Procedura oceny przez KRS startujących na stanowiska sędziowskie jest dwuetapowa. Najpierw kandydat jest sprawdzany przez trzyosobowe zespoły. Później wyniki jego pracy są prezentowane na plenarnym posiedzeniu KRS. Na tej podstawie organ podejmuje decyzję, czy daną osobę rekomendować prezydentowi, czy nie.

I właśnie na tym pierwszym etapie kandydatów, którzy zostali zaproszeni do rady na przesłuchanie, spotkała niespodzianka. Jak bowiem mówiła podczas wczorajszego posiedzenia KRS jej członkini Krystyna Pawłowicz, a potwierdził to wiceprzewodniczący KRS Dariusz Drajewicz, osoby te były pytane o ocenę trwającego sporu wokół reformy wymiaru sprawiedliwości. Poseł Pawłowicz wyraziła przy tym oburzenie, że kandydaci nie chcieli odpowiadać. Dla jasności: nigdy wcześniej na tym etapie kwalifikacji takie pytania nie były stawiane.

– Zasłaniali się tym, że są to ich osobiste poglądy, z których nie muszą się nikomu tłumaczyć – mówiła wyraźnie oburzona polityk PiS. Środowisko sędziowskie ostro krytykuje takie postępowanie rady.

– To pokazuje, że KRS przestała dokonywać merytorycznej oceny kandydatów, a dobór odbywa się według klucza politycznego – podkreśla Krystian Markiewicz, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”. Wtóruje mu Sławomir Pałka, sędzia Sądu Rejonowego w Oławie, były członek KRS. – Brałem udział w wielu zespołach opiniujących kandydatów na sędziów i nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek ktoś był pytany o polityczne poglądy. Zdarzały się prośby o ocenę zmian zachodzących w przepisach, ale dotyczyły one procedur – zapewnia były członek rady i dodaje, że pytania o poglądy nie padały wcześniej nawet z ust poseł Pawłowicz.

Nie wiadomo, czy negatywna opinia kandydata na temat przeprowadzanych reform prowadziłaby do jego automatycznej dyskwalifikacji. Jednak przypadek sędzi Marty Kożuchowskiej-Warywody, która ubiegała się o stanowisko sędziego, każe przypuszczać, że tak. Wczoraj KRS jej kandydaturę odrzuciła zdecydowanie większą liczbą głosów niż w przypadku innych startujących.

KRS eliminuje niepokornych sędziów

Nie wiadomo, jaki będzie los sędziów Sądu Najwyższego, którzy ukończyli 65. rok życia. Chodzi o tych orzekających, którzy chcieliby pozostać na stanowiskach (w tej grupie są zastępujący prof. Małgorzatę Gersdorf Józef Iwulski oraz Stanisław Zabłocki, prezes izby karnej SN). Krajowej Radzie Sądownictwa bowiem znów nie udało się wydać opinii w tej sprawie, mimo że był to już drugi dzień obrad tego organu.

Wczorajsze posiedzenie odbiło się jednak szerokim echem w środowisku sędziowskim. A wszystko z powodu wypowiedzi jednego z jej członków – poseł Krystyny Pawłowicz. Dotyczyły one kandydatki startującej w konkursie na stanowisko sędziego w wojewódzkim sądzie administracyjnym. Chodzi o orzekającą obecnie w Sądzie Rejonowym dla m.st. Warszawy Martę Kożuchowską-Warywodę, która jednocześnie jest prezesem warszawskiego oddziału nielubianego przez partię rządzącą Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”. I właśnie na działalność sędzi w tym stowarzyszeniu zwracała uwagę pozostałym członkom KRS poseł Pawłowicz. Kolejnym zarzutem przeciwko jej kandydaturze był fakt, że Kożuchowska-Warywoda figuruje na zdjęciu obok innego sędziego zaangażowanego w akcje protestacyjne w obronie niezależności sądów Waldemara Żurka. Jak zauważyła Krystyna Pawłowicz, warszawska sędzia trzyma na fotografii zapaloną świeczkę. Można więc przypuszczać, że omawiane zdjęcie ilustruje któryś z wielu protestów, jakie odbywały się w obronie SN.

– Nie rozumiem, jak można sędzi robić zarzut z tego, że brała udział w legalnej przecież manifestacji. Jeżeli ktoś uważa, że w ten sposób przekroczyła jakieś normy, to powinien to zgłosić rzecznikowi dyscyplinarnemu. A nie słyszałem, żeby przeciwko jakiemukolwiek sędziemu, który uczestniczył w protestach, toczyło się postępowanie dyscyplinarne – zauważa Sławomir Pałka, sędzia sądu Rejonowego w Oławie, były członek KRS.

Oburzenia nie kryje również wspomniany już sędzia Żurek. – Skandal. Ten organ to komitet represjonowania sędziów – kwituje krótko.

