Sao Paulo, Brazylia

Sao Paulo, Brazylia

źródło: ShutterStock

Brazylia sprawia dziś wrażenie kraju, który zaprzepaścił kolejną szansę na dokonanie trwałego znaczącego postępu gospodarczego. Wzrost gospodarczy wyparował, inflacja jest najwyższa od 2005 r. Bank centralny wydaje się bezradny i nawet stopy procentowe bliskie 13 proc. nie są w stanie zahamować odpływu kapitału. Do tego dochodzi fatalnie wyglądający stan finansów publicznych. Pomimo deprecjacji reala Brazylia nie jest w stanie zmniejszyć rosnącego deficytu na rachunku obrotów bieżących.

Brazylii grozi utrata ratingu inwestycyjnego, a jej największej metropolii brak regularnych dostaw wody. A do tego wszystkiego dochodzi skandal korupcyjny zataczający coraz szersze kręgi tamtejszej klasy politycznej. Lepsza gospodarcza przyszłość Brazylii wciąż jest jednak możliwa.

>>> Czytaj też: Mundial, czyli gospodarczy samobój. Mistrzostwa świata pogłębiły recesję w Brazylii

Fatalna sytuacja makroekonomiczna

W ciągu ostatnich czterech lat (2011-2014) przeciętne tempo wzrostu PKB (według starej metodologii) wyniosło 1,6 proc., ale w ostatnim roku wzrost wyniósł już tylko 0,2 proc. W tym roku musiałby zdarzyć się cud, aby gospodarkę Brazylii ominęła recesja. Nawet przeprowadzana właśnie rewizja danych ilustrujących PKB i tak nie zmieni złego obrazu gospodarki tego kraju. Rynek szybko wyczuwa zmianę nastawienie inwestorów, rentowność dziesięcioletnich obligacji podskoczyła w marcu ponownie powyżej 13 proc.

W ciągu ostatnich czterech lat brazylijski real stracił połowę wartości. W ciągu ostatnich 12 miesięcy cena 1 dolara USA wzrosła z około 2,3 do 3,26 reali. Chyba tylko rosyjski rubel i ukraińska hrywna mają za sobą gorszy ostatni rok. Deprecjacja własnej waluty początkowo mogła cieszyć brazylijskich eksporterów i władze kraju. Negatywną tego konsekwencją jest jednak wzrost inflacji która zmierza w stronę poziomu dwucyfrowego, z czym Brazylia zupełnie sobie nie radzi. A dzieje się to w czasie, gdy zdecydowana większość krajów w świecie ma już do czynienia, albo ociera się o deflację, a ich banki centralne poluzowują politykę pieniężną.

Brazylia podąża w zgoła odmiennym kierunku. Mimo podniesienia stopy SELIC do astronomicznego jak na dzisiejsze czasy poziomu (12,75 proc.), inflacja osiągnęła najwyższy od prawie maja 2005 r. poziom 7,7 proc. I grozi dalszy jej wzrost, dlatego Bank Brazylii już teraz grozi kolejnym zacieśnieniem polityki monetarnej. Ceny wydają się jednak w ogóle nie reagować na politykę banku centralnego. Dzieje się tak między innymi z powodu wysokiego, sięgającego prawie 23 proc. (w tamtejszym rozszerzonym indeksie cen konsumpcyjnych) udziału cen regulowanych. W 2015 r. wzrost cen najprawdopodobniej przekroczy 10 proc.

Sytuację komplikuje słabnący w zastraszającym tempie real. Deprecjacja dodatkowo nakręca inflację, a rosnąca inflacja przyczynia się do dalszego osłabiania kursu. Co gorsze ponad 50 proc. deprecjacja kursu reala w ostatnich czterech latach w żaden sposób nie przyczynia się do poprawy na rachunku obrotów bieżących. Jeszcze w latach 2011-2012, deficyt na tym rachunku wynosił średnio ok. 2,2 proc. PKB, a w 2014 przekroczył już granicę 4 proc. PKB. Brazylia stała się w ten oto sposób spektakularną ofiarą w nagłośnionej przez jej już byłego ministra finansów, Guido Mantengi, wojny walutowej. Wysokie stopy procentowe nie przeciwdziałają inflacji, ale jednocześnie skutecznie wyhamowują wzrost gospodarczy. A przy dwucyfrowych stopach procentowych, brazylijska gospodarka popadła w recesję.

Sporo odpowiedzialności za obecny stan gospodarczy spada na prezydent Dilmę Rousseff. W chwili objęcia władzy w 2011 r., miała ona świadomość, że nie będzie jej dane sprawować władzę w tak pomyślnych dla Brazylii warunkach gospodarczych jak jej poprzednikowi, legendarnemu prezydentowi Luizowi Luli. Brazylia za jego rządów korzystała wówczas ze wzrostu cen surowców związanemu przede wszystkim z popytem na nie ze strony Chin. Za czasów prezydentury Rousseff popyt na surowce zaczął ulegać wyhamowaniu.

Nowa pani prezydent postawiła zatem na inwestycje rządowe stymulowane akcją kredytową tamtejszych banków państwowych oraz wydatkami publicznymi. Przy okazji dokonano jeszcze zamrożenia cen energii. Niestety niewiele wyniknęło z tej akcji poza wyższym wskaźnikiem cen konsumpcyjnych. Pogorszeniu uległa natomiast i tak już bardzo krucha sytuacja fiskalna tego kraju. W 2014 r. Brazylia odnotowała pierwotny deficyt budżetowy od wielu lat. Co gorsze, jej dług publiczny kształtuje się na granicy 60 proc. PKB, a granica ta zostałaby już przekroczona, gdyby nie ostatnia rewizja w górę pomiaru PKB tego kraju. Przy ponad 13 proc. w przypadku dziesięciolatek rentowności brazylijskich obligacji rozmiar brazylijskiego staje się przytłaczający. Nic więc dziwnego, że agencje ratingowe zastanawiają się nad obniżeniem ratingu tego kraju.

