Negocjacje między Grecją a jej wierzycielami w sprawie przedłużenia programu pomocowego, który pozwoli temu krajowi uniknąć bankructwa, będą się toczyły do ostatniej chwili, być może nawet do końca tego miesiąca. Lewicowy rząd Aleksisa Tsiprasa ponownie pokazał, że dopóki nie będzie absolutnie przyparty do ściany, nie zamierza się zgadzać na warunki pożyczkodawców. Problem jednak w tym, że w sytuacji, gdy greckie rezerwy finansowe są na wyczerpaniu, taka strategia jest bardzo ryzykowna, bo wystarczy, że wpływy będą minimalnie mniejsze od zakładanych, może się to skończyć niewypłacalnością Aten.

W piątek Grecja miała zwrócić Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu ponad 300 milionów euro będące pierwszą z czterech zaplanowanych na czerwiec płatności na rzecz tej instytucji. Jeszcze w środę Tsipras zapewniał, że pieniądze zostaną przekazane zgodnie z harmonogramem, zaś szefowa MFW Christine Lagarde mówiła, że nie spodziewa się żadnych opóźnień. Tymczasem po zaledwie kilkunastu godzinach Grecja poinformowała, że woli zblokować cztery raty przypadające na ten miesiąc – łącznie 1,6 mld euro - i oddać je łącznie tuż przed końcem czerwca. Takie działanie jest zgodne z zasadami Funduszu, choć bardzo rzadko stosowane. Według informacji MFW, do tej pory zrobiła to tylko Zambia w latach 80. XX wieku, co nie uchroniło jej przed bankructwem. Przedstawiciele greckiego rządu zapewniali, że mają pieniądze dla MFW, sugerując, iż jest to element taktyki negocjacyjnej, tym niemniej ten ruch został źle odebrany przez rynki finansowe. W piątek indeks giełdy w Atenach spadł o 5 proc., co było największym jednodniowym spadkiem od stycznia, zaś rentowność 10-letnich obligacji wzrosła o 31 punktów bazowych – do 11,22 proc. To wprawdzie poniżej tegorocznego maksimum, które wyniosło prawie 14 proc., ale i tak jest to poziomem krytycznym.

Wieczorem w piątek Tsipras mówił w greckim parlamencie, że porozumienie jest już bardzo blisko, ale zarazem propozycje wierzycieli określił jako niemożliwe do przyjęcia. – Grecki rząd nie może się zgodzić na nierealistyczne propozycje przewidujące środki, które będą miały katastrofalne skutki dla emerytów i greckich rodzin. Chcę wierzyć, że był to tylko zły manewr negocjacyjny, który szybko zostanie wycofany – mówił grecki premier. – Celem jakiegokolwiek porozumienia powinno być znalezienie rozwiązania, a nie upokorzenie całego narodu – dodał. 

Obciąć emerytury, zwolnić urzędników

Wierzyciele Grecji chcą, by zmniejszyła ona wysokość emerytur, ograniczyła zatrudnienie w sektorze państwowym, podniosła stawkę VAT na niektóre towary, zmniejszyła liczbę ulg podatkowych i przyspieszyła prywatyzację. Według Tsiprasa, rząd w żadnej sytuacji nie zgodzi się na ograniczenie zapomóg dla emerytów i zwiększenie VAT-u na energię. Przedstawił on też własne propozycje, które zakładają, że obniżony zostanie wymagany poziom nadwyżki pierwotnej w budżecie, że nie będzie wymogu dalszych cięć, w szczególności obniżek płac i emerytur, że przeprowadzona zostanie restrukturyzacja zadłużenia i stworzony zostanie program inwestycyjny, który pomoże Grecji stanąć na nogi. Faktem jest, że przynajmniej w jednej kwestii kompromis rzeczywiście jest blisko. Wierzyciele chcą, by pierwotna nadwyżka budżetowa, czyli przewaga wpływów nad wydatkami, ale nie uwzględniając spłaty długów i odsetek, wyniosła w tym roku 1 proc. PKB, a w przyszłym – 2 proc., zaś Grecy – by było to odpowiednio 0,6 proc. i 1,5 proc. Biorąc pod uwagę, że według umowy o bailoucie zawartej z poprzednim rządem, kierowanym przez Antonisa Samarasa, miało to być odpowiednio 3 oraz 4,5 proc., zbliżenie stanowisk jest widoczne.

Tymczasem grecki rząd próbuje wywrzeć presję na wierzycieli. Straszy rozpisaniem nowych wyborów, tak aby obywatele mieli okazję się wypowiedzieć na temat żądanych ustępstw. – Pożyczkodawcy chcą wymusić twarde warunki. Jeśli nie wycofają się ze swojego pakietu gróźb, rząd będzie musiał poszukać alternatywnego rozwiązania w postaci wyborów – powiedział w piątek w wywiadzie telewizyjnym wiceminister spraw socjalnych Dimitris Stratulis, który jest związany z bardziej radykalnym skrzydłem rządzącej Syrizy. Kłopot w tym, że o ile Grecy może by nawet poparli ustępstwa wobec wierzycieli, to na nowe wybory nie ma czasu. Według sondażu przeprowadzonego w zeszłym tygodniu, trzy czwarte Greków chce pozostania kraju w strefie euro, a połowa uważa, że jeśli będzie to absolutnie niezbędne, rząd powinien się wycofać ze spraw, które uważa za niepodlegające negocjacjom. 

Czas ucieka

Wprawdzie Tsipras przekonywał w piątek, że rozmowy nie są ograniczone czasowo, ale to nie jest prawdą. Bezwzględnym terminem jest koniec czerwca, kiedy Grecja będzie musiała oddać pieniądze MFW, ale porozumienie nie może zostać zawarte w ostatnim dniu, bo musi jeszcze być zatwierdzone przez grecki parlament, co biorąc pod uwagę liczną grupę radykałów w Syrizie, nie będzie formalnością. Drugi atut premiera Tsiprasa to Rosja. W weekend rozmawiał telefonicznie z Władimirem Putinem i umówili się na spotkanie 18 czerwca. Grecy liczą na 5 mld euro pożyczki z Moskwy w zamian za udostępnienie swojego terytorium pod inwestycje związaną z nowym rosyjskim gazociągiem. Europa obawia się, że takie zbliżenie rozbije jedność Europy w kwestii sankcji na Rosję za agresję na Ukrainę.