żarówka

Żarówka

źródło: ShutterStock

Ameryka cieszy się najniższymi od dziesięcioleci cenami wszystkich rodzajów energii, od benzyny po ogrzewanie mieszkań. Ma ponadto pozycję największego na świecie producenta ropy naftowej i gazu ziemnego. Amerykanie przestawiają się też na nowe źródła energii, czym rozpoczęli demontaż scentralizowanego systemu dystrybucji.

Tania ropa to broń obosieczna

Amerykanie płacą obecnie średnio około 2 dol. za galon (3,7854118 l). benzyny Rządowa Agencja Informacji o Energii szacuje, że dzięki niskim cenom ropy przeciętne gospodarstwo domowe w USA wyda w 2015 roku na benzynę około 750 dol. mniej niż w roku 2014. W ten sposób w skali całego kraju Amerykanie zaoszczędzą lub będą mieli do dyspozycji przynajmniej 100 mld dol. Niskie ceny ropy mogą też spowodować spadek cen usług transportu samochodowego, co powinno przyczynić się do wzrostu obrotów handlowych. To powody do zadowolenia.

Negatywnym skutkiem spadku cen ropy jest zagrożenie dla wydobycia ropy i gazu ze złóż łupkowych. Ekonomiści są zgodni, że boom na nie, wspomagany polityką monetarną Rezerwy Federalnej, był kluczowy dla wyjścia USA z kryzysu. Już tylko bezpośrednie zatrudnienie w przemyśle wydobywczym i produkcji ropy i gazu wzrosło w USA w latach 2007–2012 o 40 proc., przy zaledwie 1-proc. wzroście w tym samym czasie w całym sektorze prywatnym. Pośrednio boom spowodował zmniejszenie importu ropy naftowej i spadek jej cen na rodzimym rynku, dając ożywczą siłę innym gałęziom gospodarki. Sprzedaż ropy i gazu rodzimego pochodzenia w 2013 sięgnęła wartości 195 mld dol., czyli 2 proc. PKB. W październiku 2008 roku USA produkowały dziennie 4,7 mln baryłek ropy, w październiku 2014 9 mln, a obecnie 9,5 mln baryłek, czyli średnio o 1,5 mln więcej niż potrzebują.

>>> Czytaj też: Energetyka, IT i biotechnologia. Te sektory dadzą w tym roku zarobić najwięcej

Druga fala

Spadek cen posunął się tymczasem za głęboko, do czego według federalnej Agencji Energii wzrost amerykańskiej produkcji przyczynił się w około 40 proc. Amerykańscy analitycy już pod koniec 2014 roku wskazywali, że jeśli cena ropy spadnie poniżej 50 dol. za baryłkę, to wyhamuje to ów boom, który rozpoczął się, kiedy cena baryłki była dwukrotnie wyższa. Granicą jest cena 60 dol. Zagrożenie przekłada się na lęk o tempo wzrostu gospodarczego. Na tyle poważny, że rząd federalny chciałby podtrzymać boom łupkowy.

Szybkość, z jaką USA wybiły się na pozycję lidera w produkcji ropy i gazu, wynika z łatwości otwierającego dostęp do tych surowców administracyjnego procesu. Większość bogatych w nie terenów jest prywatna albo stanowa (prawo własności obejmuje grunt plus wszystko to, co pod nim). Odwierty i uruchomienie wydobycia wymagają jedynie zgody właściciela gruntu. Jeśli jest on prywatny, procedura trwa kilka dni, kiedy właścicielem jest stan – do trzech tygodni.

Boom był zatem błyskawiczny i od 2009 roku produkcja ropy na gruntach prywatnych i stanowych wzrosła o 61 proc. W tym samym czasie produkcja na gruntach federalnych, na których leży 43 proc. wszystkich zasobów ropy i gazu w USA, spadła o 9 proc. Jeszcze w 2010 roku ropa i gaz pochodzące z gruntów federalnych stanowiły 36 proc. całego wydobycia obu surowców, w 2013 było to już tylko 23 proc. Ta lekcja spowodowała, że rząd federalny chce przekazać stanom kompetencje zarządzania zasobami leżącymi na gruntach federalnych, tak aby były łatwiej dostępne dla eksploatacji, tym bardziej, że 49 proc. dochodów z podatków i opłat za eksploatację tak i tak wpływa do kas stanowych.

Jeśli projekt ustawy zostanie zaakceptowany i cena ropy wzrośnie powyżej 60 dol., boom ma szanse na drugie życie. Jak dotąd nie wygasł całkowicie, bo – jak tłumaczy to Tom Kloza z Oil Price Information Service, jeden z najbardziej cenionych ekspertów energetycznych w USA – w wielu szybach wiertniczych, zwłaszcza w Północnej Dakocie, wydobycie kosztuje 20–30 dol. za baryłkę i dzięki postępującej i coraz tańszej technologii wydobycia i produkcji może kosztować podobnie w nowych odwiertach na gruntach federalnych. Nawet zatem cena 40 dol. za baryłkę nie byłaby groźna, a z punktu widzenia bezpieczeństwa Ameryki wręcz pożądana – politycy wskazują, że niskie ceny ropy zmniejszają dochody antyamerykańskich organizacji terrorystycznych na Bliskim Wschodzie (ISIS). Pożądana byłaby także dla amerykańskich konsumentów, którzy zaczynają zauważać, że energia może być tania. Także elektryczna.

