Co myślał o sobie Hitler?

Od dawna Google to nie tylko wyszukiwarka. Trudno dziś znaleźć firmę medialną, dla której amerykański gigant nie byłby dziś konkurentem. Firma ma wrogów prawie wszędzie. Jak pokazuje jej historia, często na własne życzenie. Gdy w połowie lat 90. dwaj studenci uniwersytetu Stanforda Siergiej Brin i Lawrence Page zaczynali pracę nad nową wyszukiwarką internetową, przyświecał im jeden szczytny cel: stworzyć jedyną w swoim rodzaju wyszukiwarkę, która najszybciej i najefektywniej zapewni ludziom dostęp do wszystkich informacji na świecie. W roku 2002, gdy Google działał już od czterech lat jako spółka, założyciele i prezes firmy Eric Schmidt uznali, że firma musi zdefiniować swoją misję.

Jak opisuje Ken Auletta w książce „Googled. The End of the World as We Know It”, pewnego dnia w kawiarni w siedzibie spółki spotkało się dwunastu wybranych pracowników firmy wyznaczonych do stworzenia misji. W trakcie wielogodzinnej burzy mózgów biała tablica zapełniała się propozycjami haseł: „Nie zwódź ludzi”, „Nie spóźniaj się”, „Graj ostro, ale uczciwie”. Paul Buchheit, jeden z uczestników dyskusji, po wielu godzinach podsumował: „To wszystko można zastąpić jednym »Nie czyń zła«”.

Choć w samym Google’u hasło bardzo się spodobało, na rynku od razu pojawiły się złośliwe komentarze. Andy Grove, były prezes Intela, w rozmowie z Kenem Aulettą przyznał, że slogan wydał mu się zbyt ogólny i pozwalający w zasadzie na każdą interpretację. Łącznie z samousprawiedliwianiem każdego kroku: „Myślisz, że Hitler uważał swoje czyny za złe?” – zapytał. W lutym tego roku Steve Jobs, szef Apple, podczas jednego z zamkniętych spotkań, którego szczegóły przeciekły do prasy, miał wyrazić się jeszcze dosadniej: „Cała ta ich mantra »nie czyń zła« to jedna wielka bzdura”.

Prasa, książka, ruch

Dziś nie ma rynku w branży medialnej, na którym nie byłoby Google’a. Pierwszy front, którzy przysporzył mu wrogów, ruszył w 2002 roku. W sieci zadebiutował wtedy serwis pod nazwą Google News, który całkowicie zmienił branżę medialną, a przede wszystkim biznes informacyjny. Serwis publikuje linki i krótkie fragmenty informacji z dzienników z całego świata. Dzięki niemu można się w zasadzie dowiedzieć, o czym piszą wszystkie gazety świata, bez konieczności odwiedzania innych stron. Wydawcy uznali, że to zamach na ich biznes. Po zapoznaniu się z informacją na stronie Google’a, mało komu chce się jeszcze czytać to samo bezpośrednio na stronach internetowych wydawców. A to ostatecznie oznacza dla nich mniejsze pieniądze z reklam.

Postępowanie Google’a rozsierdziło wydawców do tego stopnia, że sięgnęli po pozwy sądowe oraz mocną krytykę na forum publicznym. Rupert Murdoch, globalny magnat medialny wydający m.in. dzienniki The Wall Street Journal i The Times, nazwał te praktyki wprost: „To kradzież”. Wkrótce potem Google naraził się na kolejną falę krytyki. W 2006 roku, jak opisuje Ken Auletta, podczas jednej z rozmów Larry Page oznajmił Ericowi Schmidtowi: „Zeskanujmy wszystkie książki na Ziemi”. Page zaznaczył wyraźnie, że chodzi o to, by w ten sposób „zebrać całą wiedzę na świecie i przekazać ją ludziom”. Na celownik wzięli najpierw książki z Biblioteki Kongresu w Waszyngtonie. Jak się do nich dostać? „Zadzwońmy do Ala Gore’a. Przyjaźni się z jej szefem” – postanowili.

