Skąd ten wzrost? – Coraz więcej pracodawców zgłasza do urzędów pracy propozycje zatrudnienia na tak zwanych śmieciówkach, bo na wolnym rynku nie mogą już często znaleźć na nie chętnych – mówi DGP dyrektor PUP w Kwidzynie Jerzy Bartnicki. Okazuje się jednak, że wielu zarejestrowanych bezrobotnych nie godzi się na takie oferty, woląc utracić status bezrobotnego. Chodzi zwłaszcza o tych, którzy musieliby dojeżdżać do nowej pracy, mieszkających w regionach, gdzie komunikacja publiczna nie działa sprawnie. Tymczasem w 70–80 proc. ofert proponowane wynagrodzenie nie przekracza płacy minimalnej, czyli 1750 zł brutto.

Częściowo za wzrost asertywności bezrobotnych przy ocenie ofert pracy z PUP odpowiada też poprawa sytuacji gospodarczej w kraju. W lipcu stopa bezrobocia według GUS wynosiła 10,1 proc., czyli o 1,7 pkt mniej niż przed rokiem. Łatwiej jest znaleźć zatrudnienie na wolnym rynku, przez co propozycje z urzędu tracą na atrakcyjności. – W tej sytuacji niektórzy uznają, że utrata statusu bezrobotnego nie będzie dla nich dramatem, bo mają szansę zdobyć etat poza urzędem pracy, na przykład w internecie albo przez znajomych – ocenia w rozmowie z nami ekonomista PKO BP Karolina Sędzimir.

– Są także takie osoby, które już pracują, tyle że w szarej strefie gospodarki, a status bezrobotnego był im potrzebny po to, by móc korzystać z bezpłatnej służby zdrowia – dodaje prof. Zenon Wiśniewski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Część winy spoczywa jednak również na urzędach pracy. Zdaniem ekspertów reforma pośredniaków, która w założeniu miała ułatwić aktywizację bezrobotnych, została wdrożona w zbytnim pośpiechu. Zamiast jednego systemu mamy 16, bo każde województwo ma duży zakres swobody w aktywizowaniu osób bez pracy

Rekordy niechcianej pracy

Pod względem odrzucania ofert rekordowy był czerwiec, gdy urzędy pracy wykreśliły z rejestru bezrobotnych o 117 proc. więcej osób, które odrzuciły składane im propozycje pracy, niż w tym samym miesiącu ubiegłego roku. W przypadku pierwszej takiej odmowy bezrobotni tracą status bezrobotnego na 120 dni, w przypadku drugiej – na 180 dni. Kolejne odmowy kosztują już 270 dni.

– Bezrobotni dostrzegają, że ofert w pośredniakach jest coraz więcej. Wobec tego więcej jest ich także na wolnym rynku – wskazuje Karolina Sędzimir z PKO BP. Poprawa na rynku pracy jest ewidentna, co potwierdzają oficjalne statystyki. W lipcu liczba bezrobotnych była o 300 tys. mniejsza niż przed rokiem, a do pośredniaków zgłoszono aż 118 tys. ofert pracy. I było to najwięcej propozycji zatrudnienia w tym miesiącu od 2001 r., czyli od czasu, gdy resort pracy prowadzi takie statystyki. Skoro pracodawcy zwiększają zatrudnienie, poszukujący pracy liczą na większe zarobki.

– W wielu przypadkach osoby po zawodówkach czy nawet bez kwalifikacji nie chcą ofert z minimalnym wynagrodzeniem – twierdzi wicedyrektor PUP w Opolu Irena Lebiedzińska. Stąd – dodaje – brakuje chętnych na propozycje, w których pracodawca oferuje najniższą krajową, chcąc zatrudnić bezrobotnego bez kwalifikacji z myślą, że przyuczy go do zawodu. Wielu woli stracić status bezrobotnego, niż przyjąć taką ofertę. – W rejestrach przeważają już osoby, które nie są zainteresowane zatrudnieniem. Ci, którzy szukali etatu, w większości już go znaleźli – uważa dyrektor PUP w Kwidzynie Jerzy Bartnicki.

