Jak do tego doszło? 34-letni wówczas Perkins był traderem w PVM Oil Futures, funduszu zajmującym się handlem ropą naftową. Jego jedyną rolą było kupowanie lub sprzedawanie surowca w imieniu swoich klientów. Nic więcej. Jednak pod wpływem alkoholu Perkins postanowił nagle sam zostać jednym z wielkich rynkowych graczy. W ciągu 19 godzin – od poniedziałkowego popołudnia do wtorkowego poranka – przejął prawa do kontraktów na ponad 7,13 mln baryłek ropy typu brent wartej aż 520 mln dol. (były to kontrakty, więc nikt nie wymagał natychmiastowego płacenia). Nikomu nic te liczby nie mówią? To inaczej: w rękach pijanego tradera znalazło się aż 69 proc. ropy, którą wówczas globalnie obracano. Tak wielkie zakupy nie uszły rzecz jasna uwadze innych funduszy. Gwałtowne wykupywanie praw do surowca mogło oznaczać tylko jedno: ktoś wszedł w posiadanie informacji o szykującym się potężnym wstrząsie i na gwałt robi zapasy. Gracze nie mogli spokojnie przyglądać się tej sytuacji, zareagowali więc kolejnymi zakupami. I tak w ciągu zaledwie 30 minut cena baryłki ropy skoczyła w górę aż o 1,5 dol. I już długo nie spadała, choć PVM Oil Futures o poranku wykryło pijacki wybryk Perkinsa i anulowało dokonane przez niego transakcje (tracąc na tym 10 mln dol.).

Ta historia pokazuje – o czym często zapominamy – że jednostka wciąż może zmienić bieg wydarzeń. Na szczęście w większości przypadków nie są to zmiany, których należy się obawiać. Raczej trzeba im kibicować. Po prostu w cieniu tych największych działają maluczcy dokonujący rzeczy wręcz niemożliwych, z którymi nie radzą sobie świetnie wykształceni menedżerowie. Przygnieceni do ziemi przez życie, często walczący o przetrwanie, nie mają nic do stracenia i rzucają się na zadania, które „poważny” świat uważa za nierealne. I, o dziwo, wychodzą na swoje. – Jeśli sam nie zajmiesz się swoim życiem, ono zajmie się tobą. Ale nie w taki sposób, jakiego najbardziej oczekujesz: po prostu wylądujesz na bruku – myśl sformułowana przez Ala Riesa, amerykańskiego teoretyka marketingu, zapewne wielu z nich nie była obca. Choć pewnie w swoim życiu nigdy ani nie spotkali Riesa, ani nie przeczytali jego książek.

Muzyka i mop

W historii świata pełno jest wielkich małych ludzi. Jak choćby Mahatma Gandhi, który biernym oporem, głodówkami i w końcu leczniczymi lewatywami najpierw upokorzył Zjednoczone Królestwo, a w 1948 r., dając Indiom niepodległość, przypieczętował jego rozpad. A skromna Mary Anderson z Nowego Jorku, o której mało kto dziś pamięta? Już w 1903 r., gdy motoryzacja była jeszcze w powijakach, wynalazła i opatentowała wycieraczkę z gumowym piórem, bez której nie wyobrażamy sobie dziś żadnego samochodu. Wymieniać można by długo. Skupmy się jednak na tych osobach, których działalność możemy wciąż obserwować.

Biznes to najlepszy inkubator przedsiębiorczości. Najczęściej powodem, dla którego chce się nam ruszyć z kanapy, jest wizja wielkich pieniędzy. Najlepiej takich, jakimi dysponuje Carlos Slim, najbogatszy człowiek świata. Jego majątek przekracza aż 69 mld dol., i to lekko licząc. Dla spełnienia tego marzenia wielu zakasało rękawy. Często jednak sukces jest dziełem niecodziennego splotu sytuacji – tak było np. w przypadku twórcy najpopularniejszego dziś na świecie portalu aukcyjnego eBay Pierre’a Omidyara, który w dwa dni napisał kod komputerowy e-sklepu, bo miał już po dziurki w nosie ciągłych narzekań dziewczyny chcącej mieć w internecie miejsce, w którym mogłaby się wymieniać ciuchami. Dziś jego majątek przekracza 8 mld dol.

Ale często przedsiębiorczość jest skutkiem braku alternatywy. Urodzony w nowojorskim Harlemie Sean Combs miał dwa lata, gdy stracił ojca, dziesięć lat później musiał już zarabiać, by pomóc utrzymać rodzinę. Ponieważ był zbyt młody, by samodzielnie rozwozić gazety, wpadł na pomysł, jak ominąć przepisy. Wszedł w układ ze starszymi chłopcami: przejął ich trasy, a w zamian oddawał im połowę zysków. Wkrótce zarabiał 700 dol. tygodniowo. Uczciwie trzeba przyznać, że się wówczas nie obijał. Ten nabożny stosunek do ciężkiej pracy pozostał mu do dziś. Znany był jako Puff, Puffy, Puff Daddy, ale jako P. Diddy robi prawdziwą furorę. Dorobił się na muzyce hip-hop, ale szybko przestało mu wystarczać składanie rymów. Uruchomił więc własne studio nagrań i stał się producentem. Ale wciąż było mu mało, wiedział także, że mody przemijają: dziś jesteś gwiazdą, a jutro już nikt nie puszcza twoich piosenek. Dlatego projektuje ubrania, swoim logo sygnuje biżuterię i perfumy. – W tym przypadku mamy do czynienia z absolutnym fenomenem. Chłopak z nizin stał się ikoną, jego wpływ na miliony młodych ludzi jest przeogromny. Chcą wyglądać i zachowywać się tak jak on, a nawet podążać tą samą drogą. Może się więc okazać, że będzie on odpowiedzialny za rozkwit wielu biznesowych talentów w równym stopniu, co niejedna prestiżowa uczelnia – śmieje się ekonomistka Melissa Thorpe z uniwersytetu w San Diego.