Gdy mniej więcej dekadę temu pierwsze seryjne samochody elektryczne wyjeżdżały na ulice, ich producenci, a także analitycy rynku tłumaczyli ich wysokie ceny tym, że to nowa technologia i niszowa produkcja. Z biegiem czasu miało się to zmieniać – rosnąca podaż, popyt i konkurencja miały doprowadzić do szybkiego spadku cen. Czy w rzeczywistości tak się stało? Zbadać to postanowiła firma analityczna Jato, która porównała ceny aut elektrycznych dostępnych 6-8 lat temu, z tymi z roku 2019.

Jato zauważa, że na przestrzeni ośmiu lat sprzedaż aut BEV (Battery Electric Vehicle) wręcz eksplodowała – o ile w 2011 roku na całym świecie  sprzedano ich zaledwie 31 tys. sztuk, to w ubiegłym już 1,5 mln! I faktycznie wpłynęło to na obniżkę cen, sęk w tym, że wyłącznie na rynku chińskim. Tam auta na baterie potaniały między rokiem 2011 a 2019 o około połowę. Niestety, odwrotny trend widoczny jest w Europie i Stanach Zjednoczonych – w pierwszym przypadku średnia cena auta elektrycznego w 2019 r. była wyższa o 42 proc. niż osiem lat temu. W przypadku USA ceny poszły w górę o 55 proc.

Spadki cen w Chinach biorą się stąd, że tamtejsi producenci postawili na stosunkowo proste konstrukcje i „auta dla ludu”. Z kolei koncerny z Europy i Ameryki skupiły się w pierwszej kolejności na autach kasy premium – wystarczy wspomnieć choćby Tesle S i X, Jaguara i-Pace czy Mercedesa EQC. Nie bez znaczenia jest też fakt, że obecnie to Chińczycy są pionierami w produkcji dużych akumulatorów do aut, a jednocześnie kontrolują dużą część światowej produkcji litu. – W efekcie teoria, że elektryki będą coraz przystępniejsze cenowo, na razie się nie sprawdza – mówi wprost Felipe Munoz z Jato.

Bez dwóch zdań elektryki drożeją również dlatego, że są coraz lepsze - szybciej się je ładuje, mają większe zasięgi, bardziej efektywne baterie etc. Ale, jak pokazują realne przykłady przytoczone przez Jato, podrożały również samochody, które ewoluowały nieznacznie. Np. Renault Zoe w 2012 r. kosztowało 22,5 tys. euro, a dziś to 26,6 tys. euro. W tym czasie w modelu poprawiono jedynie czas ładowania. Podobnie jest z e-Golfem i Nissanem Leafem. Dobrym przykładem jest też Tesla S, która na przestrzeni ośmiu lat potaniała na amerykańskim rynku zaledwie o 1400 dol., a więc zaledwie o 1,8 proc.

Ceny aut BEV są średnio o 50-60 proc. wyższe niż porównywalnych samochodów z klasycznym napędem. Jato wskazuje, że zarówno na europejskim jak i amerykańskim rynku nie ma obecnie ani jednego modelu na prąd w cenie poniżej 20 tys. euro lub dolarów. Na Starym Kontynencie ponad 70 proc. dostępnych elektryków jest droższa niż 40 tys. euro (czyli 180 tys. zł), a 42 proc. kosztuje ponad 50 tys. euro!

Nieco inaczej przedstawia się sytuacja z autami hybrydowymi (HEV). Mają małe baterie (więc np. ceny litu nie mają tak dużego wpływu na cenę ich produkcji), bardzo się upowszechniły (tylko w ubiegłym roku sprzedano ich na całym świecie 3,5 mln), a niektóre koncerny mają ponad 20-letnie doświadczenie w ich wytwarzaniu. Ich produkcja stała się po prostu tańsza. A wszystko to sprawiło, że ich ceny spadły na przestrzeni ostatniej dekady o około 20 proc. Np. Lexus każdy ze swoich modeli oferuje w wersji hybrydowej, która kosztuje tyle samo, a czasami nawet mniej niż porównywalne auta konkurencji z dieslem pod maską.