Jest to jedna z najniebezpieczniejszych gier na świecie - czytamy na portalu businessinsider.com.

Chińczycy budują pilnie od ponad roku sztuczne wyspy na rafach Morza Południowochińskiego, rekultywując w tym celu 2 tys. hektarów ziemi. Zdjęcia satelitarne zarejestrowały w kwietniu, że chińskie wojsko wybudowało tam szeroki lotniczy pas startowy, prawdopodobnie przeznaczony dla samolotów wojskowych.

Chiński rząd nagłaśnia tę sprawę podkreślając, że ma historyczne podstawy, do odzyskania Wysp Spratly, czyli ok. 100 małych wysp położonych pomiędzy filipińską wyspą Palawan a południowym wybrzeżem Wietnamu.

Należący do chińskiego partyjnego The People’s Daily państwowy tabloid The Globar Post napisał, że jakakolwiek próba zatrzymania budowy wysp przez USA nieuchronnie musiałaby doprowadzić do wojny. Ta nacjonalistyczna postawa niewątpliwie ma związek ze spowolnieniem gospodarczym w Państwie Środka.

Gospodarczy wzrost i globalne znaczenie Chin jest podstawą nowoczesnej chińskiej tożsamości. Rząd zaczyna zwracać się jednak do społeczeństwa o zaakceptowanie „nowej normalności”, ze spowalniającą gospodarką, długiem publicznym sięgającym 300 proc. PKB, zadłużonymi firmami z sektora budownictwa i nieruchomości i wysychającym strumieniem kredytów.

By utrzymać nacjonalistyczny zapał w narodzie, chińscy decydenci postanowili zwrócić uwagę na terytorialny konflikt z Japonią.

- Chińska "inwestycja" na Morzu Południowochińskim jest suwerennym uprawnieniem tego kraju, jest także zgodna prawem, racjonalna i usprawiedliwiona – powiedział rzecznik prasowy chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Zupełnie innego zdania są Japonia i USA.

Przez kilka ostatnich lat podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos (Szwajcaria) światowi liderzy nie mieli problemów, ze wskazaniem największego zagrożenia dla globalnej równowagi. Nie wskazywali na Irak ani Państwo Islamskie. Także na Iran. Katastrofalny w skutkach byłby natomiast zbrojny konflikt pomiędzy Japonią a Chinami na Morzu Południowochińskim.

Pekin i przedstawiciele chińskiej armii zdają się być przekonanymi, że administracja Obamy w ogóle nie jest zainteresowana sporem z Japonią. Polityczna ostrożność USA jest uważana za słabość, toteż do najbliższych tamtejszych wyborów prezydenckich Państwo Środka będzie czuło się bezkarnie.