statystyki

Dzieci pierdoły. Hodujemy zombie, które nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają

6 września 2015, 06:00 | Aktualizacja: 19.04.2016, 11:07
Źródło:Dziennik Gazeta Prawna
Laptop w szkole

Laptop w szkoleźródło: ShutterStock

Żyją w tyranii optymizmu, przekonane, że mogą wszystko, że mają równe szanse, że wystarczy chcieć, by mieć. A nie potrafią poradzić sobie nawet z komarem, a co dopiero z krytyką czy wzięciem odpowiedzialności za innych.

reklama

reklama

"Witam, czy wasze dzieci były na obozie harcerskim? Wszystko OK, tylko przerażają mnie te namioty w środku lasu. A co w sytuacji, jak jest burza?” – pyta Beata na internetowym forum pod hasłem „Obóz harcerski”. „Namioty namiotami. Moje dziecko zraziło się w zeszłym roku brakiem higieny. Syf, brud, kąpiele sporadyczne, wróciła totalnie brudna” – odpowiada jej Zofia. Tę bezradność rodziców i dzieci potęgują obecne przepisy. Rok temu sanepid chciał zamknąć obóz harcerski koło Ustki, bo nie było tam elektryczności. Dwa lata temu w Bieszczadach kazano organizatorom obozu survivalowego pociągnąć rurami wodę z ujęcia oddalonego o trzy kilometry. W sumie trudno się więc dziwić, że w styczniu tego roku wychowawca zimowiska koło Karpacza zorganizował zamiast ogniska „świecznisko” w świetlicy, bo na zewnątrz było minus 10 stopni i dzieciaki poskarżyły się rodzicom, że nie chcą marznąć, a ci zagrozili opiekunowi interwencją w kuratorium, jeśli nie odwoła „niebezpiecznej zabawy”.

– Jak zaczynałem przygodę z harcerstwem, wiele lat temu, obozy przygotowywaliśmy od zera. W las pierwsi jechali najbardziej sprawni i silni harcerze, cięli siekierkami drzewa, kopali latryny, myli się w górskim lodowatym strumieniu. Cały obóz budowaliśmy własnymi rękoma. Nikt się nie zastanawiał, czy jajka na jajecznicę zostały wyparzone w „wydzielonym, oznakowanym stanowisku wyparzania jaj”. Dzisiaj nie wolno dać młodemu siekiery, bo jest narzędziem niebezpiecznym, witki nie można uciąć, bo drewno się kupuje w nadleśnictwie. Zamiast dziury w ziemi są wypożyczane toi toie, a każdy garnek czy półka w magazynie muszą być sprawdzone przez armie kontrolerów z sanepidu, gmin i przeróżnych straży. Obozy stawiają profesjonalne firmy, a dzieciaki przyjeżdżają na gotowe, zamiast plecaków mają walizki na kółkach, repelenty i kremy do opalania – opowiada były już harcmistrz z podwarszawskiej miejscowości. Woli pozostać anonimowy, bo dorabia, choć tylko okazjonalnie i nieharcersko, na letnich obozach dla młodzieży.

– Przyjeżdżają takie potworki przekonane o swojej wyjątkowości, mądrości i zaradności, a wrzeszczą w panice, jak zobaczą osę czy komara. Na byle uwagę wychowawcy od razu dzwonią do mam i tatusiów ze skargą, a ci z pretensjami do nas. Cholera mnie bierze, ale cóż poradzić, klient nasz pan. No to robię im ognisko w pokoju na ekranach ich tabletów, bo dym z płonących szczap gryzłby ich w oczy – tłumaczy.

Z łezką w oku czyta dziś w necie wspomnienia ludzi z jego pokolenia, jak w latach 80. wcinali jagody bez strachu, że chory lis je obsikał. Teraz jest psychoza, więc na wszelki wypadek dzieci do lasu nie wysyła się w ogóle, dlatego przerażają je pająki, komary czy osy, a z grzybów znają tylko pieczarki. Z rozrzewnieniem przypomina sobie, jak ganiał w krótkim rękawku w deszcz, przeziębił się i babcia dała mu miód ze spirytusem, cytryną i czosnkiem, i nikt nie oskarżył babci o rozpijanie młodzieży, a on wstał następnego dnia zdrów jak ryba. Dziś na lekki ból gardła dzieciaki dostają antybiotyki, a po złamaniu palca zwolnienie na cały rok z WF. Nikt mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał się uczyć sam, a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie było wtedy tak postępowe jak dziś. Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił. A skakali do wody z wysokiego brzegu aż miło. Gdy rozbił nos na rowerze, ciężkim, stalowym składaku bez przerzutek i profilowanych opon, w szkole sińce pod oczyma nie zaalarmowały wychowawców i do rodziców nie przyjechała z interwencją opieka społeczna w obstawie policji. Teraz miałby rozmowę z psychologiem, która uświadomiłaby mu, że jest wrażliwym człowiekiem, z pełnymi prawami i nie wolno nikomu przekraczać jego prywatnej strefy, więc jeśli rodzice go biją, powinien to zgłosić.

