Żona Pawła Chruszcza zgłosiła jego zaginięcie w środę około godz. 19. Poszukiwania rozpoczęto natychmiast, bo i zniknięcie było nietypowe. Jak opowiada jeden z przyjaciół rodziny, Paweł nie przyjechał po syna do przedszkola i nie odbierał telefonu. Znaleziono go w czwartek około godz. 13. Wisiał na słupie energetycznym w szczerym polu. Obok stał jego samochód.

Pierwszy zobaczył go przyjaciel, kibic Chrobrego Głogów, który wraz z 30 innymi fanami klubu szukał Pawła równolegle ze strażakami. – W czwartek rano zadzwonili koledzy, żeby się zebrać i pomóc w poszukiwaniach. Chwilę przed południem byliśmy już w Jerzmanowej (10 km od Głogowa), bo policja początkowo tam zlokalizowała sygnał z telefonu – opowiada jeden z naszych rozmówców. Po chwili przyszedł sygnał, żeby pojechać 20 km dalej, do Droglowic. Tam policjant pokazał im kierunek, skąd dochodził sygnał. Ruszyli jeden obok drugiego, przeczesując pole.

Na miejscu nie pracowała raczej lokalna policja. – Naszych przecież znamy – mówią kibice. Chruszcza było widać z daleka. Miał zakrwawione, poharatane ręce, krew na spodniach, a na nosie okulary, choć używał ich tylko do pracy. Pętla była podwójnie zaczepiona, co sprawiało wrażenie profesjonalnej roboty. Strażacy mówili, że cała akcja była „dziwna”. Nie wolno im było wymawiać nazwiska poszukiwanego, byli „prowadzeni jak w nawigacji”, a w pierwszej lokalizacji praktycznie nie było policji, tylko „pilnujący strażaków kryminalni”. Sami policjanci tłumaczą, że taka jest procedura. I potwierdzają, że ciało znaleźli kibice.

– Sprawa była nagłośniona, więc ewentualny zakaz wymieniania nazwiska mógł dotyczyć niepodawania go tuż po odnalezieniu ciała, by pierwsza dowiedziała się o tym rodzina. Nie chcemy, aby rodziny o śmierci swoich bliskich dowiadywały się z mediów – tłumaczy Mariusz Ciarka, rzecznik komendanta głównego policji. I dodaje, że sprawa jest dokładnie wyjaśniana przez policję i prokuraturę. Jak ustaliliśmy, o postępach śledztwa na bieżąco są informowani premier Mateusz Morawiecki i minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. W piątek odbyła się sekcja zwłok. Wynik – uduszenie. I choć prokuratura skłania się ku wersji samobójstwa, to bada, czy nie było udziału osób trzecich.

Mapka

Przyjaciele i współpracownicy nie wierzą, że Paweł targnął się na własne życie. Naszym rozmówcom nie daje spokoju to, że sygnał telefonu pojawiał się w różnych miejscach. I dlaczego komórka tak długo działała, skoro najprawdopodobniej ostatnie połączenie, jakie odebrał, to telefon od brata w środę o godz. 9. Choć potem dzwonili do niego wszyscy, a sygnał ciągle był dostępny. Nie wiadomo, skąd zadrapania na rękach. Znajomych zastanawia, dlaczego na kilka dni przed zaginięciem radnego z Facebooka zniknęło jego konto. Jak ustaliliśmy, profil na Twitterze był dostępny jeszcze w dniu jego odnalezienia przed 8 rano, ale po 13 już nie (ciało znaleziono ok. 13.30). Nie wiadomo, kto go usunął.

Bartłomiej Szwiec, przyjaciel Pawła Chruszcza, rozmawiał z nim przez telefon we wtorek, dzień przed zaginięciem. Gadali na codzienne tematy. Paweł planował wymianę samochodu. – Był na rybach i spytał, czy „do nich” nie dołączę, żeby popływać na łódkach. Użył liczby mnogiej, ale nie wiem, o kim mówił. Spytał, czy mógłbym go stamtąd odebrać, choć wiedział, że nie mam auta. Wysłał mi nawet mapkę z miejscem, w którym miał się znajdować – opowiada Szwiec.

