Ekonomia

Ekonomia

źródło: ShutterStock

Czym jest właściwie keynesizm? Zadajcie to pytanie kilku (nawet całkiem zorientowanym) osobom, a dostaniecie całą paletę rozbieżnych odpowiedzi. Najczęściej usłyszycie pewnie, że keynesizm to synonim mocnej państwowej interwencji w gospodarkę. Coś jakby ideowa podbudowa do gospodarczego etatyzmu. To w najlepszym razie. A w najgorszym jakiś rodzaj miękkiego socjalizmu możliwy do przełknięcia dla alergicznie reagujących na marksizm zachodnich decydentów politycznych. Ponieważ takie interwencje obywają się zazwyczaj drogą zwiększenia wydatków publicznych, keynesizm jest często kojarzony z pewnego rodzaju niefrasobliwym podejściem do równowagi budżetowej. W myśl autentycznego (rozdział 3 „Traktatu o reformie monetarnej” z 1923 r.) bon motu, że „w długim okresie wszyscy będziemy martwi”, który niechętni Keynesowi komentatorzy pokazują często jako przejaw skrajnego egoizmu lub (co najmniej) wyjątkowo wąskich horyzontów angielskiego ekonomisty. Kilka lat temu konserwatywny historyk Niall Ferguson postawił nawet tezę, że Keynes mógł pleść takie bzdury tylko dlatego, że był... bezdzietnym homoseksualistą i nie bardzo martwił się o świat, który zastaną po nim przyszłe pokolenia.

>>> Czytaj też: Ekonomiści nas zwodzą? Zobacz, dlaczego ekonomia różni się od innych nauk

Przetrwać sztorm

Taki obraz keynesizmu nie do końca jednak oddaje sedno tego, czym były pomysły zmarłego w 1946 r. ekonomisty. Aby to sedno odnaleźć, trzeba sobie najpierw uświadomić, że ten wąsaty profesorek z Cambridge naprawdę dokonał w światowej ekonomii znaczącego przełomu. I tygodnik „The Economist” nieprzypadkowo obwołał go kiedyś najważniejszym ekonomistą XX wieku. Nie bez znaczenia był oczywiście otaczający go nimb celebryty. Ten pieszczoszek losu zawsze miał w życiu z górki. Pochodził z dobrej profesorskiej rodziny. Kumplował się z absolutną intelektualną śmietanką ówczesnej Anglii: logikiem Bertrandem Russellem, pisarzami Virginią Woolf i Lyttonem Stracheyem czy późniejszym premierem Davidem Lloydem George’em. A uniwersytecką katedrę w Cambridge dostał po największym ówczesnym ekonomiście anglosaskiego świata Alfredzie Marshallu. Szło mu nawet na giełdzie, gdzie dorobił się majątku wartego w przeliczeniu na dzisiejsze sumy kilkunastu milionów funtów. I tak było aż do końca. Gdy w 1944 r. – na dwa lata przed śmiercią – przyjechał do Bretton Woods na konferencję, która miała ustalić ramy ekonomicznego ładu dla powojennego świata, reporterzy wręcz się za nim uganiali. „Pan Keynes na przechadzce, pan Keynes w rozmowie z.., pan Keynes pogrążony w lekturze gazety”.

Gdyby jednak chodziło tylko o efektowne opakowanie dandysa i bon vivanta, nikt by już sobie dziś Keynesem głowy nie zawracał. Jest jednak inaczej. A to dlatego, że za tą całą autokreacją krył się oryginalny ekonomiczny pomysł. Dobrze tłumaczy to biograf Keynesa Robert Skidelsky: „Przed Keynesem wśród ekonomistów tzw. szkoły klasycznej panował konsensus, że w wypadku kryzysu ekonomicznego należy czekać na to, aż rynek w końcu wróci do stanu równowagi. Tymczasem Keynes zdał sobie sprawę, że gospodarka nie potrafi podnosić się po wielkich kryzysach w sposób naturalny. A już na pewno nie robi tego szybko. Ktoś musi jej pomóc. Kto to ma zrobić? Oczywiście ludzie! W końcu to nie jacyś wszechmocni bogowie doprowadzili do kryzysu, lecz właśnie ludzie tworzący gospodarkę. A skoro to my sami wpędziliśmy się w kłopoty, to teraz sami powinniśmy sobie pomóc. W końcu jesteśmy istotami myślącymi, nierzadko wręcz wyrafinowanymi. Dlaczego na polu ekonomii mielibyśmy się zachowywać jak barbarzyńcy?”.