– Gdy dostałem manto od silniejszego zabijaki z podwórka i wróciłem zapłakany do domu, ojciec powiedział, żebym się nie mazgaił, bo mężczyzna musi stawiać czoła przemocy. Siłą. Czasami przegram, czasami wygram, ale takie jest życie. A następnego dnia pojechaliśmy do klubu sportowego, gdzie zapisał mnie na boks – opowiada.

„Kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak nas należy »dobrze« wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu” – takie wspomnienia w internecie młodzi czytają dziś jak bajkę o żelaznym wilku.

Ale dwie lewe ręce mają nie tylko najmłodsi. W domach gniją całe pokolenia niedorajdów, włącznie z trzydziestolatkami, przekonanymi, że guzika w koszuli nie da się przyszyć bez certyfikatu krojczego. I nie jest to pusta konstatacja autora tego tekstu w myśl przekonania każdego dorosłego, że „za moich czasów młodzież była bardziej zaradna”, tylko wyniki naukowych analiz. Gdziekolwiek spojrzeć, jest gorzej, niż było.

>>> Czytaj też: Bąk: Elektromistyfikacja. Auta elektryczne nigdy nie będą produkowane masowo

Tylko do pierwszego potu

Naukowcy Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie od wielu lat badają kondycję fizyczną polskiej młodzieży. Ich wnioski są zatrważające: 30 lat temu dzieciaki były znacznie bardziej sprawne niż ich rówieśnicy obecnie. Uczniowie szkół podstawowych z miejsca skakali w dal 129 cm, dzisiaj skoczą najwyżej metr. 600 m przebiegali dawniej średnio w 3 minuty i 5 sekund, teraz wloką się 40 sekund wolniej. Ale prawdziwy dramat widać w sile – kiedy nie było jeszcze internetu, uczeń potrafił w zwisie wytrzymać 17 sekund, teraz zaledwie 7. O załamaniu sportowych wyników mówią też trenerzy – mimo specjalistycznych planów wysiłkowych, nowoczesnego sprzętu i odzieży, ogólnodostępnych siłowni czy placów do ćwiczeń osiągnięcia sportowe są – delikatnie mówiąc – mizerne. I to mimo że sport uprawia dziś dwa razy więcej osób niż 20–30 lat temu. Tyle że to ćwiczenia tylko do pierwszego potu. Psycholodzy mówią o syndromie nadmiaru możliwości i wynikającego z tego braku wytrwałości. Młodzi rezygnują z doskonalenia się w danej dziedzinie, jeśli tylko napotkają pierwszą trudność. Od razu próbują nowych rzeczy. W konsekwencji mamy mnóstwo nowych dyscyplin, hobby czy możliwości spędzania wolnego czasu. Wszystko to jednak robią po łebkach, żeby tylko zaliczyć, żeby się pokazać na słitfoci w portalu społecznościowym. To powierzchowne próbowanie wszystkiego oznacza, że tak naprawdę nie potrafią niczego.

– Dziś żyjemy w świecie panoptykonu, o którym mówił Michel Foucault, więzienia, w którym wszyscy wszystkich obserwują. Dążymy więc do tego, by się pokazać z jak najlepszej strony. Cokolwiek zaczynamy robić, robimy już nie tyle dla siebie, co dla poklasku, dla pokazania innym. Nie biegamy już dla zdrowia, dla kondycji, tylko żeby pokonywać kolejne dystanse, bić kolejne rekordy, które od razu wrzucamy do internetu. Podobnie jak jazda na rowerze czy ćwiczenia w siłowni. Jednak ten imperatyw ciągłego zdobywania sukcesu powoduje, że zawsze jesteśmy przegrani. Bo jeśli tylko na tym budujemy system własnej wartości, wystarczy drobne potknięcie, żeby ta cała psychologiczna konstrukcja się zawaliła. I wtedy stajemy się bezradni – tłumaczy psycholog Małgorzata Osowiecka z SWPS Uniwersytetu Humanistycznospołecznego w Sopocie.

Podczas zeszłorocznych wykładów w The Royal Institution w Londynie prof. Danielle George z Uniwersytetu w Manchesterze przedstawiła badania, z których wynika, że młodzi, ale już dorośli ludzie stali się uzależnieni od gotowych rozwiązań technologicznych oferowanych przez rynek. W przypadku domowej awarii nawet nie próbują sami naprawić zepsutego kontaktu czy przerwanego kabla odkurzacza. Ba, większość z nich uważa, że urządzenia „po prostu działają”, i nie ma pojęcia, co robić, jak się coś z nimi stanie. Najczęstszymi rozwiązaniami są wezwanie na pomoc specjalistycznej firmy albo wymiana niedziałającego urządzenia na nowe. Kto bogatemu zabroni, ale problem polega na tym, że pytani przez badaczy, czy pomyśleli o naprawie, przylutowaniu zerwanego kabelka, nie zdawali sobie nawet sprawy, że tak można. Pochłonął ich świat jednorazówek.

