W Nowym Jorku doradza się rodzicom składanie podań do 8-10 przedszkoli i szkolenie berbeci w sztuce autoprezentacji, aby jak najlepiej wypadły w konkursie o miejsca przed „rekruterami” z najlepszych placówek.

W Polsce pewne małżeństwo na literę „E” prowadzi natomiast krucjatę przeciw obowiązkowi szkolnemu dla 6-latków. Pociągnęło za sobą kilkaset tysięcy rodzin równie jak oni zafiksowanych w uporze i w końcu postawiło częściowo na swoim. Wydawało się, że po pewnych ustępstwach na rzecz protestujących sprawa została załatwiona, ale wraca niestety w walce politycznej z użyciem narzędzia referendum.

Inna, szlachetna, ale tylko z pozoru, inicjatywa zmierza do ustanowienia 500-złotowych dodatków miesięcznych na dzieci w rodzinach najuboższych, a także na kolejnych potomków, poczynając od drugiego już niezależnie od dochodów w rodzinie. Na pierwszy rzut oka propozycja ta nie wiąże się z problemem wieku inicjacji szkolnej, ale dalej zostanie wykazane, że jednak jak najbardziej i – niestety – wbrew interesowi najmłodszych.

Mimo widocznych postępów w ograniczaniu sfery ubóstwa i niedostatku oraz w wyrównywaniu poziomu usług społecznych, dzieci z terenów mniej zurbanizowanych i gospodarczo mniej rozwiniętych, mają w Polsce warunki startu gorsze i znacznie gorsze od rówieśników „lepiej urodzonych”. Tymczasem, wczesna edukacja przedszkolna i szkolna to sposób na wyrównywanie szans dzieci, których rodzice nie należą do uprzywilejowanej elity materialnej, społecznej i kulturalnej; dzieci z domów, gdzie książka jest dobrem nieznanym, a komputer, jeśli jest, służy wyłącznie do gier w „strzelanie i zabijanie”. Szanse tworzenia warunków do równiejszego startu wykorzystywane są w świecie rozwiniętym lepiej lub gorzej – nam idzie z tym mocno tak sobie.

Polskie maluchy siedzą głównie w domu

Z danych gromadzonych przez zespół badań edukacyjnych OECD nt. wczesnej edukacji przedszkolnej i bardzo wczesnej opieki formalnej w żłobkach wynika, że Polska należy do grupy, w której mniej niż 10 proc. dzieci w wieku poniżej trzech lat uczęszcza do żłobków. Niedolę tę dzieli z nami Bułgaria, Czechy, Meksyk, Rumunia i Słowacja. Poza Czechami, żadne z tych państw nie stanowi dla nikogo wzorca do naśladowania. Po drugie stronie, z udziałem ponad 50-procentowym, są: Dania, Islandia, Korea, Holandia i Norwegia.

W kohorcie dzieci starszych, w wieku od 3 do 5 lat, udział przedszkolaków jest w OECD znacznie wyższy i jest to naturalne. Średnia dla wszystkich 34 państw wynosi 80 proc. i rośnie wraz z wiekiem latorośli. W grupie trzylatków średnia dla OECD wynosi 63 proc., u czterolatków – 82,4 proc., a u pięciolatków 92,1 proc. (wszystkie dane za 2010 r.)

W państwach takich jak Francja, Hiszpania, Belgia, Holandia czy Włochy wszystkie lub niemal wszystkie pędraki w wieku 3-5 lat objęte są wychowaniem przedszkolnym. Po drugiej stronie jest Turcja (27 proc.) oraz Kanada, Grecja i Szwajcaria – wszystkie 3 kraje ze wskaźnikiem nieco poniżej 50 proc. Z odsetkiem w wysokości 59,7 proc. Polska zajmuje w tym zestawieniu miejsce piąte od końca i jest to powód do dużych zmartwień.

Z powodu różnic w praktyce formalnej opieki nad dziećmi (gdzieniegdzie, państwa płacą za opiekę rodzicom lub zwracają koszt opiekunek domowych) oraz niepełnych danych, powyższe informacje nie dają jednak wyraźnego obrazu rzeczywistości. Np. w Szwecji dzieci przebywają w żłobkach z reguły po 6 godzin 5 dni w tygodniu, ale w Holandii zdarza się dość często, że dzieci są oddawane do żłobków lub przedszkoli tylko raz albo dwa razy w tygodniu. Niemcy raczej niechętnie korzystają ze żłobków, ale po ukończeniu trzech lat przez ich dzieci posyłają je już powszechnie do przedszkoli.