W kolejnej rozmowie Paweł mu powiedział, że sprawa odbioru jest już nieaktualna. Następnego dnia też miał jechać na ryby. – Odezwał się jeszcze w środę o 7.46 rano, ale spałem. Gdy potem oddzwaniałem, nie odbierał. O 7.48 zadzwonił do naszego kolegi. Pytał, czy nie mógłby go odebrać, ale miał to jeszcze potwierdzić ok. 15. Wysłał tę samą mapkę – opowiada. Drugi z kolegów, proszący o zachowanie anonimowości, potwierdza tę wersję. Obaj przekazali mapki policji. Okazały się kluczowe. Ciało Pawła znaleziono w zaznaczonym na nich miejscu.

Jak mówi Szwiec, Chruszcz nad wodą zwykle „ładował baterie”. Był członkiem koła wędkarskiego. Ale tym razem, jak ustaliliśmy, nie wziął z domu wędek. We wtorek radny był w Głogowie. Między 13 a 14 odbierał coś w zakładzie szklarskim. O 13 był też umówiony w centrum. Na spotkanie nie dotarł, co mu się dotychczas nie zdarzało. Dopiero po telefonie od czekającego na niego człowieka zjawił się na miejscu. Nie wiadomo też, czy pojawił się w środę w pracy. – Od wtorku miał zwolnienie lekarskie. W środę miał je zawieźć i odpocząć – mówi Jarosław Klus, działacz stowarzyszenia rolników ProNatura, bliski znajomy Chruszcza, który rozmawiał z nim we wtorek wieczorem. To samo mówiła żona. Gdy w środę rano wychodziła do pracy, mówił, że zawiezie L4 do biura. Potem mieli się zdzwonić, jak zwykle.

Zwolnienie wziął z powodu stresu. Od kilku miesięcy był zatrudniony w firmie logistycznej Mercus z grupy KGHM. – Był w złym stanie psychicznym, jakby nie spał od kilku dni, wspominał o pozwach – relacjonuje osoba znająca sprawę. Prezes Mercusa Tomasz Hryniewicz na nasze pytania nie odpowiedział. – Z przykrością przyjęliśmy wiadomość o śmierci Pawła Chruszcza – mówi za to Jarosław Twardowski, dyrektor departamentu komunikacji KGHM.

Od kilku dni Paweł był „jakiś inny” – mówią znajomi. Szybko urywał rozmowy telefoniczne, mówił zdawkowo. Bartłomiej Szwiec mówi, że zdarzało się tak już wcześniej, jeśli był bardzo zajęty. Ale od kilku dni sprawiał wrażenie, jakby chciał wycofać się z tego, co robił. – Był przestraszony i przygnębiony – mówi jedna z osób, która widziała go we wtorek. I dodaje, że powiedział „mam przeje...”, choć wcześniej zawsze był gotowy do walki. Nasz rozmówca nie chce podać nazwiska. Boi się, o czym poinformował policję. I zaznacza, że „w razie czego, nie planuje samobójstwa”.

Na tacierzyńskim

Paweł Chruszcz był dociekliwy, wyważony, uparty, z twardą skórą – opisują znajomi. Radnym był od 2014 r., ale polityka od zawsze była mu bliska. Wszedł do rady miasta w okręgu jednomandatowym, nie będąc członkiem żadnej partii, choć jego sympatia dla narodowców była powszechnie znana. Kiedyś działał w Młodzieży Wszechpolskiej. Ale w kampanii stawiał raczej na sprawy społeczne. Wygrał.

– To był jeden z najbardziej pracowitych radnych. Kiedy się czegoś podejmował, nie odpuszczał. Chciał być blisko mieszkańców i traktował to zajęcie poważnie. Jako jedyny umieścił na stronie internetowej ratusza swój telefon i e-mail – mówi DGP Andrzej Koliński, przewodniczący rady miasta Głogów. – Był aktywnym społecznikiem, powszechnie lubianym, bezkonfliktowym i zawsze uśmiechniętym. Widzieliśmy się w poniedziałek. We wtorek i w środę, jak codziennie, rozmawialiśmy przez telefon. Nie zauważyłem nic niepokojącego – mówi DGP poseł Sylwester Chruszcz, brat Pawła.

Jego młodszy syn, który ma zespół Downa, był oczkiem w głowie taty. Paweł był z niego dumny. Brał go na ryby, na posiedzenia rady, mecze Chrobrego, odbierał z przedszkola. Był jednym z pierwszych głogowskich ojców, który wziął urlop tacierzyński. – Jedyne, co go martwiło, to kto się nim zaopiekuje, gdy zabraknie rodziców – opowiada Jarosław Klus.

