Jak pisze autor w publikacji (jej polski tytuł to: „Ucząc się pracując: prawdziwa zależność między innowacjami, płacami i bogactwem) w XIX w. fabryki tkackie w Indiach i Chinach miały sześć i pół razy mniejszą produktywność, niż brytyjskie. I to pomimo, że używały tych samych maszyn i często były zarządzane przez brytyjskich menedżerów. Angielskie i amerykańskie firmy miały przewagę przez dekady i to nawet wówczas, gdy płaciły wyższe pensje pracownikom.

Różnica brała się m.in. z tego, że pracownicy potrzebują czasu, by nauczyć się korzystać z nowych technologii. A skąd wiadomo, że się uczą? Można to zmierzyć na przykład produkcją na godzinę pracy. Autor podaje przykład z przędzalni bawełny Lawrence Company w Lowell w stanie Massachusetts z lat 1842-1855. Okazuje się, że po miesiącu pracownik produkował tylko ok. 3 jardów (jard to 0,91 metra) materiału w ciągu godziny. Po sześciu miesiącach już ponad dziesięć. W kolejnych miesiącach produktywność nadal rosła, ale w coraz wolniejszym tempie (w czternastym miesiącu produkował ok. trzynastu jardów na godzinę).

Szkolenie pracownika kosztowało i to nie mało. Autor szacuje, że pracodawcy inwestowali w każdego pracownika równowartość jego rocznej pensji. Co ciekawe, tylko jedna czwarta tkaczy wytrzymywała w fabryce więcej, niż pół roku, czyli odchodzili z pracy, gdy stawali się najbardziej produktywni. Autor zwraca uwagę, że powyższe dane obalają powszechny mit, że rewolucja przemysłowa powodowała, że pracownicy potrafili coraz mniej, ponieważ coraz więcej pracy wykonywały maszyny. Okazuje się, że obsługa coraz bardziej skomplikowanych maszyn, wymaga coraz większych umiejętności.

Autor pisze, że do zajęcia się tym tematem skłoniły go własne doświadczenia. W latach 80. prowadził własną firmę zajmującą się tworzeniem oprogramowania dla gazet. Programy działały na komputerach IBM PC i sprzedawano je na dyskietkach razem z instrukcją. Okazało się jednak, że jak tylko pierwsi klienci je kupili natychmiast zaczynali dzwonić z pytaniami odnośnie obsługi programu i ostatecznie autor i jego pracownicy spędzali większość czasu na uczeniu swoich klientów ich obsługi. Co więcej, oprogramowanie doprowadzało do zmiany organizacji firm, które je zakupiły (było to konieczne by maksymalnie wykorzystać nowe narzędzie). Podobnie jak tkacze w XIX w. pracownicy pod koniec XX w., mimo iż byli bez porównania bardziej wykształceni, musieli wszystkiego uczyć się w praktyce.

Autor cytuje także bardzo interesującą historie, która jego zdaniem pokazuje jak uczenie się w pracy zaważyło na wyniku II wojny światowej. Otóż dwa miesiące po ataku Japończyków na Pearl Harbour prezydent Franklin Delano Roosevelt nakazał skonstruować statki, które będą w stanie transportować 24 mln ton towarów. Potrzebowano ich by dostarczać dobra do Wielkiej Brytanii, która miała problemy z zaopatrzeniem spowodowane atakami niemieckich łodzi podwodnych.

Tymczasem kiedy Hitler spotkał się ze swoimi admirałami we wrześniu 1942 r. oświadczył bez cienia wątpliwości, że amerykańskie stocznie nie dadzą rady budować statków tak szybko, by zastępować te zatapiane przez Niemców. Prezydencka dyrektywa o 24 mln ton to miała być, jego zdaniem, czysta propaganda wojenna. Jednak amerykańskie stocznie nie tylko wykonały cel prezydenta, ale go nawet przekroczyły budując statki mogące transportować 27 mln ton towarów.

>>> Polecamy: Europa wiedziała od 5 lat o dramatycznej sytuacji Grecji

Statki wolności

Najważniejszym elementem programu była budowa 2708 tzw. statków wolności (ang. liberty ships) z których każdy mógł przewieźć 11 tys. ton towarów. By tego dokonać do tworzenia okrętów zastosowano metody masowej produkcji. Konstrukcje statków podzielono na sto elementów, które następnie wytwarzano w fabrykach i tylko montowano w stoczni.

