Kto realnie płaci za cła nakładane przez Donalda Trumpa?
Instytut Gospodarki Światowej w Kilonii ujawnił w jednym ze swoich raportów, że wywieranie presji na Europę za pomocą ceł może przynieść USA więcej szkody niż pożytku. Okazuje się bowiem, że to nie Francja, Dania, Norwegia czy chociażby Niemcy odczują fiskalną wojnę Donalda Trumpa, bo ciężar większych opłat spadnie m.in. na jego wyborców. Dlaczego jednak coś takiego może mieć stać? Bo 47. prezydent USA zdaje się ignorować fakt, że to nie zagraniczni dostawcy pokryją te koszta.
Julian Hinz z Uniwersytety w Bielefeld tłumaczy, że wprowadzenie ceł będzie dla Amerykanów jak swego rodzaju podatek konsumpcyjny, który zapłacą za towary trafiające do nich z Europy. Przeprowadzone analizy bardzo dobitnie pokazały, że podwyżki ceł z okres 2024-2025 zostały pokryte przez dostawców w zaledwie 4 procentach. Jest to śmiesznie mało, zwłaszcza że pozostałe 96% pokryli amerykańscy przedsiębiorcy oraz sami konsumenci.
Mimo wszystko taryfowa wojna między USA a Europą jest odczuwalna dla światowej gospodarki i wymiany handlowej. Według niektórych raportów dodatkowe cła, które Donald Trump mógłby nałożyć na kraje Starego Kontynentu, mogą kosztować całą strefę euro utratę 0,2 lub nawet 0,5 procent PKB. Jednocześnie dotychczas wprowadzone opłaty nie wywróciły stanu gospodarki w Stanach "do góry nogami". Zdaniem ekspertów inflacja w tym kraju utrzymała się na umiarkowanym poziomie.
Cła lewarem Trumpa w sprawie Grenlandii
Ostatnie decyzje Trumpa w sprawie ceł nakładanych na kraje Europy to oczywisty efekt ich sprzeciwu wobec zapędów do przejęcia Grenlandii przez USA. Temat ten w ostatnim czasie wszedł w kolejny etap eskalacji, a ta swoista "wojna nerwów" między Stanami a Starym Kontynentem podsycana jest sukcesywnie przez 47. prezydenta USA oraz jego gabinet.
Poza oczywistą groźbą nałożenia kolejnych jeszcze większych opłat celnych i serią karykaturalnych grafik, obrazujących USA przejmujące Grenlandię dochodzi do tego kwestia coraz ostrzejszej retoryki strony amerykańskiej w sprawie potencjalnego przejęcia. Dość duże poruszenie wywołał w tej kwestii list Donalda Trumpa do premiera Norwegii, w którym prezydent Stanów Zjednoczonych jest oburzony brakiem poszanowania dla jego dokonań i wobec tego nie czuje się zobowiązany do myślenia wyłącznie o pokoju.
W kontekście tego stwierdził także, że "świat nie jest bezpieczny, dopóki jego kraj nie ma całkowitej władzy nad Grenlandią". Uzupełnieniem tego zdają się także słowa Scotta Bessenta, który podkreślił podczas szczytu w Davos, że najgorszą rzeczą, jaką mogą zrobić kraje, jest "eskalacja przeciwko USA". Co jeszcze bardziej podkreśla napiętą atmosferę.
Oczywiście cała ta sytuacja kładzie się także cieniem na rynkach finansowych, które weszły w pewien okres niepewności. Jak zauważa główna strateg inwestycyjna Saxo Bank - Charu Charana - groźba ceł jest powiązana bezpośrednio z żądaniami dotyczącymi zakupu Grenlandii. To zaś jest czynnikiem, który drastycznie zmienia optykę rynkową, co nie jest klasycznym sporem, który opiera się o bilans wymiany.