>>> Czytaj też: Pacyfiści? Wysadźmy ich [Motofelieton Łukasza Bąka]

Albo supermen, albo nikt

Dla tego jednak, kto sądzi, że taka życiowa postawa pierdoły to domena osób niezbyt lotnych, kubłem zimnej wody niech będą słowa prof. Jonathana Droriego, który podczas konferencji naukowej TED (Technology, Entertainment and Design) w Kalifornii, organizowanej przez amerykańską organizację non profit Sapling Foundation, opowiedział o eksperymencie przeprowadzonym kilka lat temu w Instytucie Technologicznym w Massachusetts (MIT), uważanym za jedną z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie. Naukowcy odwiedzili świeżo upieczonych inżynierów z MIT i zapytali, czy można zapalić żarówkę za pomocą baterii i drutu. – Zapytaliśmy: umiecie to zrobić? Powiedzieli, że to niemożliwe. I nie wyśmiewam tu Amerykanów. Tak samo jest w Imperial College w Londynie – opowiadał rozbawionym słuchaczom prof. Drori.

Lecz to śmiech przez łzy, bo to przecież ci młodzi ludzie niebawem przejmą, a nawet już przejmują stery rządów, gospodarek, bo to oni zaczynają decydować o kierunkach rozwoju świata. Tymczasem dochowaliśmy się, i nadal tak wychowujemy, rzeszy wydmuszek nasączonych wiedzą, z której nie potrafią skorzystać, o skorupkach tak słabych, że pękają od pierwszego niepowodzenia, ba – od niepochlebnej opinii czy krytyki. Inżynierowie z MIT z pewnością doskonale poradzą sobie z odczytaniem schematów silników rakietowych, ale mają problemy z wyzwaniami codziennego życia.

Już ponad 10 lat temu historyk literatury, eseista, profesor Uniwersytetu Gdańskiego Stefan Chwin alarmował, że błędem współczesnego modelu wychowawczego jest tyrania optymizmu, tyrania udawania, że wszystko będzie OK – tylko się starajcie i uczcie pilnie. Że wystarczy wiara, iż wszyscy mogą wszystko, że wystarczy chcieć, by móc. Jednak takie głosy rozsądku przegrały z przekonaniem, iż wszyscy są równi i mają takie same szanse, a szczęśliwy człowiek to człowiek sukcesu. – Zastąpiliśmy zasady i wartości hiperliberalizmem, który zaprowadził nas na manowce – wskazuje prof. Joanna Moczydłowska z Politechniki Białostockiej.

Przede wszystkim równość to fikcja. Są ludzie bardziej i mniej zdolni, inteligentni i gamonie. – Ludzie są po prostu różni. Jedni mają temperament flegmatyczny, inni choleryczny. To są cechy wrodzone, niezależne od oddziaływania rodziny, szkoły czy pracodawcy. To właśnie geny decydują, dlaczego tak rozbieżne potrafią być ścieżki kariery rodzeństwa, które wychowywane było w jednym domu, w tych samych warunkach, które miało taki sam start i potencjalne możliwości środowiskowe – tłumaczy prof. Moczydłowska.

Zdolnej, inteligentnej młodzieży nie przybędzie dlatego, że udało się wmówić młodym ludziom, że mogą sięgnąć po nieosiągalne. 20 lat temu do szkół z maturą szło najwyżej 30 proc. uczniów po podstawówce. Dziś wskaźnik ten sięgnął prawie 90 proc. Na rynku pojawiła się więc armia z dyplomami, niestety zbyt często bez zdolności, umiejętności i pasji. – Wielu ludziom robimy tym krzywdę. Tej nadprodukcji magistrów rynek nie przyjmuje, rodzi się za to frustracja z niespełnienia oczekiwań, którymi ładuje się ich od najmłodszych lat. Jeśli kibol, który się spełnia, ćwicząc z ciężarkami, pozostanie w dorosłym życiu na swoim poziomie i w swoim otoczeniu, będzie żył w zgodzie z samym sobą, to z punktu widzenia psychologii jest dla wszystkich korzystne. Jeśli ulegnie ułudzie i pójdzie na studia, którym intelektualnie nie jest w stanie sprostać, będzie to groźne dla jego psychiki i otoczenia, na którym może wyładować swoją późniejszą frustrację – zauważa ekspertka.

Społeczeństwo zachłysnęło się – jak to nazywają specjaliści – amerykanizacją oczekiwań, że każdy może wszystko, i napakowaniem energią do nieustannego odkrywania w sobie supermena. Sęk w tym, że imperatyw wzlatywania ponad poziomy nie ma poduszki bezpieczeństwa. W dzisiejszym świecie jest tylko jeden cel: osiągnięcie sukcesu, ale nie ma porażki. Jest tylko pochwała, ale nie ma krytyki. Jest tylko rozwiązywanie problemów, ale nie ma problemów.

Dzieciom zakłada się kaski, gdy jadą rowerem czy na nartach. Dodatkowo nakolanniki, nałokietniki i ochraniacze na dłonie – gdy zakładają rolki. Przy jeździe konnej modne stały się żółwiki, czyli ochraniacze na kręgosłup. Wszystko dla ich bezpieczeństwa. Zapomina się jednak przy tym o najważniejszym – o zrozumieniu przez dziecko konsekwencji swojego zachowania. Jeśli postąpi nierozważnie, powinno zaboleć, bo ból ostrzega i uczy. Jeśli postąpi głupio, powinno zaboleć mocno i boleć długo, bo ból to najlepszy nauczyciel. Ale nie zaboli w ogóle, bo są środki ochronne. A jeśli Jaś się nie nauczy, że prędkość na rowerze plus nieuwaga są groźne i mogą wywołać ból, Jan nie zrozumie, że szybkość auta plus nieuwaga oznacza już śmierć.

