Każdy zajmujący się finansami pamięta zapewne, co robił tamtego dnia o tamtej porze, ponieważ ruch waluty o kilkadziesiąt procent w ciągu kilku minut zdarza się wyjątkowo rzadko. Cena franka w parę minut skoczyła z 3,5 zł do 5,2 zł, by w ciągu dnia ustabilizować się w pobliżu 4,3 zł. I choć chcielibyśmy, żeby tamtą decyzję można było rozpatrywać tylko w kategoriach historycznych, to tak nie jest. Pierwsza zła wiadomość jest taka, że frank nie staniał znacząco – wciąż kosztuje ponad 4 zł. Druga, jeszcze gorsza wiadomość jest taka, że Szwajcarzy z mocną walutą trzymają się bardzo dobrze. Frank jest mocny, ale bezrobocie jest niskie, eksport rośnie jak na drożdżach, a inwestorzy wciąż zgłaszają popyt na szwajcarskie aktywa.

To dla nas niebezpieczne zjawisko, ponieważ istnieje ryzyko, że przy kolejnych turbulencjach finansowych na świecie frank znów się znacząco umocni. To nie prognoza, ale ostrzeżenie – analiza ryzyk jest równie istotna, a może nawet istotniejsza, niż stawianie punktowych prognoz. Taką ewentualność powinni mieć na uwadze nie tylko frankowicze, ale również decydenci w Narodowym Banku Polskim oraz menedżerowie i akcjonariusze banków. Jeżeli umocnienie franka byłoby gwałtowne, powiedzmy z 4,3 do 6 zł, wówczas zagrożona byłaby stabilność sektora bankowego. Ale nawet przy łagodniejszych ruchach, do 4,5–5 zł, będzie rosło ryzyko polityczne. Chęć rządzących do miękkich (nacisk regulacyjny) lub twardych rozwiązań problemu kredytów frankowych będzie wtedy rosła.

>>> Polecamy: Jak bardzo Polacy są zadłużeni we frankach?

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Spójrzmy, co się dzieje z gospodarką Szwajcarii od momentu gwałtownego umocnienia waluty. Kraj wpadł w deflację, ale nie była ona wcale głębsza niż w Polsce, która w tym samym czasie doświadczała osłabienia waluty. Co więcej, wedle ostatnich prognoz SNB w tym roku deflacja się zakończy. Umacnia się wzrost gospodarczy. Po przejściowym spowolnieniu w 2015 r. (ale bez wystąpienia recesji), już w 2016 r. wzrost przekroczył 1 proc., a w tym według SNB ma wynieść średnio 1,5 proc., czyli mniej więcej tyle, ile w strefie euro.

Najciekawsza jest sytuacja w szwajcarskim eksporcie, któremu wróżono załamanie po aprecjacji franka. Nic z tych rzeczy. Średni wzrost eksportu towarów i usług w 2015 r. przekroczył 2 proc., a w trzech kwartałach 2016 r. nawet 4 proc. Co istotniejsze, saldo handlowe wzrosło w ostatnich latach, właściwie zgodnie z długookresowym trendem. Czyli znaczący wzrost cen szwajcarskich towarów na rynkach międzynarodowych oraz spadek cen towarów zagranicznych w Szwajcarii nie doprowadziły do zmiany relacji między eksportem a importem tego kraju. Dlaczego? Racjonalnym wyjaśnieniem może być fakt, że Szwajcarzy eksportują towary drogie, w przypadku których reakcja sprzedaży na zmiany ceny (tzw. elastyczność cenowa popytu) jest bardzo niska. Świat kupuje szwajcarskie zegarki, maszyny i lekarstwa bez względu na ich cenę.

Dzięki niezłym wynikom eksportu udało się utrzymać Szwajcarom niskie bezrobocie. Jest ono w tym momencie na podobnym poziomie co przed osłabieniem kursu franka, czyli w okolicach 4,5 proc.

Szwajcarska gospodarka spokojnie sobie zatem poradziła z silną walutą. Jeżeli się dokładnie przyjrzy historii tego kraju, nie jest to wcale takie zaskakujące. Od momentu upadku systemu Bretton Woods na początku lat 70. frank jest w niemal ciągłym trendzie aprecjacyjnym. Dziś cena franka wyrażona w walutach najważniejszych partnerów handlowych Szwajcarii jest nominalnie aż o 170 proc. wyższa niż w połowie lat 70. Dla porównania, dolar jest o 10 proc. tańszy, funt o 40 proc. tańszy. Jeżeli ujednolici się historyczne kursy euro i wcześniejsze kursy walut dzisiejszych członków strefy, to waluta Niemiec jest dziś o 67 proc. droższa, Holandii czy Austrii o 33 proc. droższa, a ogółem strefy euro o 10 proc. tańsza niż przed czterdziestu laty.

Generalnie, z aprecjacją najlepiej radzą sobie te kraje, które mają wydajny przemysł oraz wysokie oszczędności krajowe, dzięki czemu obywatele mają preferencję dla niskiej inflacji. A nawet na tym tle Szwajcaria się wyróżnia zdolnością radzenia sobie z trwałą i silną nominalną aprecjacją.

Co więcej, popyt na franka dalej jest mocny i SNB systematycznie prowadzi interwencje walutowe w celu niedopuszczenia do większej aprecjacji.

Zadajmy sobie teraz pytanie: jeżeli SNB interweniuje w celu osłabienia franka nawet w warunkach, kiedy globalna gospodarka jest w relatywnie dobrej kondycji, to co się stanie, gdy dojdzie do jakiegoś kryzysu (a poważniejsze kryzysy zdarzają się co najmniej co dekadę)? I kolejne: jak będzie wyglądał kurs waluty kraju tak doskonale radzącego sobie z aprecjacją jak Szwajcaria w stosunku do waluty takiego kraju jak Polska, gdzie rośnie dług publiczny, zwiększa się premia za ryzyko, a oszczędności krajowe są niskie?

Jest kilka czynników, które naszej walucie mogą pomagać. Jeżeli wzrost gospodarczy na świecie wyraźnie się umocni, powinien zwiększyć się apetyt na ryzyko, co odwróci uwagę inwestorów od bezpiecznych szwajcarskich aktywów. My też mamy silne punkty, które powinniśmy wykorzystywać lepiej, niż to robimy dziś. Jesteśmy gospodarką bardzo zrównoważoną zewnętrznie, czyli mającą niski deficyt na rachunku bieżącym (mierzący stopień uzależnienia od kapitału zagranicznego). Mamy wydajny sektor eksportowy, który stale zwiększa produktywność i jest w stanie spokojnie radzić sobie z dużo mocniejszym kursem złotego niż dziś. Polacy zaczynają powoli kumulować prywatne oszczędności emerytalne (choć jest to proces będący w zalążku), co oznacza, że w długim okresie presja polityczna na utrzymanie stabilnej inflacji powinna być wysoka.

Czy możemy liczyć, że te wszystkie czynniki sprzęgną się ze sobą, dając efekt w postaci stabilnego lub mocniejszego złotego? Możemy. Powiedziałbym nawet, że w perspektywie kilku miesięcy mamy mocne powody sądzić, że tak będzie. Ale czy możemy być spokojni, że tak będzie trwale? Absolutnie nie.

>>> Czytaj też: Frankowicze złożą pozew do Strasburga. Chcą zaskarżyć państwo polskie