Zielone Przedszkole

Chruszcz miał powody do stresu, bo w ostatnim czasie znalazł się w oku cyklonu. – Zajmował się dwiema nośnymi sprawami: przekroczeniami norm arsenu w Głogowie oraz Zielonym Przedszkolem, gdzie występował w podwójnej roli ojca i funkcjonariusza publicznego – mówi przewodniczący Koliński. W pierwszej chodzi o rekordowe na skalę Europy stężenie arsenu, które jest odnotowywane w Głogowie. Wiele osób, w tym Paweł, wskazywało, że odpowiedzialność ponoszą za to huty KGHM.

Zajmował się tym tematem od kilku lat. Złożył zawiadomienie do prokuratury, że zachodzi podejrzenie, iż dane z huty w Głogowie wskazujące, że normy nie są przekroczone, mogą być źle pobierane. Sprawę umorzono. DGP napisał o problemach z arsenem cykl tekstów. Po nagłośnieniu sprawy, pod koniec kwietnia Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska we Wrocławiu potwierdził wcześniejsze informacje o tym, że miedziowy koncern odpowiada za znacznie większy udział emisji arsenu, niż deklaruje.

Ostatnio radny był bardziej zaangażowany w tropienie innej afery. Na początku marca odkryto, że w głogowskim Zielonym Przedszkolu opiekunka znęcała się nad niepełnosprawnym dzieckiem. Do tej placówki chodził młodszy syn Pawła. Radny, przyglądając się sprawie, zwrócił uwagę na kolejne – jego zdaniem – nieprawidłowości. Zastanawiała go cena, po jakiej prezydent Głogowa sprzedał placówkę – 940 tys. zł, choć według lokalnych analityków nieruchomość miałaby być warta ponad 2 mln zł. Zastosowano przy tym dopuszczony prawem tryb bezprzetargowy. Ponieważ dodatkowo płatność rozłożono na pięć lat, w efekcie miasto dostało za sprzedaż mniej niż wcześniej za dzierżawę budynku. Według miasta wszystko odbyło się zgodnie z przepisami.

Prezydent Rafael Rokaszewicz już wcześniej znał nowego właściciela przedszkola. W styczniu 2016 r. wylicytował na aukcji WOŚP dzień z prezydentem. Co więcej, pojawiały się sygnały o wyłudzaniu dotacji na sfałszowane zaświadczenia o niepełnosprawności (różnica między dotacją na dziecko bez orzeczenia i z orzeczeniem może wynosić nawet kilka tysięcy złotych miesięcznie). Swoje sfałszowane podpisy na dokumentach odkryła jedna z pracownic przedszkola. Prokuratura sprawę umorzyła. Nieoficjalnie wiemy, że dzięki staraniom Pawła Chruszcza kilka dni temu została wznowiona.

„Oni mnie zabiją”

W weekend media podawały, że Chruszcz miał się spotkać (niektórzy mówili, że w dniu zaginięcia) z agentem CBA, ale na spotkanie nie dotarł. Jednak z naszych informacji wynika, że Biuro o sprawie sprzedaży Zielonego Przedszkola nie zostało jeszcze powiadomione. Z kolei podczas rozpoczynającego się jutro posiedzenia Sejmu radny miał porozmawiać w Warszawie z Maciejem Wąsikiem, byłym wiceszefem CBA, obecnie sekretarzem stanu w KPRM. – To prawda. Wiedziałem, że mam się spotkać w sprawie przedszkola i nieprawidłowości z tym związanych – potwierdza Wąsik.

Na kwietniowej sesji rady miasta między prezydentem a Chruszczem doszło do starcia w sprawie przedszkola. Rokaszewicz obiecał przekazać dokumentację sprawy placówki, ale jednocześnie złożył zawiadomienie w prokuraturze, że został obrażony jako funkcjonariusz publiczny. Głogowianie uważają, że Chruszcz był postrzegany jako potencjalny konkurent Rokaszewicza w jesiennych wyborach samorządowych, choć sam o takich planach nie wspominał. W piątek prezydent odmówił rozmowy z nami. – Nie komentujemy do pogrzebu – mówi rzeczniczka miasta.

