Putin zakładnikiem własnej narracji

Reżimowi przywódcy często stają się zakładnikami nastrojów, które sami wykreowali. W przypadku Rosji proces ten przybrał wyjątkowo wyraźną formę. Kreml przez lata konsekwentnie budował obraz wojny jako starcia nie tylko z Ukrainą, lecz także z szeroko rozumianym Zachodem. W takiej narracji konflikt nie jest już jedynie sporem o granice czy wpływy, lecz walką o cywilizacyjną tożsamość.

Efekt? Każdy krok w stronę kompromisu automatycznie może zostać odebrany jako zdrada narodowych interesów. Nawet gdyby rosyjskie elity polityczne chciały realnie negocjować zakończenie działań zbrojnych, jak pisze Sławomir Zagórski z Wirtualnej Polski, musiałyby liczyć się z gwałtowną reakcją opinii publicznej.

Sondaże niezależnego Centrum Lewady pokazują złożony obraz rosyjskich nastrojów. Z jednej strony aż 76 proc. respondentów deklaruje poparcie dla działań zbrojnych w Ukrainie, co świadczy o utrzymującym się wysokim poziomie akceptacji dla samego faktu prowadzenia wojny. Z drugiej strony 61 proc. badanych opowiada się za rozmowami pokojowymi.

Pokój, ale na własnych warunkach

Na pierwszy rzut oka może to sugerować zmęczenie konfliktem i rosnącą gotowość do deeskalacji. Jednak szczegóły badań pokazują coś zupełnie innego. W sytuacji braku porozumienia aż 59 proc. Rosjan domaga się zwiększenia intensywności ataków, a jedynie 20 proc. jest skłonnych zaakceptować realne ustępstwa. W praktyce oznacza to, że społeczne oczekiwania wobec pokoju sprowadzają się do zwycięstwa.

Rosyjski przypadek obnaża także paradoks współczesnej wojny. Choć deklaratywne poparcie dla działań zbrojnych pozostaje wysokie, nie przekłada się ono na gotowość do osobistych poświęceń. Kreml od miesięcy zmaga się z niedoborami kadrowymi na froncie mimo rosnących zachęt finansowych, ulg socjalnych i obietnic awansu społecznego.

Rekrutacja coraz częściej koncentruje się na biedniejszych regionach kraju, które już zostały w znacznym stopniu "wydrenowane" z mężczyzn w wieku poborowym. Jednocześnie władze starają się unikać szerokiej mobilizacji w metropoliach takich jak Moskwa czy Petersburg, obawiając się społecznych niepokojów w politycznych i gospodarczych centrach państwa.

W efekcie na front wracają ranni żołnierze po krótkiej rekonwalescencji oraz osoby, które przeszły przez ukraińską niewolę. Formalnie są to doświadczeni weterani, lecz w praktyce często ludzie niezdolni do dalszej służby. Mechanizm ten pozwala jedynie doraźnie łatać braki kadrowe, jednocześnie pogłębiając problemy morale i generując długofalowe koszty społeczne.

Propaganda jako pułapka Putina

Władimir Putin przez lata eliminował z rosyjskiej przestrzeni publicznej alternatywne narracje. Państwowa propaganda budowała obraz wojny jako historycznej konieczności, a społeczne oczekiwania ustawiono na maksymalnym poziomie. W takim klimacie cofnięcie się choćby o krok oznaczałoby przyznanie się do błędu całego systemu władzy.

Radykalizacja nastrojów społecznych nie jest zjawiskiem komfortowym dla żadnej ze stron konfliktu. Społeczeństwa oczekujące maksymalnych rezultatów wojennych prędzej czy później zderzają się z realiami demograficznymi, gospodarczymi i militarnymi. Im dłużej trwa wojna, tym wyższa staje się jej cena, nawet jeśli na poziomie deklaracji pozostaje ona akceptowana.

Dlatego wojna na Ukrainie nie utknęła wyłącznie z powodu braku mediatorów czy kanałów dyplomatycznych. W dużej mierze ugrzęzła w polityczno-społecznej pułapce, którą sam Kreml pomógł stworzyć. Putin, przedstawiany jako nieograniczony decydent, w rzeczywistości coraz bardziej przypomina lidera ograniczonego przez własną propagandę i oczekiwania społeczne.