>>> Czytaj też: Milion wściekłych ludzi na ulicach. To ostatni dzwonek na reformy w Brazylii

Levy na ratunek

Prezydent Rousseff zrozumiała błędy swojej pierwszej kadencji. Dlatego zdecydowała się na zwrot w dotychczasowej polityce gospodarczej. Wbrew przedwyborczej retoryce i ku pozytywnemu zaskoczeniu rynków finansowych, na stanowisko ministra finansów nominowała Joaquina Leviego, ekonomistę wywodzącego się z tzw. szkoły chicagowskiej. Levy ma za sobą staż m.in. w EBC i cieszy się dużym autorytetem w świecie finansowym.

Reakcja w samej Brazylii na nominację Leviego, w przeciwieństwie do rynków finansowych, była bardzo chłodna. Niedawny kontrkandydat Rousseff na urząd prezydenta wypowiedział wówczas dość słynne już słowa: to tak jakby nominować szefem KGB szefa CIA. Jeszcze gorzej wypowiadano się na temat nominacji Leviego w łonie Partii Pracujących, z której wywodzi się Rousseff, a jej samej zarzucono cynizm. Nie ma znaczenia to, że Levy służył już w latach 2003 – 2006 u prezydenta Luli. I wykonał wówczas kawał dobrej roboty, gdyż to właśnie dzięki jego wysiłkom na rzecz ustabilizowania finansów publicznych Brazylia zyskała rating inwestycyjny.

Levy ze swoimi mocno mainstremowymi poglądami, nie pasuje do wizji gospodarczej forsowanej przez wielu zwolenników Partii Pracujących i w 2006 roku stracił pracę. Pod koniec 2014 r. sytuacja gospodarcza kraju była już na tyle poważna, że Rousseff (niezależnie od swojej wcześniejszej retoryki) nie miała większego wyboru i postawiła na Leviego.

Afera w Petrobras może pomóc Brazylii

Nominacja Leviego na stanowiska ministra finansów to było dopiero preludium do naprawdę poważnych kłopotów z jakim zmaga się teraz prezydent Brazylii. Do głównego urasta afera korupcyjna w koncernie petrochemicznym Petrobras, który do niedawna był dumą narodową Brazylii. Petrobras był perłą w koronie, a nawet uosobieniem nowej prężnej i silnej gospodarczo Brazylii. To dzięki niemu Brazylia urosła do rangi jednego z największych producentów ropy naftowej, a jego model zarządzania był stawiany za wzór innym krajom. Okazało się tymczasem, że powiązania między Petrobras a partia rządzącą mają charakter korupcyjny, który urasta do największego skandalu w historii Brazylii. A obecna prezydent Rousseff za czasów prezydentury Luli była ministrem energii i nadzorowała Petrobras. Musiała więc (a przynajmniej powinna) dokładnie wiedzieć o przepływie środków finansowych tego giganta naftowego.

Nic więc dziwnego, że rodzą się już spekulacje czy Rousseff uda się w ogóle dokończyć ledwie co rozpoczętą drugą kadencję. Sama prezydent nie utrudnia jednak śledztwa, a fakt, że doszło do wykrycia afery może dobrze świadczyć o rosnącej przejrzystości, autonomii i co za tym idzie efektywności wielu brazylijskich instytucji państwowych, począwszy od policji kończąc na prokuraturze prowadzącej śledztwo. W Brazylii prokuratorzy nie muszą się obawiać o swojej życie tak jak w sąsiadującej Argentynie.

To, że prokuratorzy czują się bezpieczni nie jest dziełem przypadku. Brazylia systematycznie pnie się w górę w notowaniach rankingu Transparency International i w Ameryce Południowej ustępuje jedynie Gujanie Francuskiej, Chile i Urugwajowi. Choć obecne 69 miejsce jest nadal odległą pozycją, a sami Brazylijczycy mówią, że korupcją jest częścią DNA tego kraju. Ale i to może się zmienić.

Tak jak to zauważył FT w swoim videokomentarzu, stawką w aferze Petrobras jest postrzeganie państwa przez przeciętnego obywatela. Nadarza się niesamowita okazja udowodnienia mu, że w Brazylii silni też mogą zostać pociągnięci do odpowiedzialności jeśli popełnią przestępstwo. Jeśli skorzysta się z tej okazji, to wzrośnie autorytet państwa w oczach przeciętnego Brazylijczyka. A większy autorytet może oznaczać przyspieszenie eliminacji korupcji z kraju, co jest warunkiem szybszego jego i zdrowego rozwoju.

Gdyby udało się podtrzymać proces przywracania autorytetu i wiarygodności aparatowi państwowemu, obecne problemy gospodarcze Brazylii nabrałyby innego charakteru. Ich rozwiązanie wymaga wiarygodnego programu naprawczego. Stąd powrót Leviego do rządu, ale sam program bez należytego klimatu instytucjonalnego na niewiele może się zdać. Teraz nadarza się szansa, a czy Brazylia ją wykorzysta to już zupełnie inna kwestia.