Z kolei właściciel przedszkola żądał od Chruszcza przeprosin i wpłaty 50 tys. zł na własną fundację zajmującą się „ochroną i promocją zdrowia małoletnich”. – Ta sprawa go męczyła, ale uważaliśmy, że jako radny ma prawo zadawać trudne pytania. W poniedziałek w rozmowie ze mną był pewien, że postępuje dobrze i kieruje się interesem społecznym – opowiada Bartłomiej Szwiec. Co innego mówi Andrzej, który pomagał mu badać wycenę przedszkola. – Zadzwonił do mnie w poniedziałek i powiedział, że mam nie wysyłać do mediów ustalonego wcześniej wspólnie komunikatu. Kiedy powiedziałem, że już jest za późno, odrzekł: „Oni mnie, Andrzej, zabiją” – relacjonuje. Chciał też, żeby lokalny PiS zrezygnował z organizacji wiecu poparcia dla niego. – Bał się – dodaje.

Odra

Jak nieoficjalnie ustaliliśmy, w piątek do prokuratury wpłynęło zawiadomienie w jeszcze innej sprawie o możliwości popełnienia przestępstwa przez Pawła Chruszcza. Złożyła je Beata Stachak, przewodnicząca rady podgłogowskiej gminy Żukowice, a jednocześnie naczelniczka wydziału oświaty w Głogowie. Chodzi o plany budowy nowego szybu Odra w kopalni rud miedzi KGHM, przeciwko której protestują mieszkańcy Słonego i Kamiony w gminie Żukowice, gdzie KGHM chce realizować inwestycję. Kombinat zaproponował rolnikom i ich dzieciom pomoc i uruchomił infolinię.

Konsultant infolinii mówił jednemu z mieszkańców, że Beata Stachak wysłała pismo informujące, że nie interesują jej żadne propozycje KGHM dla mieszkańców, także te dotyczące finansowania kolonii dla dzieci czy polityki zdrowotnej. Interesował ją jedynie wykup gruntów. Paweł Chruszcz ujawnił nagranie rozmowy z konsultantem podczas ostatniej sesji rady miasta. Beata Stachak uważa, że to prywatna korespondencja i nikt nie miał prawa jej ujawniać. Nam powiedziała przez telefon, że należy uszanować tragedię rodziny radnego. Spotkania odmówiła.

Rozmawialiśmy za to z Justyną Tywoniuk, mieszkanką Słonego, która współpracowała z Chruszczem w sprawie szybu. Tydzień temu w niedzielę Paweł zadzwonił do niej i powiedział, żeby „odpuściła Beacie”, bo wszystko się niebawem wyjaśni. Zaskoczyło ją to, bo dotychczas, po spotkaniach z prawnikami mówił, że wszystko jest w porządku, że udowodni swoje racje i że nie złamał prawa, upubliczniając nagrania. – Dlaczego chciał się wycofać? – zastanawia się. – Rozmawiałam z nim jeszcze w dniu zaginięcia o 7.30 rano. Omawialiśmy strategię na czerwcową sesję w Głogowie, gdzie miała wyjść sprawa Stachak. Mieliśmy się spotkać, ale już nie zdążyliśmy – mówi.

Dni Głogowa

W Głogowie radny był bardzo znany. – Nie wierzę, żeby ktoś go zabił. Załamał się, nie wytrzymał i popełnił samobójstwo – mówi jeden z mieszkańców. – Załatwili go, bo ujawniał przekręty – twierdzi inny. Obie wersje mają już swoich zagorzałych zwolenników. Wczoraj przed meczem ze Stomilem Olsztyn kibice Chrobrego uczcili pamięć Pawła minutą ciszy.

Kiedy do miasta dotarła wiadomość o śmierci, z wielką pompą ruszały doroczne Dni Głogowa. Zaplanowano koncert Agnieszki Chylińskiej i inne atrakcje. Do prezydenta przyszła delegacja znajomych Pawła z prośbą, żeby wyciszyć obchody, opuścić flagę, dać kir. Flagę opuszczono, ale kiru nie było. Dni Głogowa odbyły się zgodnie z planem. Prezydent miasta po raz pierwszy nie przemawiał na ich otwarciu. Właśnie ze względu na Pawła.

>>> Czytaj też: Rewolucja na rynku pracy? Rząd otwiera się na imigrantów