W tym sensie nigdy nie mieli racji ci krytycy, którzy widzieli w Keynesie jakiegoś zakamuflowanego marksistę dążącego do trwałej zmiany kapitalistycznego porządku rzeczy. Głównym celem Keynesa była stabilizacja cyklu koniunkturalnego. Tak, by gospodarka nie wpadała w tak głębokie i kosztowne kryzysy, jak ten z lat 30. „Cóż nam po takich ekonomistach, którzy, gdy wokół szaleje sztorm, mówią nam, walczącym o przetrwanie marynarzom, że za jakiś czas ocean znowu się uspokoi” – ironizował w wydanym jeszcze przed krachem roku 1929 „Traktacie o reformie monetarnej”. Wyjaśniając prawdziwy sens zdania, że „w długim okresie wszyscy będziemy martwi”.

Głosząc takie poglądy, Keynes (trochę przypadkiem) stał się sojusznikiem grup ekonomicznie słabszych i wykluczonych. Zwłaszcza bezrobotnych, którym czas recesji odbiera pracę i których pauperyzuje. W modelu ekonomii klasycznej taki pracownik powinien zacisnąć zęby i przyjąć jakąkolwiek robotę. W nadziei na poprawę swojego losu, gdy sytuacja się już unormuje. Dopiero Keynes pokazał, że jest to raczej droga do pogłębienia kryzysu. Bo pogorszenie płac i warunków zatrudnienia nieuchronnie będzie skutkowało spadkiem konsumpcji. Która z kolei uderzy w producentów (zmniejszony popyt), wobec czego pracowników zamiast podwyżek czeka raczej fala nowych zwolnień. To dlatego Keynes uważał, że w czasie kryzysu rządowi opłaca się sięgnąć po publiczne środki i pomóc rynkowi w tworzeniu dobrych miejsc pracy (a przy okazji nie dopuścić do zbytniego uśmieciowienia tych, które jeszcze są). Nawet za cenę chwilowego wzrostu długu publicznego.

W ten sposób Keynes – bynajmniej bez popadania w modny wówczas marksizm – pomógł klasie robotniczej bardziej niż pałający rewolucyjnym zapałem komuniści. Zdołał bowiem ze swoim przekazem dotrzeć do kilku pokoleń przywódców politycznych, którzy uznali, że dążenie do pełnego zatrudnienia jest celem, o który warto się bić nawet w warunkach wolnorynkowego kapitalizmu. Począwszy od połowy lat 30. aż po początek lat 70., w większości krajów rozwiniętych politycy i ekonomiści „mówili Keynesem”. A tamte trzy-cztery dekady do dziś określa się mianem „ery Keynesowskiej”. A głównym sposobem działania ówczesnych rządów było dążenie do zachowania równowagi pomiędzy poziomem bezrobocia i inflacji. Gdy pracy było w gospodarce zbyt mało, rządy (poprzez odpowiednią politykę monetarną) dopuszczały do wzrostu cen. Poprawiało to koniunkturę i powodowało spadek bezrobocia. A jeśli i tego było mało, to dolewali jeszcze paliwa w postaci wydatków publicznych.