Nieco bardziej przejrzysty obraz otrzymujemy zatem po doprowadzeniu statystyk do lepszej porównywalności z użyciem miernika czasu korzystania z opieki. W tym ujęciu Polska wypada o tyle inaczej, że jeśli dziecko w wieku 0-3 lat trafi już u nas do żłobka to przebywa w nim ok. 36 godzin tygodniowo. Ustępujemy pod tym względem jedynie kilku państwom OECD, m.in. Litwie i Meksykowi, gdzie jest to 40 godzin. Interpretacja nie jest tu jednak całkowicie jednoznaczna, bowiem można uważać, poniekąd racjonalnie, że w tak wczesnym dziecięctwie, lepszy byłby dłuższy kontakt codzienny z rodzicami.

O ile jednak kwestia kształtowania zachowań społecznych i nabywania różnych umiejętności poza domem w żłobkach może być dyskusyjna, to wiek przedszkolny i moment rozpoczęcia edukacji szkolnej nie budzi wątpliwości. Opieka przedszkolna powinna być powszechna, a naukę w szkole rozpoczynać należy w obecnych czasach w wieku 6 lat, choć niektórzy twierdzą, że jeszcze wcześniej. Rzecz jasna, od reguły dotyczącej wieku szkolnego mogą i muszą być uzasadnione wyjątki.

W konkurencji przedszkolnych przygotowań do trudów życia wypadamy w OECD niedobrze. We Francji, Belgii, Włoszech, czy Niemczech statystyczne dziecko w wieku 3-5 lat miało i ma przed sobą całe lub niemal 3 lata nabywania wiedzy i umiejętności w przedszkolach na poziomie odpowiednim dla tego wieku. W Polsce ten sam wskaźnik wynosi 1,4 roku. Nie licząc Turcji i jej odmiennych w dużej mierze korzeni kulturowych (0,7), równie niskim wskaźnikiem legitymują się jedynie mali Grecy i Szwajcarzy. Ci ostatni nie mają jednak zbyt dużych obaw o przyszłość, bo z powodu majętności państwa i obywateli są w stanie odrabiać dystans w świetnej zazwyczaj szkole, do której zaczynają uczęszczać jako sześciolatki.
1. września 2015 r. do szkół pójdzie około pół miliona pierwszoklasistów. Jeśli dziecko po szkole średniej pójdzie na studia, jego edukacja będzie kosztowała około 360 tys. zł.To wyliczenia money.pl uzyskane na podstawie danych europejskiego urzędu statystycznego Eurostat. Statystycy podsumowali, ile lat uczą się średnio młodzi ludzie w poszczególnych krajach i ile średnio kosztuje rok nauki. Kwoty uwzględniają bezpośrednie wydatki opiekunów na uczące się dzieci i nakłady na całą machinę edukacyjną – z utrzymaniem szkół i pensjami dla nauczycieli. Choć te ostatnie to w teorii wydatek z budżetu państwa, to tak naprawdę zrzucamy się na niego wszyscy płacąc podatki.

360 tys. zł, to w Europie jeden z najniższych kosztów wyedukowania młodego obywatela. Taniej jest tylko na Litwie, Słowacji, w Chorwacji i Bułgarii – wylicza money.pl. W Norwegii edukacja wynosi 233 tys. euro. Tylko nieco taniej jest na Islandii i w Danii.

Apanaże rodziców i wykształcenie dzieci

Polacy zamożni i relatywnie zamożni nie muszą się martwić zbytnio o zbyt późny (ewentualnie) start edukacyjny swoich pociech, bo zazwyczaj zapewniają im już za bardzo wczesnego młodu zajęcia rozwijające opłacane z prywatnej kieszeni. A gdyby coś nie tak szło ich dzieciom w szkole, to stać ich na skutecznych korepetytorów. Intuicja i doświadczenie życiowe podpowiada, że dzieci bogatszych rodziców zdobywają lepsze wykształcenie niż rówieśnicy z rodzin mniej zasobnych i najzwyczajniej biednych. Prawidłowość ta znajduje potwierdzenie w badaniach.