Bliski koniec epoki Edisona

Do niedawna jeszcze wzrost ekonomiczny w USA wiązał się z elektrycznością, albowiem wywoływał wzrost jej konsumpcji. Jej wskaźnik był jednym z punktów odniesienia dla stopy wzrostu gospodarczego. Tymczasem Federalna Administracja Energii Elektrycznej tymczasem spodziewa się, że mimo wzrostu gospodarczego w 2015 roku wyprodukowane zostanie mniej elektryczności niż w 2007. Są dwa powody tego zjawiska.

Pierwszy to coraz bardziej powszechny w USA internet rzeczy, który – zastosowany w sieciach dystrybucji – poprawia wydajność użytkowania energii, głównie elektrycznej. Drugim powodem spadku produkcji elektryczności jest odchodzenie od tradycyjnych sieci dystrybucyjnych. Amerykanie podłączają się coraz częściej bezpośrednio do instalacji bazujących na energii słońca, wiatru i innych naturalnych źródeł.

Trend zaczął się od popularyzacji wprowadzonych w Kalifornii za urzędowania gubernatora Arnolda Schwarzeneggera ulg podatkowych dla użytkowników paneli słonecznych. Obecnie zaczyna przyspieszać dzięki federalnym subsydiom i niskim (z powodu nadwyżki produkcji) cenom chińskich paneli słonecznych. Kluczowe są subsydia: instalacja zasilania panelami pięcio-, sześciopokojowego domu kosztuje około 25 tys. dol., subsydia zmniejszają ten koszt do niespełna 7 tys., a kwota ta dzięki ekonomiczności systemu zwraca się po czterech latach użytkowania. To powoduje, że coraz więcej Amerykanów przestawia się na energię słoneczną (oczywiście częściej w takich stanach jak Kalifornia czy Nevada niż w Minnesocie czy Północnej Dakocie). Na koniec 2014 roku wyłącznie z energii słonecznej korzystało już 600 tys. domostw i ponad 46 tys. przedsiębiorstw. Warto zauważyć tempo zmian: liczby te wzrosły tylko w ciągu minionych dwóch lat trzykrotnie dla biznesu i czterokrotnie dla prywatnych użytkowników.

W ten sposób model dystrybucji elektryczności, jaki panuje od 1882 roku, gdy w Nowym Jorku wprowadził go wprowadził Thomas Edison, rozpada się, albowiem producenci elektryczności stoją w obliczu spadających wpływów i konieczności utrzymywania sieci. Analitycy Instytutu Elektryczności im. Edisona porównują obecną sytuację producentów elektryczności do tej, w której znaleźli się operatorzy telefoniczni, kiedy pojawiła się telefonia komórkowa. Postrzegają naturalne źródła energii jako koniec ich epoki i chociaż nie jest to może „spirala śmierci”, dla sektora, który przez ponad 100 lat się nie zmieniał, ta zmiana to niewyobrażalny wstrząs. Tym większy, że w produkcję elektryczności, która bazuje w 40 proc. na węglu, biją kary za emisję dwutlenku węgla, przestawianie się na naturalne źródła przez biznes i wreszcie oczekiwanie na powszechność samochodów napędzanych elektrycznie.

Federalne kary za emisję CO2 i ulgi podatkowe przy jej unikaniu powodują, że coraz więcej miast i stanów zaczyna przestawiać się na naturalne źródła i wspomagać w takich zmianach indywidualnych mieszkańców. I tak np. władze Arizony uruchomiły w 2014 roku program instalacji zasilania słoneczną energią dla 1,5 tys. domostw. To początek. W północnych stanach zaczyna życie identyczny trend, przy czym zamiast słońca wykorzystywane są inne źródła, jak utylizacja gazów czy budzący największe nadzieje płynny gaz ziemny, który można tanio odzyskiwać przy wydobyciu i produkcji ropy ze złóż łupkowych.

Znany jest przykład flagowego punktu sieci handlowej Whole Foods Market na Brooklynie w Nowym Jorku, który pobiera energię z paneli słonecznych, dzięki czemu zużywa o 60 proc. energii mniej niż wcześniej, co przekłada się na rachunek niższy o 370 tys. dol. rocznie. Inny przykład to Microsoft, który w listopadzie 2014 roku otworzył w stanie Wyoming olbrzymie centrum danych. Ominął przy tym tradycyjnych dystrybutorów, wybierając energię z samodzielnie utylizowanego biogazu pochodzącego z lokalnych oczyszczalni ścieków.

Amerykanie budują też pięć elektrowni jądrowych dużej mocy – w Georgii, Południowej Karolinie i Tennessee – każda z nowoczesnymi technologiami pozwalającymi na zmniejszenie kosztów. Także one przysłużą się do spadku cen energii, który już ogarnął USA.