A2 między Warszawą i Łodzią (ponad 90 km otwartych na kilka dni przed pierwszym meczem Euro 2012), A1 ze Strykowa do Torunia (ponad 160 km) i A4 z Krakowa do Korczowy, czyli granicy z Ukrainą (ok. 260 km) – to jedne z ostatnich fragmentów autostrad nieobjęte poborem opłat.

W latach 2018–2024 to się zmieni. Jak dowiedział się DGP, będą płatne. Udało się nam również ustalić, że pokonanie każdego kilometra będzie kosztowało między 10 a 20 gr. To taniej niż na autostradach koncesyjnych, gdzie trzeba płacić nawet 36 gr za kilometr.

Jeśli przyjmiemy średnią na poziomie 15 gr (o dokładnej cenie zdecyduje rząd), podróż z Warszawy do Łodzi będzie kosztować kierowcę 13,5 zł, ze Strykowa do Torunia 24 zł, a z Krakowa do Korczowy 39 zł. Dzisiaj jest za darmo. Powyższe odcinki to łącznie 510 km dróg. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad idzie jednak jeszcze dalej. Zakłada,
że myto będzie pobierane na 624 km nowych odcinków, czyli także na fragmencie A1 od Strykowa do Pyrzowic (ma być on oddany do 2024 r.).

Wyłączona z opłat może zostać jednak wschodnia obwodnica Łodzi. Dzisiaj w Polsce objętych płatnościami jest już 740 km autostrad. Zdecydowaną większością zarządzają koncesjonariusze – Autostrada Wielkopolska na A2, Stalexport na A4 i GTC na A1. Państwo pobiera opłaty jedynie na 261 km tras, a robi to za pośrednictwem firmy Kapsch i jej systemów viaTOLL oraz viaAUTO.

Kierowcy aut osobowych, aby jeździć po wszystkich autostradach, zmuszeni są korzystać z pięciu różnych systemów poboru opłat. Każdy z trzech koncesjonariuszy dysponuje odrębnym, dodatkowo na autostradach państwowych można płacić elektronicznie lub na bramce. Umowa koncesyjna na A2 obowiązuje do 2037 r. Dopiero po jej wygaśnięciu będzie można myśleć o stworzeniu spójnego systemu poboru opłat w całej sieci autostrad. Pieniądze pobrane od kierowców zasilą Krajowy Fundusz Drogowy z przeznaczeniem na nowe inwestycje.

>>> Czytaj też: Nowy odcinek S7. Szybciej w drodze do Gdańska

Szlabany na autostradach niby znikną, ale zostaną

Miało być szybko, nowocześnie i elektronicznie. Ale już dziś wiadomo – znienawidzone przez kierowców bramki na placach poboru opłat przeżyją drugą młodość.

GDDKiA wskazuje, że długości autostrad planowanych do objęcia opłatami od osobówek są orientacyjne i będą uzależnione od tempa oddawania nowych odcinków dróg. Na razie dobra informacja dla kierowców aut osobowych jest taka, że przynajmniej przyszły rok zapowiada się dla nich spokojnie. Jak zapowiada Elżbieta Kisil, rzeczniczka resortu infrastruktury, w 2017 r. nastąpi kolejne rozszerzenie sieci dróg krajowych o blisko 500 km, na których pobierana będzie opłata, ale tylko elektroniczna od pojazdów ciężkich. Tak więc nowe regulacje zaczną się od końcówki 2018 r., gdy rząd podpisze nowy kontrakt na obsługę i rozbudowę systemu e-myta w Polsce.

Bramki wciąż potrzebne

Zaskakujące wydaje się to, że rząd, szykując się do przetargu na nowego operatora systemu poboru opłat drogowych i być może nowy system (jeśli przegra aktualny operator firma Kapsch), zakłada dalsze istnienie poboru manualnego, a więc uwzględniającego bramki, które szczególnie w okresach urlopowych szczytów powodują drogowe zatory.

Kolejni ministrowie od lat obiecują kierowcom, że wprowadzą system elektroniczny dla aut osobowych, np. na A1 w drodze nad morze. Ale z opisu najnowszego zamówienia wynika, że dotyczy ono wyłącznie odcinków GDDKiA (koncesjonariusze dostali w sprawie sposobu poboru opłat wolną rękę).