– Mnożenie zakazów i nakazów sprawia, że młodzi ludzie nie potrafią sami sobie wyznaczać granic. Nie rozumieją konsekwencji swoich czynów, nie mają kontroli nad swoim zachowaniem i postępują bezrefleksyjnie. Dlatego nawet najbardziej agresywne reklamy społeczne przedstawiające skutki zażywania dopalaczy nie będą skuteczne, bo zadziała tu mechanizm obronny – nie damy sobie rady z taką hardkorową informacją, więc musimy ją odrzucić. I młodzi niemający własnych fatalnych doświadczeń taki przekaz odrzucają – zaznacza psycholog Małgorzata Osowiecka.

– I do tego ta nieustająca nadopiekuńczość. Ostatnie badania wskazują, że już 43 proc. Polaków mieszka razem z rodzicami, a w wielu przypadkach powodem nie są wcale problemy finansowe. Tak czują się bezpieczniej, wolą pozostać pod rodzicielskim parasolem. Gdy byli mali, rodzice mówili: nie biegaj, bo się wywrócisz i stłuczesz kolano, do szkoły nosili za nich ciężkie tornistry, a teraz mówią: nie pracuj, masz jeszcze czas, my ci pomożemy. Takie ograniczanie samodzielności u dorosłego człowieka to dramat, bo on nie potrafi wziąć odpowiedzialności za siebie i innych. Rezygnuje z podejmowania wyzwań w imię trwania w sferze komfortu – przestrzega prof. Joanna Moczydłowska.

>>> Czytaj też: Życie na kreskę. Kiedyś było piętnem, dziś przepustką do prestiżu

Być to być widzianym

Szklany klosz, pod którym chowamy nasze dzieci, nie wystawiając ich na trudy życia i ryzyko porażki, powoduje, że zatracają umiejętności krytycznego postrzegania rzeczywistości. W USA według sondażu przeprowadzonego przez Columbia University aż 85 proc. rodziców wierzy, że trzeba wmawiać dzieciom, iż są inteligentne, i chwalić je na każdym kroku. Tymczasem – jak przekonuje psycholog Carol Dweck – to błąd wychowawczy. Przez 10 lat badała osiągnięcia uczniów kilkunastu szkół w Nowym Jorku. Z jej eksperymentów i analiz wynika, że dzieci, które po udanym rozwiązaniu testu były chwalone za mądrość i zdolności, szybciej osiadały na laurach i unikały kolejnych wyzwań, niż te, u których doceniano wysiłek i ciężką pracę w osiągnięcia sukcesu. Te „mądre z natury” bały się porażki przy trudniejszych zadaniach, bo podważałaby one ich wysoką samoocenę. Nie chciały się przekonać, że jednak nie są tak inteligentne, jak uważa otoczenie. A jak już podejmowały ryzyko i skończyło się to niepowodzeniem, rezygnowały z dalszych prób, by nie pogłębiać poczucia przegranej. Te zaś, których sukces był skomentowany jako efekt ciężkiej pracy, dużo chętniej sięgały po bardziej skomplikowane zadania, a niepowodzenie tylko motywowało je do dalszej pracy.

Amerykański psycholog społeczny, prof. Roy F. Baumeister z Uniwersytetu Stanowego Florydy, mówi wprost, że bezstresowe wychowanie prowadzi do spadku motywacji. Porównując zachowanie uczniów USA z rówieśnikami z Japonii i Chin, gdzie rodzice i nauczyciele stosują kary cielesne za złą naukę, doszedł do wniosku, że to właśnie stres i strach zwiększają szansę na osiągnięcie celów. Zaś sztuczne wzmacnianie u dzieci poczucia własnej wartości i puste pochwały powodują, że gdy dorastają, nie radzą sobie nawet z niewielkimi porażkami. Utożsamiają je z własnymi słabościami – przecież wszyscy są ponoć równi i każdego stać na wszystko – czują się oszukani i odreagowują niepowodzenia agresją.

Przez ostatnie lata – kontynuuje prof. Baumeister – tysiące naukowych prac rozwodziły się w samych superlatywach nad pozytywnymi skutkami wychowywania bez stresu, budowania w młodych poczucia własnej wartości i wysokiej samooceny, traktowanych jako lekarstwo na całe zło dojrzewania. Ograniczono, wręcz zlikwidowano krytykę, stawiając na piedestale pochwałę. Agresję dorastającej młodzieży odczytywano zaś jako próbę gwałtownego uzupełniania niskiej samooceny. Tymczasem dzisiaj okazuje się, że jest odwrotnie. Przez te lata wyhodowaliśmy „praise junkie”, uzależnionych od pochwał, którzy w zderzeniu z rzeczywistością nie umieją sobie z tym poradzić i reagują agresją z powodu zbyt wysokiego mniemania o sobie. – Ta konkluzja to największe rozczarowanie nauki w mojej karierze – przyznaje profesor Baumeister.