Ostatecznie sędzia Kożuchowska-Warywoda nie uzyskała rekomendacji KRS na stanowisko sędziego w WSA. Jak podkreślała Teresa Kurcyusz-Furmanik, członek rady, decyzja ta zapadła wyłącznie w oparciu o merytoryczne kryteria. Rada oceniała wiedzę i doświadczenie poszczególnych kandydatów oraz ich dotychczasowy dorobek. I rzeczywiście – w przypadku sędzi z Warszawy, obok tych opisanych wyżej, pojawił się także zarzut merytoryczny. Dotyczył on tego, że dotychczas nie miała wiele wspólnego z prawem administracyjnym, gdyż orzeka w sprawach karnych.

Tyle że żaden inny ze startujących w konkursie o stanowisko w WSA (a było ich co najmniej kilku) i jednocześnie odrzuconych przez KRS nie zebrał tak wielu głosów przeciw swojej kandydaturze jak właśnie sędzia Kożuchowska-Warywoda. O ile bowiem pozostali otrzymywali ich po kilka (większość członków rady wolała się wstrzymywać od głosu), to w przypadku prezes warszawskiego oddziału Iustitii ta proporcja została odwrócona – przeciwko jej kandydaturze głosowało 14 członków rady, a wstrzymało się zaledwie sześciu.

– To pokazuje, że KRS przestała być organem dokonującym merytorycznej oceny kandydatów i stała się organem quasi-politycznym – stwierdza Krystian Markiewicz, prezes SSP „Iustitia”.

A sędzia Pałka zastanawia się, czy teraz selekcję przed KRS przejdą jedynie te osoby, którym będą się podobać wszystkie zmiany, jakie przeprowadziła lub dopiero będzie przeprowadzać partia rządząca. Jego zdaniem w tych warunkach sędzia Kożuchowska-Warywoda ma podstawy do tego, aby odwołać się od decyzji KRS do SN.

Sędziów bulwersuje również fakt, że kandydaci byli odpytywani przez członków rady o ocenę zmian, jakie obecnie w zakresie wymiaru sprawiedliwości przeprowadzają rządzący.

– Najpierw słyszymy od osób związanych z PiS, że sędziowie nie powinni wyrażać publicznie swoich poglądów politycznych. A później te same osoby wręcz żądają od nich politycznych deklaracji – wytyka sędzia Markiewicz.

Nie udało nam się uzyskać komentarza rzecznika KRS. Przebiegu wczorajszego posiedzenia rady nie chce komentować także Kancelaria Prezydenta.

– Opinie KRS to istotna okoliczność brana pod uwagę przez prezydenta w podejmowaniu decyzji. Natomiast opinie choć istotne, nie są wiążące. Prezydent będzie kierował się swoją najlepszą wiedzą i interesem wymiaru sprawiedliwości, czego już wcześniej dał dowody – kwituje Paweł Mucha, prezydencki minister.

Kontrowersyjna przeszłość zastępcy I prezes SN

W archiwach Instytutu Pamięci Narodowej figuruje jeden sędzia o tym nazwisku. Nic nie wskazuje, by istniała inna osoba o tych samych personaliach. W aktach IPN zachowała się wojskowa teczka Józefa Iwulskiego jako oficera rezerwy. Po uzyskaniu w czerwcu 1976 r. tytułu magistra prawa na Uniwersytecie Wrocławskim z wynikiem bardzo dobrym w ramach przeszkolenia wojskowego trafił do szkoły oficerów rezerwy (SOR) Wojskowej Służby Wewnętrznej (wojskowy kontrwywiad PRL i ówczesna Żandarmeria) na kierunek dochodzeniowy. Był tam od stycznia do czerwca, szkołę ukończył z wynikiem bardzo dobrym i 4. lokatą. Jak mówi nam Piotr Gontarczyk z IPN, sam fakt ukończenia SOR zgodnie z polskim prawem nie może budzić wątpliwości lustracyjnej. To rutynowa droga dla prawników rezerwistów.

Od lipca do grudnia pełnił praktyki w WSW w Krakowie. „Posiada predyspozycje na oficera służby wymiaru sprawiedliwości, a także oficera WSW” – brzmi podsumowanie opinii. Iwulski nie zdecydował się na karierę wojskową. Pracował w Sądzie Wojewódzkim, a potem Rejonowym dla Krakowa-Podgórza. Karierę cywilną przerwały dwa epizody poboru do wojska. Iwulski trafił do armii jako sędzia. Najpierw od września 1982 do marca 1983 r., później od października 1986 r. W katalogu IPN znajdują się odniesienia do siedmiu spraw, w których miał orzekać lub w których kontekście się pojawił. Sędzia Iwulski pamięta udział w jednej z nich. Zapewnia, że zgłosił do skazującego wyroku zdania odrębne. Co do innych przypuszcza, że mógł występować w tych sprawach incydentalnie.

>>> Czytaj też: Kolejne otwarcie na pracowników z zagranicy. Rząd chce sprowadzić Filipińczyków