>>> Czytaj też: Ekonomia internetowego spaghetti. Jak dostęp do sieci zmienił świat

Ile Keynesa w keynesizmie

Już wtedy wśród ekonomistów zaczął się jednak ostry spór. Najwierniejsza uczennica Keynesa z Cambridge, Joan Robinson, już w 1962 r. zżymała się, że doktryna ekonomiczna panująca w takich krajach jak USA to co najwyżej „zbękarcony keynesizm”. Z kolei jej młodszy kolega Paul Davidson nazywał to „keynesizmem skorumpowanym”. Jego zdaniem tacy ekonomiści jak słynny Paul Samuelson (pierwszy Amerykanin uhonorowany ekonomicznym Noblem, doradca prezydentów Johna Kennedy’ego i Lyndona Johnsona, autor najbardziej wpływowego podręcznika w historii ekonomii) w ogóle nie zrozumieli sedna przesłania mistrza. W tym sporze szło głównie o związek pomiędzy płacą a rozmiarami zatrudnienia. Według „skorumpowanych keynesistów” u źródeł bezrobocia leżą trzy przyczyny: brak zgody związków zawodowych na redukcje płac, utrzymywanie przez rządy płacy minimalnej oraz monopolistyczne struktury rynku, które nie pozwalają rozwinąć się wolnej konkurencji. W ten sposób „skorumpowani” przyznali w zasadzie rację ekonomii klasycznej, z którą Keynes walczył. Jedyna różnica pomiędzy nimi była taka, że klasycy domagali się rozpędzenia związków, porzucenia płacy minimalnej i rozbicia monopoli.

Natomiast „pseudokeynesiści” spod znaku Samuelsona twierdzili, że wystarczy zwiększać wydatki rządowe tak bardzo, aby popyt wzrósł do poziomu, przy którym cała produkcja zostanie sprzedana pomimo zawyżonego poziomu cen i płac. Zdaniem „prawdziwych Keynesistów” to była kompletna zdrada. Bo Keynes bynajmniej nie uważał, by u źródeł bezrobocia leżały sztywne płace i ceny. On widział je raczej w nadmiernej skłonności ludzi do oszczędzania, co jest z kolei pochodną wadliwego funkcjonowania rynków finansowych. Ale ten „prawdziwy” Keynes nigdy (nawet w okresie złotej keynesowskiej ery) w Ameryce tak naprawdę się nie przebił. Co miało bardzo ważne konsekwencje. Zdaniem Davidsona „skorumpowany keynesizm” prostą drogą doprowadził bowiem do zjawiska stagflacji lat 70. Czyli zabójczej mieszanki inflacji i spowolnienia gospodarczego, z którym „pseudokeynesiści” nie potrafili walczyć, a ich ekonomiczna dominacja legła w gruzach.

Na tych gruzach wygodnie umościli się z kolei zwolennicy przedkeynesowskiej ekonomii klasycznej, zwanej teraz neoklasyczną. Karty rozdawała wolnorynkowa szkoła chicagowska, która wybijała keynesizmowi kolejne zęby. Prace noblisty Roberta Solowa na powrót usankcjonowały długi okres jako tę właściwą perspektywę badania wzrostu gospodarczego. Nowy ekonomiczny celebryta ery telewizyjnej Milton Friedman głosił, że sterowana przez technokratów polityka monetarna w zupełności wystarczy do stabilizowania cyklu koniunkturalnego. I nie ma już potrzeby, by państwo pomagało w tym dziele za pomocą interwencji fiskalnych. W ogóle państwa powinno być w gospodarce jak najmniej – co z kolei wynikało z analiz przedstawicieli szkoły wyboru publicznego (pisaliśmy już na ten temat w naszym Podręczniku). Więcej powinno być za to wolnej konkurencji.