Przeżywamy kryzys wartości – zaznacza prof. Joanna Moczydłowska. – Kiedyś oddzielało się „być” od „mieć”, jakość życia od jego poziomu. 20 lat rozpasania konsumpcjonizmu sprawiło, że dzisiaj zrównaliśmy te pojęcia. Nie tylko „być” utożsamia się z „mieć”, ale „być” oznacza być widzianym. Stąd tak gwałtowny wzrost popularności wszelkich talent show, stąd powiedzenie, że jak cię nie ma na Facebooku, to nie istniejesz. Stąd miarą wartości człowieka stały się internetowe lajki, a wzorem sukcesu życiowego kariera celebryty – wylicza psycholog.

Młodzi napompowani fantazjami, że są mądrzy, zdolni, wyjątkowi, karmią swoje ego pochwałami – ze strony rodziny, nauczycieli i głównie świata wirtualnego – oraz zarozumialstwem, uznając to za siłę, a skromność za słabość. Potem lądują na kasie w supermarkecie i trudno im to zaakceptować. Ale nawet ci, którzy mają szczęście i trafiają do lepszych z pozoru prac, zderzają się z trudnymi do pokonania różnicami pokoleniowymi. – Różnice między pokoleniami zawsze istniały, ale teraz to jest przepaść. To są już wrogie plemiona. Gdy młody człowiek trafia do firmy, jej szef ma co najmniej 40 lat. A z reguły więcej. I pojawia się trudność nawet na poziomie podstawowej komunikacji. Oni używają innego języka, te same słowa mają dla nich inne znaczenie. A co dopiero mówić o różnicach w aspiracjach, mentalności, postawach życiowych, kulturze – wskazuje psycholog z Politechniki Białostockiej.

Tsunami bezradności

Niespełnione nadzieje i wzajemne nierozumienie w tak powszechnym rozmiarze czynią społeczeństwo słabym. Zamiast leczyć przyczyny, ludzie wybierają antydepresanty, zakładając kolejne kaski ochronne mające uchronić przed skutkami. Efekt? 40 proc. wrocławskich studentów przyznaje się do lęków i zaburzeń nastroju, co 20. cierpi na głęboką depresję, która wymaga leczenia – alarmują naukowcy z Katedry Psychiatrii Akademii Medycznej we Wrocławiu. Z raportu „Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej” z 2012 r. wynika, że 2,5 mln Polaków ma zaburzenia lękowe, milion – depresje i manie, kolejny bierze narkotyki, a ponad 3 mln to alkoholicy. Nastąpił lawinowy wzrost przypadków lekomanii i uzależnień od psychotropów. Wśród ofiar największy odsetek to właśnie młodzi.

– Wzrost postaw roszczeniowych idzie w parze z wyuczoną bezradnością. Jedni biorą pastylki, inni ukrywają ją za drogim ciuchem, autem czy gadżetem. Lęk i bezsilność przykrywają tysiącami znajomych na portalach społecznościowych i kolekcjonowaniem lajków dla każdego swojego działania. Jeszcze inni korzystają z usług coachingu, gdzie płacą za odkrywanie ich własnego ja. To patologia – podsumowuje prof. Moczydłowska.

Obok kryzysu wartości psycholog wskazuje również na kryzys tożsamości. Poprawność polityczna obowiązująca w przestrzeni publicznej przeniknęła w sfery prywatne. Rozmyły się tradycyjne role społeczne obu płci, obowiązuje uniseksualność. – Jak dziś wygląda wychowanie mężczyzny? Bardzo często chłopca wychowuje samotna matka wspierana przez babcię lub nianię, a wychowawca w szkole to też najczęściej kobieta. Chłopak rozwija się w kobiecej sferze, gdzie dba się o paznokcie i ciało. On przejmuje te wzorce. Pomyliliśmy rozwój z absurdem, odeszliśmy od praw natury, gdzie każda płeć ma swoje uwarunkowane biologicznie i kulturowo miejsce. Doszło do tego, że w Szwecji na chłopcach wymusza się zabawę lalkami, by ich rozwój nie był zdefiniowany płcią. To sztuczne, a walka z naturą zawsze kończy się źle. Efekty już zresztą widać. Chłopcy zaczynają się gubić, nie rozumieją swoich predyspozycji, nie znają potencjału. To niestety promieniuje wyżej – na uczelniach pojawił się przedmiot: alternatywna rodzina. Skoro nie umiemy zdefiniować tak podstawowego bytu jak rodzina, nie dziwmy się, że młodzi nie wiedzą, kim są i dokąd zmierzają – zauważa prof. Joanna Moczydłowska.

Dodaje, że gdy swoich studentów poprosiła o podanie trzech cech, które są mocnymi i słabymi stronami ich osobowości, w większości nie potrafili tego zrobić. – A jak nie wiesz, dokąd idziesz, to nie wiesz, gdzie dojdziesz – konkluduje.

