Europejczycy szykują plan awaryjny. Po cichu – by nie prowokować USA
Brytyjski tygodnik "The Economist" rozmawiał z wieloma wysokimi rangą europejskimi urzędnikami z resortów obrony i oficerami. Wynika z nich, że traktują oni ryzyko "dezercji" USA z Sojuszu bardzo poważnie.
– Kryzys wokół Grenlandii był sygnałem alarmowym. Zrozumieliśmy, że potrzebujemy planu awaryjnego – mówił jeden ze szwedzkich urzędników odpowiedzialnych za obronność.
Tygodnik zaznaczył, że żaden z jego rozmówców nie chciał wypowiadać się pod nazwiskiem w obawie, iż publiczna debata wokół tej kwestii mogłaby jeszcze przyspieszyć wycofywanie się USA z Europy.
Według jednego z natowskich insiderów sekretarz generalny Mark Rutte "praktycznie zakazał rozmów na ten temat, ponieważ uważa, że mogłyby dolać oliwy do ognia". Gdy Matti Pesu, ekspert z Fińskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (FIIA), stworzył w ubiegłym roku raport nawołujący do opracowania planu B, fińskie władze oficjalnie zaprzeczały, jakoby taki scenariusz był w ogóle rozważany.
Bez Amerykanów pada system odstraszania NATO
Europejscy członkowie Sojuszu zaczęli się zastanawiać, pod czyim dowództwem mieliby walczyć, gdyby NATO – jak określił to jeden z urzędników – "przestało działać".
– Jakiego systemu dowodzenia można użyć, jeśli USA blokują NATO? – pytał.
"To pytanie dotyka samego fundamentu skuteczności sojuszu. Większość koalicji wojskowych działa jak szkolna orkiestra – każde państwo gra po swojemu i mniej więcej w tym samym rytmie. NATO zostało natomiast zbudowane jak orkiestra symfoniczna kierowana przez jednego dyrygenta – naczelnego dowódcę sił sojuszniczych w Europie (SACEUR), którym tradycyjnie jest amerykański generał dowodzący również siłami USA w Europie. Aby kierować tym systemem, SACEUR dysponuje bezpiecznymi kanałami łączności z siecią stałych dowództw podporządkowanych, obsadzonych tysiącami wojskowych gotowych do działania od pierwszych chwil konfliktu" – wyjaśnia tygodnik.
– Amerykańskie przywództwo jest spoiwem utrzymującym jedność sojuszu. Bez niego prawdopodobnie doszłoby do rozpadu całego systemu odstraszania – ocenił w rozmowie z "The Economist" Luis Simón, dyrektor Centrum Bezpieczeństwa, Dyplomacji i Strategii przy Wolnym Uniwersytecie w Brukseli.
Większość krajów walczyłaby z Rosją od pierwszych chwil
Tygodnik zaznacza więc, że europejski plan awaryjny to nie tylko zakupy broni, ale przede wszystkim stworzenie nowej struktury dowodzenia, która umożliwiłaby prowadzenie działań wojennych.
"Rdzeniem takiego układu – przynajmniej w północnej Europie – mogłaby zostać koalicja państw bałtyckich i nordyckich wraz z Polską. Kraje te mają podobne spojrzenie na bezpieczeństwo i obawiają się Rosji. Kilka większych państw NATO, takich jak Wielka Brytania, Francja czy Niemcy, utrzymuje już na Bałtyku wysunięte kontyngenty, więc w razie konfliktu niemal na pewno zostałyby w niego wciągnięte" – wskazuje "Economist".
Edward Arnold z brytyjskiego think tanku RUSI ocenia, że nawet jedna trzecia państw NATO "walczyłaby od pierwszego dnia" ewentualnej wojny z Rosją, niezależnie od tego, czy formalnie uruchomiono artykuł 5.
Cała nadzieja w JEF?
Poza tym jedną z alternatywnych struktur dowodzenia jest kierowany przez Wielką Brytanię Północnoeuropejski Sojusz Wojskowy (Joint Expeditionary Force; JEF). Należy do niego dziesięć państw nordyckich i bałtyckich. Organizacja posiada stałe dowództwo pod Londynem.
JEF został utworzony w 2014 r. przez Wielką Brytanię i sześciu innych członków NATO. Początkowo miał być uzupełnieniem struktur sojuszu i zapewniać szybkie reagowanie w sytuacjach niewymagających uruchomienia artykułu 5. Znaczenie partnerstwa wzrosło po dołączeniu do niego Szwecji i Finlandii w 2017 r.
Co ważne, jak podkreśla "Economist", JEF daje możliwość obejścia jednej ze słabości NATO, czyli faktu, że każdy członek sojuszu może zablokować aktywację artykułu 5, która wymaga jednomyślności.
Arnold wskazał, że jest to "jedna z najbardziej rozwiniętych alternatyw" dla struktur NATO. Tym bardziej że dowództwo tej formacji ma już własne zdolności w zakresie wywiadu, planowania i logistyki. Dysponuje także niezależnymi, choć ograniczonymi, systemami bezpiecznej łączności, które nie opierają się na infrastrukturze NATO. Jej atutem pozostaje również brytyjski potencjał nuklearny.
JEF ma jednak dwie główne wady. Brakuje w nim ważnych i dużych państw, takich jak Niemcy, Francja i Polska. Poza tym Wielka Brytania – mimo że jest w Europie "lubianym wujkiem" – nie jest już militarną potęgą. Jej flota nie jest tak silna jak kiedyś, a wojska lądowe pozostają niedofinansowane.
"Mimo wszystkich wad JEF wydaje się dziś najlepszym rozwiązaniem, jeśli europejscy członkowie NATO nie będą w stanie przejąć istniejących struktur sojuszu. Europa i tak będzie musiała stworzyć jakiś wspólny system obrony zastępujący Amerykanów. Odstraszanie oparte na kimś, kto może się nie pojawić, przestaje być skutecznym odstraszaniem" – podsumował tygodnik.