Z coraz szerszą akceptacją spotyka się teza, że przyczyną pogłębiających się nierówności dochodowych jest fakt, że w latach krótko po II wojnie skazani na sukces życiowy mężczyźni po studiach żenili się kobietami bez wykształcenia, a dziś ludzie dobierają się w pary najczęściej w ramach tego samego statusu. W okresie między 1960 a 2005 r. udział Amerykanów z wykształceniem uniwersyteckim poślubiających partnerki z takim samym dyplomem wzrósł z 25 do 48 proc. Zmiana ta nie dziwi, bo pół wieku i jeszcze dawniej emancypacja kobiet była w powijakach, więc dziewczyn z magisterium było bardzo mało, a osoba płci żeńskiej z doktoratem była osobliwością na miarę kobiety z brodą. Jako, że dwie świetne pensje to więcej niż jedna dobra, to według jednego z szacunków, zmiana w procesie łączenia się w pary pogłębiła w USA nierówności dochodowe nawet o 25 proc.

Lubujący się w statystykach Amerykanie zauważyli też, że jedynie 9 proc. Amerykanek po koledżu rodzi dzieci pozamałżeńskie, podczas gdy wśród dziewczyn tylko po szkole średniej wskaźnik urodzin dzieci nieślubnych rośnie do 61 proc., z przykrym skutkiem dla ich szans w dalszym życiu. (W Polsce udział dzieci nieślubnych wzrósł z 4,8 proc. w 1989 r. do 21,2 proc. w 2012 r.). W rodzinach dobrze uposażonych amerykańskich profesjonalistów dziecko usłyszy przez pierwsze cztery lata życia 32 milionów słów więcej niż maluch utrzymywany z zasiłku i kartek żywnościowych. W rodzinach par wykształconych znacznie rzadziej będą to również zapewne słowa na literę „f”, czyli odpowiedniki polskich k… i p…

W rezultacie poznawania świata i nabywania umiejętności od najwcześniejszych początków życia oraz uzyskania (także dzięki temu) wykształcenia wyższego, dorosłe życie jest przyjemne. W USA absolwent koledżu, czyli bakałarz (licencjat) zarabia w przeliczeniu na pełen etat średnio o 63 proc. więcej niż jego kolega po szkole średniej, przy czym ten drugi jest często w ogóle bez pracy. Prof. David H. Autor z MIT oszacował, że pomiędzy 1979 r. a 2012 r. luka dochodowa mierzona między medianą dochodu dla amerykańskiej rodziny z rodzicami z dyplomami akademickim, a medianą dochodu dla obojga rodziców jedynie po szkole średniej rosła czterokrotnie szybciej niż w przypadku tak mocno nagłaśnianej luki dochodowej między 1 proc. najbogatszych a całą resztą. Luka w medianie dla absolwentów koledżów oraz liceów (high schools) wzrosła w tym czasie z 30 tys. do 58 tys. dolarów rocznego dochodu na rodzinę, co stanowi różnicę naprawdę wielką.

W Polsce odsetek matek z wykształceniem wyższym wzrósł z 6 proc. ćwierć wieku temu do ok. 45 proc. w 2012 r., z tym że duża część ich dyplomów nie spełnia kryteriów akademickich. Formalnie jest więc coraz lepiej, ale faktycznie nie jest jeszcze dobrze. Poza tym, problem jest u nas z pewnością poważniejszy niż w USA, bo dla sporej jeszcze liczby rodaków amerykańska bieda byłaby dobrym darem niebios.

Wniosek z powyższych informacji jest taki, że nierówności nie zlikwidujemy, ale możemy ułatwiać start dzieciom z rodzin biednych. Próba ponownego otworzenia niemądrej dyskusji o rzekomej potrzebie przedłużenia sześciolatkom o rok zabaw w piaskownicy i proponowany dziś 500-złotowy dodatek na dziecko nie poprawi szans dzieci tak, jakby uczyniło to upowszechnienie objęcia już trzylatków obowiązkiem przedszkolnym.

Warunek konieczny to równoległe dofinansowanie tego działu szkolnictwa, tak żeby dzieci w każdym miejscu w kraju korzystały z tego dobrodziejstwa jak najwięcej. Mowa o poziomie osobistym i przygotowaniu zawodowym nauczycieli i pieniądzach na jak najbardziej pożyteczne i najatrakcyjniejsze zajęcia oraz wyjścia i wyjazdy. Taki kierunek nie oznacza pominięcia pomocy socjalnej, która nie jest niczym zdrożnym pod warunkiem, że jest adresowana do potrzebujących, a nie wypłacana jak leci, żeby przypomnieć niesławne i marnotrawne becikowe.