Oczywiście Keynes ani keynesiści nie zniknęli z ekonomicznej debaty. Dość głośni byli (i są nadal) tzw. nowi keynesiści. Wśród nich na przykład Greg Mankiw z Uniwersytetu Harvarda, który z werwą kontynuuje dzieło Paula Samuelsona. Nie tylko dlatego, że jest autorem nowego najpopularniejszego podręcznika ekonomii, z którego uczą się studenci na całym świecie. Mankiw był również głównym doradcą ekonomicznym prezydenta George’a W. Busha w latach 2003–2005 i w swoim doradztwie kontynuował godzenie Keynesa z doktryną ekonomii neoklasycznej. Czyli robił dokładnie to, co Robinson i Davidson nazywali „keynesizmem skorumpowanym”. Mankiw był jednak w pewnym sensie wyjątkowy. Bo inni słynni „nowi keynesiści” w ogóle zeszli z pierwszej linii ekonomicznych debat toczących się w latach 90. i 2000. Uznając, że podstawowym problemem współczesnych rynków nie jest walka rządu z kryzysem, lecz prostowanie asymetrii informacji (najbardziej sztandarowe są tutaj prace noblisty Josepha Stiglitza). To było wyjście poza kanonicznego Keynesa, bo sam mistrz nie przypisywał takim zagadnieniom szczególnej wagi, z politowaniem patrząc na wszelkie próby obsesyjnego wyeliminowania z rozważań gospodarczych elementu niepewności.

>>> Czytaj też: Kompromitacje nie tylko dawnej ekonomii

Prawdziwi i niepokorni

Przez cały ten okres gdzieś na obrzeżach głównego nurtu krążył jeszcze jeden sort kontynuatorów dzieła Anglika. Byli to tzw. postkeynesiści. Sami siebie postrzegający jako keynesistów „prawdziwych i niepokornych”. W USA jednym z ich najbardziej głośnych rzeczników był przez lata wspomniany już Paul Davidson z Uniwersytetu Tennessee (już sama jego afiliacja mówi wiele o izolacji tego nurtu ekonomicznych dociekań). Dopiero w ostatnich latach przed wybuchem kryzysu zastąpił go w tej roli Paul Krugman (który wcześniej zaliczał się raczej do „nowych keynesistów”), opromieniony Noblem i kąśliwymi dla neoliberalnego establishmentu felietonami w „New York Timesie”. Ich zasługą było przywrócenie Keynesa debacie o tym, jak pokonać kryzys. Była to interwencja konieczna ze względu na to, co się stało z Keynesem w latach 2008–2009, gdy politycy w takich krajach jak USA, Niemcy czy Wielka Brytania zdjęli go na chwilę z półki „zakurzony dawno zmarły ekonomista” i wykorzystali jako uzasadnienie dla wykupienia długów sektora finansowego z publicznych pieniędzy. Postkeynesiści reagują na to mniej więcej tak: OK, interwencja była potrzebna. Ale jeśli to ma zadziałać, konieczne są dalsze posunięcia na innych polach i ostrzejsze zerwanie z tradycją neoklasyczną. To oni najostrzej krytykują doktrynę „zdrowych finansów publicznych” i związaną z nią politykę wielkich oszczędności (typu austerity). Uważają, że nie tylko podważa ona sens fiskalnej interwencji z lat 2008–2009, ale wręcz wpędza świat w stagnację, niepotrzebnie ją przedłużając i podcinając wszelkie nadzieje na wzrost. Przypominają, że w czasie wielkiego kryzysu lat 30. również był taki moment zawahania, gdy prezydent Roosevelt próbował (lata 1936–1938) równoważyć budżet. Skończyło się ostrym hamowaniem gospodarki i powrotem do keynesowskiego New Dealu. Tego typu argumentacja generalnie lepiej przebija się w USA i w instytucjach międzynarodowych (MFW pod wodzą Francuzów, Christine Lagarde i keynesisty Olivera Blancharda). Dużo słabiej natomiast w takich krajach jak stojące mocno na gruncie ordoliberalnym Niemcy Angeli Merkel. Innymi ważnymi postulatami postkeynesistów są również konieczność powrotu do jakiejś formy rozwiązań protekcjonistycznych, które zahamowałyby nieuczciwą międzynarodową konkurencję płacową, podatkową czy outsourcing skutkujący strukturalnym bezrobociem w krajach rozwiniętych. Albo kwestia równoważenia obrotów handlowych. Keynes proponował to już w roku 1944 w Bretton Woods (chciał tzw. unii clearingowej). A więc rozwiązanie, które dziś bardzo by się przydało w ramach takich organizmów jak pękająca od środka z powodu handlowych nierównowag (deficyt Grecji, nadwyżka Niemiec) strefa euro. Spragnionych większej ilości porad odesłać można do wydanej jesienią 2014 roku książki „Keynes. Useful Economics for the World Economy” (Keynes. Użyteczna ekonomia dla światowej gospodarki) Petera Temina i Davida Vinesa.

