"FT": Agresja Putina w regionie nie zawsze wynika z pozycji siły

"Niewiele ponad tydzień temu wydawało się, że Władimir Putin znów zapędził Zachód do narożnika. (...) Ale trwające obecnie powstanie ludowe w Kazachstanie po raz kolejny ujawniło, że agresja Putina w regionie nie zawsze wynika z pozycji siły" - komentuje na łamach "Financial Times" szef amerykańskiego biura tej gazety Peter Spiegel.

Jak wyjaśnia, choć rosyjska propaganda będzie obwiniać zagranicznych agentów za nagły wybuch demonstracji, Kreml obawia się czegoś innego - że kazachskie protesty są najnowszym sygnałem, iż obywatele, którzy przez dziesięciolecia żyli w zniewalającej autokracji, w końcu nie wytrzymają.

Zwraca uwagę, że nie jest przypadkiem to, iż Putin rozpoczął ryzykancką grę wokół Ukrainy kilka miesięcy po podobnej rewolcie na Białorusi, gdzie liderzy opozycji byli bliscy obalenia po sfałszowanych wyborach reżimu Alaksandra Łukaszenki, a białoruscy protestujący, podobnie jak teraz ci z Kazachstanu, przywołali widmo "kolorowych rewolucji" z początku XXI wieku, które zwróciły Ukrainę i Gruzję w stronę Zachodu.

Reklama

"W czasie wymachiwania szablą przez Putina łatwo jest zapomnieć, że jego ukraiński gambit może być produktem jego słabości, a nie siły. A Kazachowie przypomnieli światu, jak słaby może być uścisk Putina. (...) Po gruzińskiej rewolucji róż nastąpiła rok później pomarańczowa na Ukrainie. Po powstaniu na Białorusi rok później nastąpiło powstanie w Kazachstanie. Taka kombinacja może skłonić Putina do jeszcze większej eskalacji. Ale mieszkańcy Kazachstanu - i Białorusi, i Ukrainy, i Gruzji - już pokazali granice sowieckich marzeń Putina" - pisze Spiegel.

"Daily Telegraph": Rewolucja w Kazachstanie jest szczególnie niepokojąca dla Putina

Na podobieństwa do zeszłorocznych wydarzeń na Białorusi i tych sprzed kilkunastu lat na Ukrainie zwraca uwagę też dziennik "Daily Telegraph". "Dla postsowieckich autokratów prawie całkowite załamanie się władzy państwowej w obliczu ogólnokrajowych protestów w Kazachstanie jest koszmarem. Jeden z sąsiadów Kazachstanu będzie przyglądał się temu ze szczególnym niepokojem. Władimir Putin ostro reaguje na rewolucje u byłych sowieckich sąsiadów Rosji. Postrzega je jako prowadzone przez CIA operacje specjalne mające na celu usunięcie jego sojuszników, które pewnego dnia mogą być wymierzone w niego" - pisze gazeta.

Zwraca uwagę jednak, że rewolucja w Kazachstanie jest szczególnie niepokojąca dla Putina, bo wydawało się, że tamtejszy model jest wyjątkowo skuteczny. Były prezydent Nursułtan Nazarbajew kierował stosunkowo bogatym i stabilnym gospodarczo krajem, którego elita była niezwykle bogata i gdzie sprzeciw szybko tłumiono. "Nawet jego półemerytura w 2019 roku - gdy zrzekł się prezydentury na rzecz zaufanego sojusznika, ale zachował władzę w rękach, pozostając +Ojcem Narodu+ - była uważana za wzór dla starzejących się autokratów, którzy chcą bezpiecznie odsunąć się od codziennej polityki. Być może, jak sugeruje wielu komentatorów, była to strategia wyjścia dla samego Putina" - pisze "Daily Telegraph".

Dziennik uważa jednak za mało prawdopodobne, by nawet w przypadku upadku obecnego rządu Kazachstan wymknął się z orbity Moskwy i nie jest też rozsądne przewidywanie na podstawie tego kłopotów dla Putina wewnątrz kraju. Jak zauważa, problemy, przez które demonstranci zaczęli szturmować budynki rządowe, mają głębokie i specyficzne kazachskie korzenie, a Putin zabezpieczył się przed podobnymi wydarzeniami w Rosji.

Wskazuje, że wszystkich znaczących przywódców zorganizowanej opozycji uwięził lub zmusił do emigracji, utrzymuje siły bezpieczeństwa dobrze wyszkolone i dobrze opłacane, stara się też przestrzegać umowy społecznej w stylu sowieckim, która oferuje stabilność i zarobki w zamian za polityczny spokój, a jego administracja prezydencka uważnie śledzi badania opinii publicznej, co pozwala jej dostrzegać zmiany nastrojów społecznych.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)