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

reklama

reklama

  • Robert(2015-09-11 20:06) Odpowiedz 1097562

    Bardzo się cieszę, że ktoś napisał taki artykuł, bo to znaczy, że nie tylko ja to widzę! :) Sam z bezpośrednich obserwacji mógłbym spisać podobny o tym jak przed komputerem i tabletem hoduje się grubasy, które potem dostają zwolnienie z wuefu, bo wstyd im się jest w szatni pokazać, a potem jeszcze nazywa puszystymi, zamiast tłustymi. Tak samo leniwych nazywa się dyslektykami, a aktywnych chorymi na ADHD i zabrania się im biegać po podwórku i zabawki z podłogi wkładać do buzi! Zamiast tego karmi się je tabletkami i syropkami "już od 6 miesiąca życia", bo je swędzi, bo kichną, bo są zbyt wesołe, albo zbyt smutne, bo są senne, albo rozbudzone i profilaktycznie żeby w ogóle funkcjonowały, bo organizm sam bez tabletek sobie w życiu nie poradzi! A w tym czasie mama bierze tabletki na nietrzymanie moczu i spalanie tłuszczu, tata na pocenie pod pachami i łysienie, pies na błyszczącą sierść i zęby, a dziadek pije syrop na serce i szybko łyka viagrę, żeby mu w gardle nie stanęła, bo babcia wzięła tabletki na oczy i może coś będzie. Niemowlaki podłącza się do elektronicznych niani i generatorów białego szumu, każdy przedmiot sterylizuje, a jak urosną, to ostrzega, żeby się nie spociły i nie podrapały. To potem nie dziwota, że w prawdziwym życiu muszą zostać lekomanami, bo kolana nie dźwigają ich ciężaru, ścięgna nie potrafią nic wytrzymać, nos, gardło i oczy nie potrafi poradzić sobie nawet z pyłkami, a buty z 5cm słoniny muszą korygować płaskostopie i nadpronację, bo stopa w życiu prawdziwej Ziemi nie dotknęła. Głosy rozsądku niestety nie mają siły przebić się przez marketingowo generowane potrzeby, bo rozsądek ma zerowy budżet i nikt by na tym nie zarobił.
    Na dodatek matki, żeby nie bolało, każą sobie wyciągać nienarodzone dzieci z brzucha chirurgicznie, karmią sztucznym syfem, a potem się dziwią, że rośnie pokolenie chorowitków, których do końca życia trzeba czymś szprycować. Czytałem ostatnio kilka artykułów na podobne tematy. Jeden mówił o tym, że większa część biosfery bakteryjnej człowieka przekazywana jest od matki w trakcie normalnego porodu. Jeżeli dziecko się nie urodzi, tylko jest wycięte, to zabiera mu się cholernie ważny etap i skutki bywają rozmaite w późniejszych latach życia. Drugi mówił o tym, że w taki sam sposób zabiera się organizmowi możliwość zdobycia szczepów pożądanych bakterii (których jest OGROM i są niezbędne do życia), sterylizując wszystko dookoła. Jest zupełbym idiotyzmem sterylizowanie świata dookoła dziecka, które jest częścią tego świata i z niego pochodzi! Tak samo brud i złe bakterie są zupełnie naturalne i organizm służy do tego, by się od nich uczyć odporności! Ludzie, nie hodujcie niedorozwojów! Trzeci artykuł mówił o badaniu, które porównywało dzieci z biednych krajów, które za młodu nie miały możliwości rozwoju i trzymane były w spartańskich warunkach, ale zawsze blisko matki, zawsze przytulone. Okazuje się, że w późniejszym okresie znacznie szybciej rozwijają się i doganiają bez problemu dzieciaki, które zamiast z matką przebywały z elektroniczną nianią albo na kursie fortepianu. A na dodatek są szczęśliwsze. Mimo iż nieraz dostały w dupę, nieraz się potłukły, podrapały, jadły z ziemi, nikt im nie mówił, że mają nie biegać, bo sobie coś zrobią! Organizm potrzebuje tego wszystkiego! Zawsze tak było. Cywilizacja to zabiła, a teraz z wielką pompą "odkrywa" się "alternatywne" metody, które - eureka - pokazują, że jednak mleko matki, to nie tylko mleko, że naturalne bakterie, to nie tylko dobre szczepy z jogurtu, że zielony czy niebieski kolor uspokaja, a chodzenie na boso po kamieniach poprawia flow. Nada się w tym tonie kilka nowocześnie brzmiących słów i sprzedaje, a ludzie znów wierzą, że oszukali naturę i wydarli sobie gratisowe szczęście. A tak naprawdę ledwie skrawkami odzyskują to, co sami stracili przez swoją głupotę, lenistwo i naiwność. Płacą za coś, co kiedyś było za darmo dla każdego. Ech. Sorry, za rozpisanie się, ale niewiele rzeczy na świecie mnie tak denerwuje, niż gdy słyszę, że bakterie są niebezpieczne, że ostre jest niebezpieczne, że ciężkie jest niebezpieczne, że gorące jest niebezpieczne, że kur...! Choć z drugiej strony - to ich problem, nie mój :)
    Jeszcze coś opowiem. Biegam biegi z przeszkodami i na ostatnim Runmageddonie na samym początku rozciąłem sobie efektownie nogę, z którą to raną biegłem przez następne dwie godziny przez błota, bagna, lasy, trawę, hałdy pokopalniane, gdzie tarzałem się w pyle, wodzie z lodem, ogniu. Nieraz zachłysnąłem się błotną mazią, a czołgając się przez kanał napiłem się ze ścieku. I niczego z powyższych nie robiłem po raz pierwszy w życiu ;) Po czym zobaczyła mnie znajoma, która właśnie chucha i dmucha na swoje niedawno wycięte skalpelem sterylne dziecko i zaczęła panikować, że mam natychmiast odkazić ranę, wymyć, że ona ma jakieś specjalne chusteczki nasączone czymś-tam, jakieś środki na szybsze gojenie, na zapobieganie czemuś-tam, że będę miał gangrenę, wilka, owsiki, HIV, wyrośnie mi trzecie oko, nie wiem co. MUSIAŁEM dla świętego spokoju podejść do stacjonującej karetki i - o dziwo - zastałem jakiegoś rozsądnego lekarza, który znudzonym okiem spojrzał i powiedział, żebym sobie poszedł do domu i się po prostu umył :) Jeszcze parę godzin tak chodziłem. Kupiłem sobie kiełbaskę, siadłem na trawie i już miałem jeść, po czym owa znajoma wyciąga jakiś minizbiorniczek z dogodnym dozownikiem ze specjalnym bakteriobójczym mydełkiem, żebym sobie umył ręce przed jedzeniem. Odpowiedziałem tylko, że przed chwilą piłem wodę z kanału i bagna, więc szkoda jej mydełka. A bakterie, to ja chętnie zjadam, bo potrzebuję, niech spróbują pokonać mój system odpornościowy, bring it on, motherfucker! Dzięki nim jestem silniejszy :) Aha, i nogę nadal mam, niedługo biegnę kolejny Runmageddon. I nic tu nie jest "hardcorowe", naprawdę nic. Tak naprawdę to jest przedszkole policzone na to, żeby nic nikomu nie mogło się stać, jak wszystko dzisiaj. Jak dzieciaki za starych dobrych czasów biegały po drzewach i po budowie, to było znacznie bardziej hardcorowe, bo tam nikt nie badał, czy przypadkiem jest możliwość, że coś się komuś stanie. Tam było normalnie, tam mogło się coś stać. Ale to jest właśnie życie. A nie pieprzony inkubator niedorozwojów.