Dyrekcja twierdzi, że obowiązujące przepisy nie pozwalają na nałożenie na kierowców obowiązku opłat elektronicznych. – Musimy zostawić opcję manualną, bo tak przewiduje prawo – mówi Jan Krynicki z GDDKiA. – Oczekujemy, że firmy, które będą ubiegać się o kontrakt na budowę nowego systemu, zaproponują również, jak połączyć pobór manualny z elektronicznym – dodaje.

W grę wchodzą wszystkie dostępne technologie, np. e-winiety, płatności komórkami, karty flotowe i urządzenia pokładowe radiowe lub satelitarne.

Weryfikacja planów

Co może oznaczać dla kierowców w praktyce taka hybryda? Na przykład to, że na osiem bramek na placu poboru opłat dwie będą manualne, a sześć operator wyposaży w inną technologię. Zwiększenie płynności zapewne nastąpi, ale w stopniu mniejszym od oczekiwanego przez kierowców.

Wizja, która wynika z dokumentów przetargowych Generalnej Dyrekcji, odbiega od tego, o czym była mowa jeszcze w 2014 r. Wówczas rząd PO-PSL rozpatrywał trzy opcje: elektroniczny system poboru opłat z urządzeniem pokładowym (tzw. OBU), elektroniczny system przy wykorzystaniu kamer wideo (tzw. video tolling) oraz system winietowy (elektroniczny lub papierowy). Ówczesna minister infrastruktury Elżbieta Bieńkowska rekomendowała pierwsze rozwiązanie. Do rozstrzygnięcia pozostawała jedynie kwestia tego, czy urządzenie pokładowe będzie obowiązkowe, czy nie (co oznaczałoby konieczność zapewnienia alternatywnych form wnoszenia opłat za korzystanie z dróg). Tak czy inaczej jako główną korzyść wskazywano brak konieczności ponoszenia kosztów budowy i eksploatacji miejsc poboru opłat.

Po objęciu władzy przez PiS nowe kierownictwo resortu infrastruktury skasowało te koncepcje i rozpoczęło prace od początku. Minister Andrzej Adamczyk stwierdził, że gdy przyszedł do ministerstwa, szuflada z podpisem „nowy system poboru opłat drogowych” była pusta.

Czy będzie drożej

Wciąż otwarta pozostaje kwestia stawek za przejazd. Dzisiaj na odcinkach GDDKiA, czyli A2 Konin – Stryków i A4 Wrocław – Gliwice, obowiązują najniższe ceny w sieci drogowej w Polsce: po 10 gr za kilometr. Do 2012 r. było to 20 gr (podróż z Konina do Strykowa kosztowała niespełna 20 zł, a nie 10 zł jak obecnie), jednak obniżkę wymusiła UE. Znaczna część pieniędzy na budowę tych dróg pochodziła z europejskich funduszy, dlatego Komisja Europejska nie pozwoliła GDDKiA zarabiać na obsługiwaniu kierowców. Ale okres ważności projektu dobiega końca w przyszłym roku, a to otwiera drogę do powrotu do stawek sprzed 2012 r. lub przynajmniej częściowego ich podniesienia.

– Powrót do 20 gr za kilometr na państwowych autostradach jest bardzo prawdopodobny, bo rząd poszukuje pieniędzy – przewiduje Robert Chwiałkowski ze stowarzyszenia Siskom, które monitoruje budowę dróg.

MIB twierdzi, że na obecnym etapie nie prowadzi prac nad podwyżkami cen. Ale nie wyklucza zmiany np. struktury stawek opłat od pojazdów ciężkich (przy zachowaniu zależności zróżnicowania ich ze względu na klasę emisji spalin, tzw. klasę Euro).

– Każdy wzrost wpływów do Krajowego Funduszu Drogowego oznacza przyspieszenie realizacji Planu Budowy Dróg Krajowych na lata 2014–2023, a tym samym budowy spójnego i nowoczesnego systemu dróg zapewniającego efektywne funkcjonowanie transportu – twierdzi MIB.

>>> Polecamy: Wokół Łodzi domyka się drogowy pierścień. Co z budową obwodnic innych miast?