżowość zasadniczej dziedziny aktywności, czyli kredytowej, jest o wiele niższa, niż rok temu. Jednak dla gospodarki nie jest to żaden problem, ponieważ sektor finansowy obecnie jest nadpłynny, a pieniędzy w całej branży jest bardzo dużo. Jeśli dodamy do tego środki z tarcz, który wylądowały na rachunkach firm, poprawiając ich płynność w czasie pandemii, zamiast ją obniżyć.

Jednak niższa zyskowność banków z działalności kredytowej nie przełoży się na problemy w finansowaniu przedsiębiorstw, ponieważ gotówki w instytucjach finansowych jest naprawdę dużo, a przedsiębiorstwa też nie wyglądają na cierpiące na brak środków pieniężnych.

PAP: Jak będzie z naszym handlem zagranicznym, czy powinniśmy walczyć o nowe rynki zbytu dla polskiego eksportu, czy jednak możemy liczyć na to, że nasz eksport wewnątrzunijny się odbuduje?

J. T.: Przede wszystkim powinniśmy zwrócić uwagę na to, że owszem, eksport w 2020 r. spadał, ale import spadł jeszcze bardziej, więc nasz bilans handlowy mimo wszystko się poprawił. Głównym odbiorcą naszych produktów były i są Niemcy, a to gospodarka wysoce uprzemysłowiona, a nie nastawiona na usługi, więc nabywców naszych produktów nie straciliśmy na stałe.

Trochę czasu zajmie, zanim łańcuchy dostaw się odbudują, zwłaszcza te interkontynentalne, jednak odbiorcą 80 proc. naszego eksportu jest UE, więc sama odbudowa globalnej sieci dostaw, jak i jej tempo, nie mają dla polskiej gospodarki aż takiego znaczenia.

PAP: Czy zmiany, które obserwujemy podczas pandemii, będą miały długofalowe konsekwencje, np. na rynku pracy?

J. T.: Zawody, które nie wymagają fizycznej obecności, najprawdopodobniej zmienią swój charakter, m.in. jeśli chodzi o czas, który spędzamy w biurze. Jednak w mojej ocenie to będzie oznaczało, że zamiast 5 dni w tygodniu, w siedzibie firmy będziemy spędzać dwają. Bardzo możliwe, że nastąpi przesunięcie, jeśli chodzi o wybór miejsca zamieszkania, ale jednak w okolicach Warszawy, Krakowa, czy Wrocławia trzeba będzie mieszkać.

PAP: O czasie pandemii mówi się, że to okres przyspieszonej digitalizacji. Czy jednak nie jest to trend tymczasowy, który po spadku zagrożenia epidemicznego się cofnie?

J. T.: Jeśli spojrzymy na dane GUS-u, to widać dokładnie, że ograniczenie restrykcji w drugim kwartale 2020 r. i otwarcie sklepów wywołało jednoczesny bardzo duży spadek e-handlu. Tak więc, jeśli chodzi o cyfryzację i o to, że pandemia niejako wymusiła na nas przełamywanie cyfrowych barier, jeśli chodzi o e-handel, e-administrację, czy komunikację poprzez sieć, to jednak wieści o tym, że internet będzie zastępował kolejne "tradycyjne" branże są mocno przesadzone. To widać obecnie, po zniesieniu części restrykcji dotyczących zakupów, że np. odtrąbienie śmierci centrów handlowych było zdecydowanie przedwczesne. Zakupy to jednak szersze doświadczenie, niż sam wybór produktu i dostarczenie go do domu, więc moim zdaniem wrócimy w dużej mierze do starych, przed-pandemicznych nawyków.

Oczywiście będą wyjątki, np. administracja publiczna, jak i obywatele, docenią korzyści z e-usług, zamiast noszenia papierowej dokumentacji z miejsca na miejsce. Podobnie będzie z podróżami służbowymi, które często odbywają się tylko po to, by się spotkać i pogadać. To można obecnie wygodnie i szybko załatwić zdalnie.