Ministerstwo Zdrowia zamierza się skupić na testowaniu pacjentów z objawami oraz ochronie grup ryzyka. – Chcemy testować przede wszystkim osoby z gorączką, dusznością, kaszlem – wylicza minister Adam Niedzielski. Na badania mają być też kierowani pacjenci przed pobytem w sanatorium, zakładzie opiekuńczo-leczniczym, hospicjum, a także domu pomocy społecznej.

Choć zmiany dotyczą również działania szpitali, najwięcej wątpliwości zgłaszają lekarze rodzinni. To oni dostaną nowe zadanie: mają kierować na testy osoby z podejrzeniem koronawirusa. Uważają, że to ich obciąży pracą, na którą nie są gotowi. Minister podkreśla, że jeśli wynik testu będzie ujemny, pacjent pozostanie pod opieką lekarza POZ. Jeżeli jednak będzie dodatni, pacjent zostanie skierowany na tzw. ścieżkę zakaźną. Na razie nie wiadomo jednak, jak miałaby ona wyglądać.

Na konferencji, na której ogłaszano strategię, MZ odpowiedziało nam, że każda pozytywnie zdiagnozowana osoba, niezależnie od objawów, ma się udać do szpitala, a lekarz rodzinny nie będzie się już nią zajmować. Później resort przekazał, że osoba, która ma pozytywny wynik testu, „jest przekierowana, w kontakcie ze swoim lekarzem POZ, do specjalisty chorób zakaźnych w najbliższym szpitalu. Tu zapada decyzja o dalszej formie leczenia: hospitalizacja lub izolacja domowa”. Co to znaczy „w kontakcie z lekarzem”? Czy lekarz POZ powinien ułatwić choremu kontakt z zakaźnikiem, czy każdy ma go szukać sam? Nie wiadomo.

Jak chory dotrze do szpitala? „W zależności od stanu klinicznego pacjenta, który otrzymał wynik testu, karetkę może wezwać lekarz POZ lub pacjent może sam udać się do szpitala” – czytamy. Takie postawienie sprawy, zdaniem lekarzy, wymaga doprecyzowania. Jeżeli transport ma być po stronie POZ, to w grę wchodzą tylko karetki należące do wojewodów. Ich liczba jest ograniczona. Co więcej, karetka nie przyjedzie, jeżeli szpital nie zadeklaruje, że przyjmie pacjenta.

Reklama

Medycy mają też czysto ludzkie obawy. Bożena Janicka z Porozumienia Pracodawców Ochrony Zdrowia przypomina, że w POZ pracuje ok. 24 tys. lekarzy, którzy mają listy zadeklarowanych pacjentów. 40 proc. z tych lekarzy to emeryci. Są placówki, gdzie średnia wieku przekracza 60, a nawet 65 lat. – Kto zapewni im bezpieczeństwo, skoro sami są w grupie ryzyka? – pyta Janicka. Jej zdaniem w POZ należałoby pilnie zatrudnić ponad 15 tys. osób.

Są miejsca, gdzie NFZ bierze pod lupę kontrakty i zachęca poradnie, by zatrudniały dodatkowych lekarzy. Na jednego medyka powinno przypadać 2500 zadeklarowanych pacjentów. W rzeczywistości bywają nawet 4000. Skąd brać ludzi do pracy, skoro chętnych brak? Ponadto jej zdaniem nie da się zapewnić bezpiecznego przepływu pacjentów w placówkach. – Resort zapomniał, że ruch w przychodniach będzie rósł. Skoro minister apeluje, by ludzie się szczepili, to część posłucha i przyjdzie do nas – mówi.

Przychodnie nie są na to gotowe. – Nie ma żadnej śluzy, osobnego korytarza czy wejścia, które można by udostępnić podejrzanym pacjentom – wylicza lekarka POZ z Warszawy. – Przy rejestracji stoi stolik z wyłożonymi kartkami, na których pacjenci zapisują, czy nie mają objawów COVID-19, oraz wyniki pomiaru temperatury zrobionego przez rejestratorkę. Co rano zamieszanie jest takie, że niektórzy wpisują wyniki samodzielnie, byle nie spóźnić się do gabinetu. Jednym z rozwiązań jest godzinowy podział pracy, np. kierowanie pacjentów z podejrzeniem COVID-19 na konkretną porę dnia, by nie stykali się z innymi w poczekalni. Albo osobne wejście dla osób z podejrzeniem i dla reszty – padają sugestie. Nie wszędzie jest to technicznie możliwe.

Sporo dyskusji wzbudziła kwestia wydawania skierowań na badania. Ostatecznie postawiono na badanie osobiste, odrzucając teleporady, by móc weryfikować, czy pacjent na pewno ma objawy. Lekarze odbierają to jako wyraz nieufności.

Tomasz Zieliński, prezes Lubelskiego Związku Lekarzy Rodzinnych, przekonuje, że jeśli pacjent mówi przez telefon o utrzymującej się wysokiej gorączce, bólach mięśni i głowy, zaburzonym smaku i węchu, to wymienia symptomy zakażenia koronawirusem. – W gabinecie dostałbym od niego te same informacje, a nie mam wykrywacza kłamstw, by stwierdzić, czy mówi prawdę i nie naciąga systemu na test – podkreśla.

– Z niewiadomych powodów do prac nad strategią nie dopuszczono lekarzy praktyków, przedstawicieli środowiska POZ. Stąd tak wiele pytań, które mamy – mówi Michał Sutkowski z Kolegium Lekarzy Rodzinnych. Jego zdaniem strategię należy traktować jak dokument otwarty. – Spotkaliśmy się z prezesem NFZ. Teraz liczymy na rozmowy z ministrem. Choćby dziś – deklaruje.

Strategia zmienia również organizację na poziomie szpitalnym: będzie dziewięć szpitali jednoimiennych dla najciężej chorych, a oprócz tego siedem oddziałów zakaźnych i obserwacyjno-zakaźnych, które będą przygotowane na przyjęcie pacjentów z COVID-19. To daje łącznie ok. 4000 miejsc dla chorych wymagających opieki internistycznej. Z kolei szpitale powiatowe muszą mieć zapewnione miejsca izolacyjne. Nowe rozwiązania mają wejść w życie 15 września. ©℗