>>> Czytaj też: Polska edukacja jest jak niebezpieczne pole minowe

Rozmnażajcie się; mamy tylko kilkaset żłobków

W 2011 r. mieliśmy w Polsce jedynie 561 żłobków, więc mogło w nich przebywać nie więcej niż 3 proc. populacji dzieciaków w wieku do 3 lat, przy czym na wsi opieka żłobkowa jest praktycznie niedostępna. Także opieka przedszkolna jest na wsi znacznie mniej dostępna niż na terenach zurbanizowanych. W latach 90. było w Polsce jeszcze ponad 12 tys. przedszkoli – w 2011 r. było ich 8800.

Według Narodowego Spisu Powszechnego 2011, mieliśmy w kraju ok. 7,3 mln dzieci w wieku 0-17 lat. Jedynaki mogą stanowić w Polsce ok. połowy populacji dziecięcej, w rodzinach i związkach dwudzietnych jest ok. 2,5 mln dzieci, w trójdzietnych ok. 700-800 tys., a w domach z czwórką i więcej jest ich prawie 400 tys.

Z braku dostępu do szczegółowego rozkładu według liczby dzieci w rodzinach i związkach oraz pod opieką samotnych matek i ojców, szacunek powyższy sporządzony został metodą „na oko”. Wynika z niego, że jeśli zgodnie z zapowiedzią w sprawie 500-złotowego dodatku wyłączyć pierwsze dzieci, to comiesięcznym wsparciem na każde następne dziecko objętych byłoby nie mniej niż 2 mln dzieci. Kryteria ubóstwa nie zostały w obietnicy określone, więc dołożyć do tego można dowolną liczbę, nie mniejszą zapewne od 1 miliona. Roczne koszty tego dodatku wyniosłyby zatem w granicach 18 mld zł, może trochę mniej i raczej nie więcej (500 zł x 12 miesięcy x 3 miliony dzieci).

Tu warto podać, że według obliczeń Mikołaja Herbsta („Finansowanie przedszkoli w Polsce – stan obecny i przyszłość”) łączne wydatki gmin na różne formy opieki przedszkolnej wyniosły w 2011 r. 4,5 mld zł. Najwięcej kosztowało utrzymanie 860 tys. przedszkolaków: 3,8 mld zł i 4400 zł na dziecko rocznie (do oddziałów przedszkolnych przy szkołach uczęszczało wtedy ok. 270 tys. dzieci, a innymi formami przedszkolnymi objętych było 25 tys.)

W kraju, w którym bezrobocie jest od lat niemal stale dwucyfrowe mówi się o katastrofie demograficznej, która miałaby się objawiać przyszłym brakiem rąk do pracy. Znakomita większość widzi jedno tylko (quasi) rozwiązanie ekstensywne, tzn. zwiększenie rozrodczości. Nawołuje się do tego na wszelkie sposoby, nie mając najmniejszego pojęcia, jakie będą warunki za lat 25-30, kiedy rodzące się dziś dzieci staną na starcie do samodzielnego życia.

W czasach szalonego postępu technologicznego i globalizacji szczegółowe prognozowanie w tak długiej perspektywie jest pozbawione sensu, ale można przewidzieć z dużą dozą spełnialności, że im kto więcej będzie miał rozumu i umiejętności, temu – tak jak teraz – dostaną się najsmakowitsze kąski. Dochodzi do tego element olbrzymiego przeludnienia globu, związanej z tym katastrofy środowiskowej zmniejszającej szanse na życie miłe i zdrowe oraz pozostawanie wielkiej części świata w głębokim niedorozwoju społeczno-gospodarczym, o czym świadczy m.in. wielkie natarcie imigrantów na Europę.

Dlatego najmądrzej jest inwestować w jakość progenitury, do zwiększania jej liczby nie zachęcając. Niemcy nie wygrywają z całym światem na liczbę inżynierów, a na ich umiejętności per capita. W nieuniknionym u nas kontekście patriotycznym i narodowo-obronnym, warto z kolei zauważyć, że w razie czego więcej nam będzie trzeba operatorów dronów niż gołych rąk do kopania okopów, transzei i rowów.

Dlatego przyklaskiwać warto poszukiwaniom pieniędzy na opiekę przedszkolną i jakość nauczania w szkołach, natomiast opierać się rozdawaniu pieniędzy z podatków jak popadnie i jak wynika z kalkulacji wyborczych. Trzeba też przeciwstawiać się rodzicom, którzy chcą krzywdzić swoje dzieci, zostawiając je dłużej w piaskownicy, gdy ich rówieśnicy gdzie indziej już czytają i liczą.