Do czego służy pieniądz

To tylko najbardziej sztandarowe postulaty postkeynesizmu. Bo jest to nurt bardzo różnorodny. Czasami wręcz trochę sekciarski. Tak jak MMT, czyli modern money theory (a po polsku nowoczesna teoria pieniądza). Jakiś czas temu rozmawiałem z jednym z przywódców tej szkoły, Warrenem Moslerem, czyli inwestorem, który dorobił się fortuny na funduszach hedgingowych, a teraz przeszedł na emeryturę i finansuje cały ruch. Zwolennicy MMT faktycznie kompletnie ignorują problem zadłużenia, twierdząc, że dług może wynieść nawet... 1000 proc. PKB. I pewnie teoretycznie proponowana przez nich droga byłaby dostępna dla gospodarek dysponujących wielką międzynarodową walutą. Ale w przypadku mniejszych krajów to nie może działać. Bo prowadzenie tak radykalnej polityki przyniosłoby gwałtowny spadek wartości krajowej waluty w stosunku do walut obcych. I to byłaby prosta droga do hiperinflacji.

Ale są i takie koncepcje, jak choćby MCT, czyli monetary circuit theory, popularyzowana od lat 90. przez zmarłego niedawno włoskiego ekonomistę Augusto Grazianiego. Głosił on, że wiele kłopotów ekonomicznych bierze się z tego, że ludzie opacznie rozumieją rolę pieniądza. Uważają, że jest przede wszystkim środkiem wymiany albo służy do przechowywania wartości. Tymczasem Graziani mówił, że głównym zadaniem pieniądza jest to, by umożliwiał produkcję. Głównie w formie kredytu. Dopiero wtedy pieniądz zaczyna żyć i przynosić wartość dla społeczeństwa. Bez takiego rozumienia roli pieniądza biznes staje się zamkniętą domeną tych, którzy już mają fortuny. Tutaj postkeynesizm z lat 90. zderza się jednak z najmodniejszymi dziś nurtami postkeynesizmu. To znaczy coraz bardziej popularną tezą o finansjalizacji (pisaliśmy o tym w jednym z poprzednich odcinków Podręcznika). Głoszący ją postkeynesiści (choćby z nowojorskiego środowiska magazynu „Monthly Review”) bardzo zbliżyli się już do marksistów. Dowodząc, że w gruncie rzeczy finanse to rodzaj lichwy. Do nurtu postkeynesowskiego zaliczyć można też zwolenników wzrostu napędzanego przez płace i odwołujących się do prac polskiego ekonomisty Michała Kaleckiego  (i im poświęcony był już jeden z odcinków naszego podręcznikowego cyklu). W pewnym sensie w buty Keynesa wchodzi też Thomas Piketty. Zwłaszcza gdy głosi, że kapitalizm trzeba ocalić przed nim samym. Bo przecież dokładnie tak samo swoją rolę rozumiał Anglik w czasie wielkiego kryzysu lat 30.

Wszystko to sprawia, że Keynes uśmiecha się pewnie zza grobu (choć grób należy tu rozumieć raczej metaforycznie, bo po śmierci jego ciało zostało skremowane, a prochy rozsypane przez żonę na trasie ulubionych wycieczek w hrabstwie Sussex). Bo to przecież on napisał, że wszyscy praktyczni ludzie na ważnych publicznych stanowiskach koniec końców działają według ideowych wskazówek jakiegoś dawno zmarłego ekonomisty. Tak czy inaczej, zmarły w 1946 r. John Maynard Keynes jest tym ekonomistą, o którym w czasie walki z obecną stagnacją jeszcze nieraz usłyszymy.