Google zaczął skanować książki z kolejnych amerykańskich bibliotek, które zapełniały jego internetowy serwis Google Books. Ale wkrótce pojawiły się w nim także tytuły wydawców z Francji, Włoch, Niemiec, a także Polski. Znowu pod adresem spółki posypały się pozwy wydawców, a sprawą zajęła się nawet Komisja Europejska. Google bronił się podobnie jak w przypadku Google News: w ten sposób demokratyzujemy dostęp do informacji. Jeśli jednak ktoś nie chce w tym uczestniczyć, wystarczy wysłać w tej sprawie mejla. – Tu chodzi o coś zupełnie innego niż niechęć do scyfryzowania książek – mówi DGP Piotr Marciszuk, prezes Polskiej Izby Książki, który sam występował w tej sprawie przed Komisją Europejską. – Po pierwsze Google stawia wszystkich przed faktem dokonanym. Po drugie Google chce mieć monopol na skanowanie książek. Dzisiaj właścicielom przyświeca szczytna idea demokratyzacji wiedzy. Ale dlaczego mamy zgadzać się na to, by wszystkie książki znalazły się w jednych rękach? Ostatecznie to tylko firma nastawiona na zysk.

W 2006 roku Google otworzył kolejny front. Przejmując serwis z plikami wideo YouTube, firma wytoczyła działa przeciwko branży telewizyjnej. Dziś część największych nadawców amerykańskich sądzi się z Google’em o odszkodowania za ich programy, filmy i seriale zamieszczane w YouTubie. W starcie z Microsoftem Google wszedł, tworząc własną przeglądarkę internetową Chrome. Potem rzucił rękawicę branży telekomunikacyjnej, w tym głównie Apple’owi i jego iPhone’owi, tworząc własny telefon komórkowy Nexus One i system operacyjny Android. – My nie weszliśmy w wyszukiwanie, ale oni wkroczyli na rynek telefonów. Nie miejcie wątpliwości – Google chce zabić iPhone’a. Ale im oczywiście na to nie pozwolimy – skomentował działania konkurenta Steve Jobs.

W październiku ubiegłego roku prezes Eric Schmidt po raz pierwszy oficjalnie przyznał, że Google’a chce iść na wojnę ze wszystkimi na światowym rynku: „Nie jesteśmy już wyszukiwarką. Jesteśmy spółką medialną” – oznajmił. Konkurenci natomiast wielokrotnie wytykali Google’owi hipokryzję. Skoro domaga się od wszystkich otwartości – mówili – niech ujawni swoje tajemnice. Największą z nich jest PageRank, czyli system decydujący o tym, w jakiej kolejności wyświetlają się poszczególne strony internetowe. Szczegóły algorytmu są jednak pilnie strzeżoną tajemnicą. Ochroną objęte jest znacznie więcej. W dokumentach giełdowych spółka pisze: „Nasze patenty, znaki firmowe, tajemnice handlowe, prawa autorskie i wszelkie inne prawa są naszymi najważniejszymi aktywami. Każde ich naruszenie może osłabić naszą pozycję na rynku”.

Sami w sporze z Chinami

Sprawa Chin pokazała, że żądni pieniędzy inwestorzy nie przejmują się obroną praw człowieka i raczej nie wesprą w tej sprawie Google’a. Decyzji firmy nie poparł żaden z amerykańskich koncernów. Nie tylko spośród tych, które są obecne w Chinach, ale nawet spośród tych, które nie robią tam interesów. Co więcej, niektórzy wykorzystali sytuację, by utrzeć nosa Google’owi. – Nie bardzo rozumiem, czemu miałoby to służyć – odniósł się do pomysłu opuszczenia chińskiego rynku Steve Ballmer, prezes konkurencyjnego Microsoftu. Przy innej okazji przekonywał z kolei, że chińska cenzura nie jest wcale tak ostra, jak twierdzą niektórzy.