    Pokaż odpowiedzi (9)
  • Rafał(2015-09-07 18:02) Odpowiedz 647466

    Bardzo dobry artykuł. Dodałbym, że jest to robione celowo bo takimi ludźmi łatwiej jest rządzić.
    Krytykom artykułu polecam zapoznanie się ze statystykami wzrostu samobójstw.

    Najgorsze jest to że rodzice chcąc z "miłości" oszczędzić stresu dzieciom robią wszystko by dziecko żyło bezstresowo. Potem takie dziecko nie nauczone jak radzić sobie ze stresem idzie do pracy, wchodzi w związek i nie wie jak sobie poradzić.

    Pokaż odpowiedzi (2)
  • gb(2015-09-07 14:09) Odpowiedz 61072

    "Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił. A skakali do wody z wysokiego brzegu aż miło."

    A ja znam dwóch takich co skręcili, jednego co do końca życia będzie jeździł na wózku. Zna pan kogoś chorego na polio? Nie? To może nie szczepić?

    Pokaż odpowiedzi (4)
  • Anka(2015-09-09 18:49) Odpowiedz 600424

    Stek bredni. Te dzieciaki, który były z bogatszych rodzin, zawsze były wychuchane i nastawione na sukces. Te biedniejsze mniej. Ale kiedyś te biedniejsze jeździły na obozy harcerskie - teraz jeżdzą tylko te zamożniejsze. TUtaj rozwarstwienie finansowe dalo o sobie bardzo znac.
    Bicie za błędy ortograficzne??? Jasny gwint. Tak, lejmy dzieciaki. Jak wiadomo rozumu od tego przybywa co niemiara! Pytanie jest - czy ganić człowieka, który robi błędy, ale się stara i walczy? Czy raczej lenia patentowanego, który ma w nosie?
    Jedyne z czym się zgadzam to fakt, że zmienił się stosunek do porażki -kiedyś nieudana klasówka nie była porażką. Teraz uczyniono z tego katastrofę. Więc dzieciaki się boją i boja się podejmować wyzwań. Faktycznie tak jest, że jak się bęcwałowi mówi, że jest świetny, to bęcwał nie chce tego weryfikować. Ze dzieci są bardziej powierzchowne? Program szkolny mojego taty w latach 50-tych był zdecydowanie mniejszy objętościowo niż ten mój, w latach 70tych. A teraz?? Oni mają naprawdę strasznie dużo nowych informacji do ogarnięcia. Niektóre szkoły wprowadzają kursy szybkiego uczenia się, bo już naprawdę dzieciaki nie nadążają.
    I tyle. Mądraliński sprzed 40 lat.