Co najistotniejsze, początkowo produktywność była niska, bo robotnicy nie mieli doświadczenia w tej metodzie produkcji. Jednak ich wydajność rosła w oszałamiającym tempie: czas potrzebny na złożenie jednego statku spadł ze 186 dni do 19 dni, a produktywność samych pracowników wzrosła czterokrotnie. Gdyby do tego nie doszło Niemcy wygrałyby bitwę o Atlantyk, co mogłoby doprowadzić do upadku Wielkiej Brytanii, co z kolei mogłoby zmienić wynik II wojny światowej.

Co z tego wynika? Otóż to, że prawie nigdy pojedyncze wynalazki nie zmieniają świata. Dopiero ich wdrożenie, które nierzadko trwa dekady i którego częścią jest nauczenie pracowników korzystania z nowej technologii potrafi istotnie wpłynąć na rzeczywistość. Samochód w latach 90. XIX w. był wyśmiewany jako zabawka bogatych ludzi. Jednak kilkadziesiąt lat później stał się przedmiotem powszechnego użytku, które radykalnie odmienił świat.

Dla zachodnich recenzentów najciekawszym wątkiem książki Bessena okazał się ten dotyczący płac. Otóż autor zwraca uwagę, że przez pierwsze sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat rewolucji przemysłowej w Wielkiej Brytanii płace prawie nie rosły, mimo istotnego wzrostu produktywności. To tzw. pauza Engelsa, która skłoniła w 1844 r. Friedricha Engelsa do napisania, że „przemysłowcy bogacą się na nieszczęściu pracowników”. David Ricardo i Thomas Malthus wręcz konkludowali, że stałe płace to integralna część kapitalizmu.

Podobny brak istotnych podwyżek pensji miał miejsce w USA. We wspomnianym wcześniej mieście Lowell w stanie Massachusetts od 1830 r. do 1850 r. dzienne stawki za pracę wzrosły o 14 proc. podczas gdy produktywność pracowników zwiększyła się o 80 proc. Po wojnie secesyjnej sytuacja się jednak zmieniła. Do 1900 r. realne płace tkaczy więcej niż podwoiły się. W 1900 r. były o 112 proc. wyższe, niż w 1830 r.

Powstaje pytanie: dlaczego dopiero po kilkudziesięciu latach płace tkaczy zaczęły rosnąć? Otóż tyle trwało zanim tkacze zaczęli mieć tyle możliwości pracy w innych miejscach, że gdy dostawali za mało pieniędzy, to mogli bez większego problemu zmienić pracodawcę.

Książka Bessana to pozycja akademicka (wydała ją oficyna Yale University Press) i na pewno nie należy jej polecać każdemu. Jeżeli ktoś jednak jest zainteresowany tematyką innowacji, produktywności i płac zdecydowanie po tę książkę powinien sięgnąć. Nawet jeżeli momentami napisana jest „sucho” i „naukowo” to broni się dużą liczba mało znanych informacji i oryginalnych wniosków.

W szczególności warto by tę pozycję sięgnęli w Polce politycy. Książka Bessena pozwala bowiem wyciągnąć wnioski odnośnie sytuacji w Polsce. W ostatnich latach udział płac w PKB spadł u nas najwięcej ze wszystko krajów OECD. Jeżeli analiza Bessena jest słuszna, oznacza to że powodem tego może być to, iż polska gospodarka tworzy zbyt mało miejsc pracy i popyt na pracę jest niewystarczający, co pozwala pracodawcom nie podwyższać pensji pracownikom w tempie wzrostu produktywności.

Co prawda, Bessen sugeruje że kapitalizm w końcu doprowadza do podwyższenia płac pracownikom. Problem polega jednak na tym, że bez nakierowanej na ten cel polityki państwa może to długo trwać. A chyba żadnego pracownika nie satysfakcjonuje odpowiedź, że dostanie podwyżkę za sześćdziesiąt lat.

>>> Czytaj też: Ekonomiści to naciągacze i darmozjady? Niekoniecznie