Ale nie tylko Microsoft, który cenzuruje wpisy na blogach, współpracuje przecież z chińskim rządem. Kierowany przez Steve’a Jobsa Apple zgodził się na blokadę niektórych aplikacji, by móc sprzedawać Chińczykom iPhone’a. Yahoo! posunął się najdalej, udostępniając dane internauty, który w 2005 r. ujawnił rządową instrukcję, jak pisać o masakrze na placu Tiananmen. Mężczyzna został skazany na 10 lat więzienia. Firmy nabrały wody w usta, bo żadna nie chce zostać wyrzucona z chińskiego rynku. – To kłopotliwa kwestia, ale trzeba jakoś z tym żyć – mówi prof. Janusz Filipiak, prezes Comarchu, który też robi tam biznes, pytany o łamania praw człowieka. – Wiele osób i państw chciałoby, aby Chin nie było, ale one przecież są. Można zrezygnować i nie wchodzić na tamtejszy rynek, ale one za chwilę wejdą do nas.

Zejść z drogi zła

Norm Johnston, szef globalnych operacji internetowych Mindshare, będącej częścią GroupM, jednej z największych agencji mediowych na świecie mówi DGP, że Google swoimi obecnymi działaniami stara się po prostu znaleźć kompromisowe rozwiązanie, które pozwoli im podtrzymywać wizerunek firmy nieczyniącej zła, ale jednocześnie wciąż trzymać rękę na pulsie chińskiego rynku. – Jest on tak duży i rośnie tak szybko, że zajmowanie nawet drugiego miejsca za chińską wyszukiwarką Baidu daje niezwykle dochodową pozycję. To, co widzimy teraz, to krótkookresowa strategia, która ma pozwolić Google’owi zostać w grze, ale na ich własnych warunkach – uważa.

W ciągu czterech lat amerykańska wyszukiwarka zdobyła 35 proc. chińskiego rynku, co daje jej blisko 600 mln dol. przychodów. W skali całych przychodów firm, które wynoszą 24 mld dol., to jednak wciąż niewiele. Siergiej Brin w wywiadzie udzielonym w tym tygodniu brytyjskiemu dziennikowi The Guardian przyznał, że spółka zaczęła się zastanawiać, co zrobić z Chinami już dwa lata temu, gdy po igrzyskach olimpijskich w Pekinie władze wzmocniły naciski i zaostrzyły restrykcje. Miarka przebrała się w styczniu tego roku, gdy Google ujawnił, że chińscy hakerzy próbowali włamać się do skrzynek pocztowych Gmail należących do chińskich dysydentów. Brin przyznał, że przypomniało mu to czasy represji w Związku Radzieckim, skąd jego rodzice wyemigrowali, gdy miał 6 lat.

Google przyznaje teraz, że choć przez cztery ostatnie lata godził się na zło, to jako pierwszy zszedł z tej drogi. Zdaniem obserwatorów niewątpliwie zmienia to klimat, w jakim teraz swój biznes w Chinach prowadzą takie potęgi, jak Microsoft czy Apple. Ale czy to wystarczy, by one również stanęły w jednym rzędzie z Google’em? Przedstawiciele biznesu i analitycy w to wątpią. Jeff Jarvis, profesor dziennikarstwa Columbia University, bardzo wpływowy bloger i autor książki „What Would Google Do?”, uważa jednak, że ruch Google’a ma szanse przyśpieszyć demokratyzację Chin. – W przeciwieństwie do innych firm Google wyciąga wnioski i potrafi się zmieniać. Krytykowałem ich za zbytnie zamknięcie, zaczęli więc być bardziej transparentni. Krytykowałem ich za Chiny i choć potrzebowali na to czasu, to jednak zmienili swoje podejście. W ich decyzji chodzi naprawdę o coś dużego, o obronę internetu i prawa nasz wszystkich do prywatności i swobody przepływu informacji – komentuje.