Piątka od Niemiec i 30 od "kogoś". Zgadnijcie kto?

Po spotkaniu ukraińskiej grupy kontaktowej w Brukseli (12 lutego 2026) niemiecki minister obrony rzucił propozycję, która brzmi jak ratunek, ale pachnie bezradnością. Berlin da Ukrainie tylko 5 pocisków PAC-3 (słownie pięć rakiet, nie wyrzutni), pod warunkiem, że sojusznicy dołożą kolejne 30.

ikona lupy />
Załadunek pocisków PAC-3 MSE na polskie wyrzutnie M903 systemu MIM-104 Patriot. System patriot jest jednym z elementów nowej pomocy dla Ukrainy. / 18 Dywizja Zmechanizowana

Brzmi niewinnie? Problem w tym, że PAC-3 to nie coś, co leży na składzie w każdym kraju NATO. To drogie, rzadkie rakiety, które mają nieliczni – między innymi Polska, Holandia, Rumunia. I nagle "wspólny wysiłek" zaczyna wyglądać jak test: kto odważy się uszczuplić własną obronę?

"Nie zostało nam już nic". Niemcy postawili granicę

Pistorius nie owijał w bawełnę: "W dyspozycji Bundeswehry nie ma już zasobów, które można byłoby odebrać bez szkody dla własnych zdolności obronnych". To publiczne przyznanie, że magazyny Bundeswehry są puste.



ikona lupy />
Boris Pistorius / shutterstock

Niemcy sygnalizują: możemy dopłacić gotówką, ale fizycznych rakiet już nie damy. Reszta ma się "zorganizować". I właśnie dlatego temat zaczyna palić Warszawę. Bo jeśli Berlin daje 5 i mówi "to wszystko", to kto ma znaleźć te 30?

Polska w potrzasku: oddać czy lepiej pilnować własnego nieba?

Wyobraźmy sobie scenariusz: Niemcy dają 5, Polska – przykładowo – 10. Brzmi sprawiedliwie? Może. Tylko że Polska nie żyje w próżni. Budujemy obronę wschodniej flanki NATO, mamy własne zagrożenia i własne niebo do ochrony. Ktoś powie: "przecież 10 rakiet to niewiele". Problem w tym, że w obronie powietrznej niewiele kończy się błyskawicznie. Kilka intensywnych ataków rakietowych i magazyn pusty. A potem zostaje tylko pytanie: czy następny transport dojedzie na czas?

Do tego dochodzi polityka. Jeśli Niemcy ustawiają narrację "my damy, ale pod warunkiem", presja społeczna rozkłada się na pozostałych. Łatwo wpaść w pułapkę licytacji: kto da więcej, kto szybciej, kto "naprawdę pomaga". Tylko że Polska, oddając swoje pociski, fizycznie zmniejsza zapas potrzebny do obrony polskiego nieba.

Dlaczego PAC-3 to złoto, nie zwykła amunicja?

PAC-3 to nie "kolejny pocisk". To rakieta przechwytująca zaprojektowana do zwalczania najtrudniejszych celów, zwłaszcza pocisków balistycznych takich jak Iskander czy Kindżał. Tam, gdzie zwykła obrona może nie zdążyć, PAC-3 jest jedną z niewielu zachodnich odpowiedzi. Cena? Miliony dolarów za sztukę. Każde "dorzućcie po kilka" oznacza realne miliony z budżetów obronnych.

ikona lupy />
Iskander / Ministerstwo Obrony Federacji Rosyjskiej

Produkcja? W 2025 roku Lockheed Martin dostarczył ponad 600 pocisków PAC-3 MSE, ale popyt rośnie szybciej niż tempo produkcji. Pentagon planuje zwiększyć wydajność do około 2000 rocznie – tyle że to perspektywa lat, nie miesięcy. Dlatego tych 35 rakiet z formuły "30+5" to symbol większego problemu. Europa ma pieniądze i wartości, ale zaczyna jej brakować fizycznych zapasów i tempa uzupełniania amunicji.

Kto zapłaci rachunek za niemieckie "nie mamy"?

Konstrukcja "30+5" może wyglądać na wspólny wysiłek, ale w praktyce to zrzucenie odpowiedzialności. Niemcy pokazują dno magazynów i mówią: teraz wasza kolej. A ponieważ niewiele krajów ma kompatybilne z ukraińskimi wyrzutniami zapasy, presja naturalnie spada na kilku graczy – w tym Polskę.

Pytanie brzmi: czy Warszawa powinna oddać 10 swoich rakiet, skoro Berlin daje 5 i jednocześnie przyznaje, że więcej nie ma? To test solidarności, ale też test rozsądku. Bo Polska leży tam, gdzie leży. I może za chwilę sama będzie potrzebować każdej rakiety.