Najczęściej rozszerzenie spreadu jest tłumaczone „efektem Le Pen” – czyli niepokojem zagranicznych inwestorów związanym z potencjalną wygraną kandydatki Frontu Narodowego Marine Le Pen w wyborach prezydenckich w maju.

Jako obywatel Francji uważam, że obawy te są przesadzone i bazują na niezrozumieniu francuskiego systemu politycznego. Wiele analiz ostatnich wyborów kantonalnych i regionalnych wskazuje, że wyborcy zazwyczaj unikają popierania kandydatów lub list wystawionych przez Front Narodowy.

Biorąc to pod uwagę, jest mało prawdopodobne, że Le Pen uzyska na tyle duże poparcie, aby zdobyć ponad 50% głosów w drugiej rundzie wyborów (przynajmniej w 2017).

Należy wziąć pod uwagę trzy inne czynniki, które tłumaczą rozszerzający się spread oraz fakt, że koszty pożyczkowania Francji będą nadal rosnąć, bez względu na to, kto zostanie kolejnym prezydentem nad Sekwaną:

- powrót inflacji na globalnym poziomie, związany ze wzrostem cen surowców (+9% w styczniu 2017 wobec stycznia 2016) oraz wyjściem Chin z deflacji we wrześniu 2016

- różna sytuacja gospodarcza we Francji i Niemczech. W pewnym sensie, zwiększający się spread rentowności francuskich obligacji może być postrzegany jako powrót do normalnych poziomów.

- ostatnim czynnikiem, który jest pomijany, jest większa selektywność ze strony inwestorów zagranicznych, niezwiązana ze zbliżającymi się wyborami we Francji. Od listopada 2016 japońscy inwestorzy silnie preferują Bundy, ale przez większość 2016 preferowali OAT.

Kolejny rząd we Francji będzie zmuszony do zmiany prawa finansowego na 2017, które obecnie zbyt optymistycznie zakłada, że koszty pożyczkowania wyniosą tylko 0,9%. Ograniczenia wydatków będą oznaczać także mniejsze przepływy dla lokalnych samorządów (które wynoszą około 100 miliardów euro rocznie).

Christopher Dembik, dyrektor ds. analiz makroekonomicznych w Saxo Banku

>>> Polecamy: Dobre wyniki europejskiej gospodarki. PKB strefy euro w górę o 0,4 proc.