Ostatnia podróż prezydenta USA do Europy wiązała się z pewnymi odczuciami z czasów zimnej wojny: po bliskich spotkaniach z demokratycznymi sojusznikami na Starym Kontynencie Joe Biden wziął udział w pełnym napięcia szczycie z autorytarnym rywalem – Władimirem Putinem. Taka sytuacja wpisuje się w zimnowojenną koncepcję „Zachodu”, który doświadcza właśnie odrodzenia. Administracja Joe Bidena „ma okazję do ożywienia Zachodu” – deklarowali organizatorzy tegorocznej monachijskiej konferencji bezpieczeństwa, w czasie której spotykają się wysocy rangą przedstawiciele transatlantyckiej elity.

Reklama

Jeśli jednak pojęcie „Zachodu” wiąże się z ożywieniem współpracy państw demokratycznych – bardzo dziś potrzebnej – to definicja ta może być jednocześnie zbyt wąska, jeśli weźmie się pod uwagę wyzwania stojące przed USA oraz ich sojusznikami.

"Zachód", czyli kto?

Pojęcie „Zachodu” zawsze było nieco zmienne, ponieważ termin ten nigdy nie był określeniem geograficznym. Niektórzy komentatorzy używali go do określenia krajów sprzymierzonych ze Stanami Zjednoczonymi w czasie zimnej wojny. Inni widzieli w tym pojęciu wyznacznik rozwoju przemysłowego. Jeszcze inni skupiali się na krajach, które podkreślały wartości demokratyczne lub były częścią większego zbioru „cywilizacji zachodniej”, której źródła sięgają starożytnej Grecji i Rzymu.

Ale bez względu na definicję, kraje, które pasowały do wszystkich tych kategorii, szczególnie USA, Europa Zachodnia a także anglojęzyczny świat byłego imperium brytyjskiego, tworzyły niekwestionowany rdzeń Zachodu i wspólnotę bogatych demokracji.

Jednym z celów tej wspólnoty było zwycięstwo w zimnej wojnie, czego Zachód dokonał i pojęcie to zaczęło wychodzić z mody. Idea Zachodu nagle stała się anachroniczna, biorąc pod uwagę fakt, że rywal Zachodu – blok wschodni – uległ rozbiciu. Amerykańscy politycy coraz częściej mówili o demokracji i prawach człowieka jako o wartościach uniwersalnych, a nie zachodnich. Wielu z nich uważało, że to tylko kwestia czasu, aż potencjalni rywale USA, tacy jak Chiny, zostaną zintegrowani w ramach większego liberalnego porządku.

Sytuacja uległa pewnej zmianie w czasie kadencji prezydenta Donalda Trumpa, który co prawda często powoływał się na cywilizację zachodnią, opisując więzy pomiędzy USA a Europą, ale dla wielu jego retoryka pozostawała pusta, bo po prostu nie lubił demokratycznych sojuszników Ameryki.

Dla innych z kolei retoryka Trumpa była złowieszcza, ponieważ jego słowa i działania wskazywały na to, że chce on przeciwstawić w większości biały chrześcijański Zachód niebiałej reszcie świata. W 2020 roku w czasie monachijskiej konferencji bezpieczeństwa odnotowano szeroko rozpowszechnione poczucie braku Zachodu. Obawiano się, że istnienie Zachodu stanęło pod dużym znakiem zapytania.

Dlaczego zatem, zaledwie rok później, koncepcja Zachodu powraca? Fakt, że świat po raz kolejny ulega podziałowi, gdy rozwinięte demokracje konfrontują się z rosnącym zagrożeniem ze strony niezachodnich autokracji w postaci Chin i Rosji, dał pojęciu Zachodu nowy, smutny wydźwięk. Wybór Joe Bidena na prezydenta USA odnowił nadzieje, że świat Zachodu może zostać znów poskładany.

Jak dotąd polityka zagraniczna Joe Bidena skupiała się na umacniania relacji z kluczowymi sojusznikami w Europie i w regionie Indo-Pacyfiku, a prezydent USA nazwał podział pomiędzy demokracją a autokracją fundamentalnym podziałem na świecie. Joe Biden wraz z brytyjskim premierem Borisem Johnsonem podpisali nową Kartę Atlantycką, która ma być XXI-wiecznym odnowieniem deklaracji z 1941 roku, która dała podwaliny pod wiele kluczowych zasad świata zachodniego.

Administracja USA dążyła też do przekształcenia klasycznych instytucji Zachodu, takich jak NATO i Grupa G7 w narzędzia demokratycznej współpracy przeciw Chinom oraz w obliczu innych zagrożeń. Jeśli „Ameryka powraca” – jak mówi Joe Biden – to może Zachód również?

Nie byłoby to złe. Choć pojęcie Zachodu jest nie do końca określone, to jednak określa pewne kluczowe kwestie. Najbardziej rozwinięte demokracje świata są ze sobą połączone czymś więcej niż tylko zwykłą zbieżnością interesów. Zachód – jak określił to kiedyś Henry Kissinger – nie składał się z „sojuszy wygody”, ale tworzył „unię zasad”.

Świat desperacko potrzebuje silniejszego poczucia wspólnego celu wśród krajów najbardziej zdolnych do sprostania autorytarnemu wyzwaniu i zmierzenia się z problemami wymagającymi kolektywnych działań, od pandemii po konsekwencje rewolucyjnej zmiany technologicznej.

Negatywne dziedzictwo i nowe wyzwania

Ale „Zachód” jest też obarczony pewnym bagażem. Dla osób z regionów rozwijających się pojęcie to często wiąże się z niepożądanym imperializmem i może być obciążeniem w ramach rywalizacji USA z Chinami.

Efektywna rywalizacja z Pekinem będzie wymagała od demokracji połączenia ich energii. Ale będzie też wymagała od nich współpracy ze strategicznie położonymi autokracjami, takimi jak Wietnam; współpracy z narodami, które od dawna oddzielają się zarówno od Wschodu, jak i od Zachodu, takimi jak Indie; współpracy z krajami rozwijającymi się w Azji i w Afryce. USA będą musiały tworzyć wiele nachodzących na siebie koalicji, z których wspólnota demokracji będzie tylko jedną z nich, aczkolwiek najważniejszą.

Chińczycy są doskonale tego świadomi. Chińskie media państwowe przedstawiały G7 jako grupę chciwych imperialnych potęg, które chcą utrzymać rozwijający się świat pod swoim butem. Pekin nieustannie powtarza, że „zachodnie wartości”, takie jak prawa człowieka i demokracja, są nieodpowiednie dla osób spoza Zachodu.

Innymi słowy, autorytaryzm jest po prostu oporem wobec politycznego i kulturowego imperializmu Zachodu. Prezydent Xi Jinping wezwał „zewnętrzne potęgi”, takie jak USA, aby zostawiły Azję Azjatom, co w praktyce oznaczałoby zostawienie Azji Chinom.

Być może dlatego Joe Biden unika używania w retoryce pojęcia Zachodu pomimo, że próbuje stworzyć silniejszą solidarność w łonie państw zachodnich. „Nie chodzi o przeciwstawianie Wschodu Zachodowi” – mówił w lutym tego roku.

Ci, którzy mówią o odnowieniu Zachodu, mają rację pod jednym ważnym względem – najważniejsze demokracje świata muszą odzyskać swoją dumę. Ale budowa współpracy, która będzie niezbędna do stawienia czoła zagrożeniu ze Wschodu, będzie wymagała więcej niż tylko współpracy państw zachodnich.