Ten optymistyczny obraz nie dotyczy jednak wszystkich regionów. Są powiaty, w których tylko nieliczni bezrobotni odmawiają przyjęcia zatrudnienia. Tak jest na przykład w PUP w Ostrowcu Świętokrzyskim. – Od stycznia do lipca spośród 6704 osób wykreślonych z ewidencji bezrobotnych zaledwie 53 zostały wykreślone, ponieważ nie przyjęły bez uzasadnionej przyczyny propozycji zatrudnienia – informuje wicedyrektor tego urzędu Małgorzata Stafijowska.

Winę za odrzucanie ofert przez bezrobotnych przynajmniej częściowo ponoszą także urzędy pracy, które nie zawsze odpowiednio dopasowują propozycję do konkretnej osoby. Sytuację bezrobotnych miała zmienić reforma wprowadzona w maju 2014 r. Wprowadzała ona wiele dodatkowych instrumentów, takich jak bon stażowy, Krajowy Fundusz Szkoleniowy wydzielony z Funduszu Pracy czy zlecanie aktywizacji długotrwale bezrobotnych zewnętrznym firmom. – Kraje, które radzą sobie z przywracaniem długotrwale bezrobotnych na rynek pracy, korzystają z usług zewnętrznych. Sam fakt, że mój doradca pracuje z 75 klientami, a nie, jak pracownik urzędu, z 500 klientami, zwiększa jego skuteczność, bo pozwala na indywidualne podejście – twierdzi Anna Karaszewska, dyrektor spółki Ingeus, która współpracuje z kilkoma małopolskimi powiatami przy aktywizacji osób długotrwale bezrobotnych.

– Problemem jest brak doświadczenia i kompetencji wielu firm realizujących te usługi, co skutkuje zróżnicowaną efektywnością. W pierwszym projekcie, który zakończyliśmy w Małopolsce, 72 proc. klientów, którzy rozpoczęli pracę, utrzymało ją przynajmniej przez pół roku. Wiemy, że w innych projektach wyniki nie są tak obiecujące. Co prawda udawało się grupę klientów wprowadzić na rynek pracy, ale po kilku tygodniach wracali do rejestru bezrobotnych – mówi. Wskaźniki utrzymania zatrudnienia wynosiły w tych przypadkach 7–23 proc.

Różne programy, różna skuteczność

Źródłem różnic jest to, że reforma pozwoliła urzędom na dużą samodzielność. W praktyce zamiast zintegrowanego systemu mamy 16 różnych programów. – Wojewódzkie urzędy pracy miały przygotować przetargi i czuwać nad realizacją projektów. Niestety nie były do tego dostatecznie przygotowane, bo pilotaż programu był przeprowadzony zbyt pospiesznie. Ministerstwo powinno monitorować efekty projektów, a następnie upowszechniać dobre praktyki z tych województw, gdzie się one powiodły – uważa dr Grzegorz Baczewski z Konfederacji Lewiatan.

Jednym z ważniejszych instrumentów wprowadzonych przez reformę były bony stażowe dla osób poniżej 30. roku życia. Jak to działa? Osoba, która chciałaby podnieść swoje kompetencje za jego pomocą, zgłasza się do wybranej firmy, a urząd pracy płaci za jej staż. – Do tej pory na staż kierował urząd. Ludzie szli do firm, w których wykonywali raczej proste i uciążliwe prace, których nikt inny nie chciał. Nie uczyli się niczego, ale też nie zgłaszali zastrzeżeń, bo sądzili, że samo odbycie stażu da im szansę na pracę. Teraz sytuacja się odwróciła – jeśli będziemy mieli do czynienia z osobami odpowiedzialnymi, to korzystając z bonu, pójdą one tam, gdzie coś ze stażu wyniosą – twierdzi Baczewski.

Zdaniem ekspertów zmiany były potrzebne, ale ich skuteczność trudno jeszcze oceniać. MPiPS ma przedstawić takie podsumowanie po dwóch latach. Profesor Urszula Sztanderska z Uniwersytetu Warszawskiego już teraz jest jednak sceptyczna wobec rozwiązań reformy. – Na razie poziom bezrobocia spada, ale to efekt koniunktury, a nie zmian. W ramach programu stosuje się środki, które wystarczają do zaktywizowania trwale bezrobotnych. Koncentracja na poszukiwaniu pracy i meldowaniu się na aktywizujących spotkaniach to dla nich zbyt mało. Nie ma dla nich programów przywracania kompetencji, takich jak nauka czytania ze zrozumieniem. Kończy się tak, że te osoby wypadają z systemu w ogóle – podsumowuje.