    Pokaż odpowiedzi (4)
  • Czytelnik(2015-11-16 16:05) Odpowiedz 59655

    Artykuł początkowo nawet mi się podobał, z niektórymi tezami się zgadzam, potem było coraz gorzej aż doszedł Pan do karykatury.
    cyt:
    "Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił."
    Gratuluje autorowi fantazji wyobraźni, niestety niemal 1000 osób rocznie nie ma tyle szczęścia co Pan, większość z nich spędzi resztę życia na wózku inwalidzkim.

    Pokaż odpowiedzi (5)
  • 1987(2015-09-09 10:51) Odpowiedz 588470

    SWIETNY ARTYKUL. Szkoda ze tak duzo jest tepych glow, ktore totalnie tego problemu nie widza. Tak malo jest juz facetow z krwi i kosci (z jajami) przy ktorych kobieta moze czuc sie bezpieczna i podziwiac ta sile zewnetrzna jak i wewnetrzna. Dookola same cioty w rurkach, ktore becza jak tylko paluszek sobie przetna... Szczerze mowiac wiedzialem ze jest zle, bo widze co sie dzieje z mlodzieza, ale nie sadzilem, ze to tak daleko zabrnelo... Zal du*e sciska... Jak dobrze, ze urodzilem sie w 87, bo mialem piekne i pelne wrazen dziecinstwo!! Ta wiedze i wrazenia przekaze swojemu dziecku i zrobie wszystko by w zyciu uzywalo WYOBRAZNI i bawilo sie FANTAZJA. POZDRAWIAM tych co rozumieja :)

    Pokaż odpowiedzi (5)
  • AnnaJ(2015-09-07 15:52) Odpowiedz 57057

    Czytam, potakuję, biorę pod uwagę argumenty... aż tu nagle:
    "(...) Chłopak rozwija się w kobiecej sferze, gdzie dba się o paznokcie i ciało."
    Sądzę, że użył Pan zbyt dużego skrótu myślowego, bezdusznie stereotypowego i niesprawiedliwego.
    Naprawdę uważa Pan, że tylko w - idąc za pańską terminologią - męskiej strefie dbać można o przymioty umysłu i tężyznę fizyczną? I proszę mnie dobrze zrozumieć, nie jestem "wojującą feministką",do tzw. "kury domowej" także mi daleko. Uważam jednak, że już wystarczająco dużo mądrych ludzi napisało i opowiedziało o tym, że kobiety mają aspiracje wykraczające daleko poza zdobycie nowego lakieru do paznokci. I może już wystarczy podobnych, do cytowanego, uogólnień.

    Pokaż odpowiedzi (4)
  • Mateusz(2015-09-08 12:53) Odpowiedz 527218

    Ten artykuł jest strasznie tendencyjny i krzywdzący...jeżeli ktoś chce to niech sobie robi co mu się podoba i układa życie jak tylko mu się podoba...nikt nikomu nie będzie narzucać co ma robić, w co się ubierać i jak sobie radzić w życiu. Jak ktoś chce być przywiązany do rodziców to niech sobie będzie i wara innym od tego bo to rodzice są najważniejsi i należy o nich dbać i przy nich być jeżeli ktoś chce. Ja na przykład nie bardzo chce wyjeżdżać na studia do innego miasta bo chce być przy rodzicach. Zarówno im jak i mi jest wygodniej...oni widzą, że jestem bezpieczny i mam wszystko co potrzeba a ja czuje, że oni zawsze mogą mi pomóc gdybym sobie nie mógł poradzić. Czy jest w tym coś dziwnego? Psycholodzy jak widać nie mieli takich fajnych rodziców i próbują wylewać swoje żale w pseudoanalizach, które znajdują się w powyższym artykule. Mam bardzo dużo znajomych, których rodzice może i są jak Ci opisani w artykule ale ja nie widzę w tym nic złego...czasy się zmieniają i wszystko ewoluuje...kiedyś była moda na obozy harcerskie i na jakieś ekstremalne wycieczki a dzisiaj jest bardziej moda na relaks, prestiżową pracę i studia, na odpoczynek przy filmie czy grze. Czy to złe? Cóż..nastały inne czasy i nie da się takich kwestii ocenić. Po prostu obecnie jest inne życie, którego ludzie starszej daty i jacyś psedudopsycholodzy nie są w stanie zaakceptować "bo oni żyli inaczej i obecne życie jest złe". Zanim zacznie się uprawiać taką quasi-psychologie i wpajanie większości ludzi jakie to obecne życie jest złe i straszne to niech zajmą się swoim życiem i przeanalizują czy ich jest wspaniałe i bezbłędne...każdy ma prawo żyć jak chce i mieszkać z kim chce oraz myśleć o sobie co chce.

    Pokaż odpowiedzi (7)
  • 29(2015-09-09 13:32) Odpowiedz 52438

    Co jest złego w jeździeckich ochraniaczach na kręgosłup? Zaczynałam jeździć jako małe dziecko. Nie było jeszcze super kasków, tylko zwykłe toczki. Nie było kamizelek ochronnych. Czas mijał, ja dalej jeździłam, ale jak tylko pojawiały się możliwości zakupu bezpieczniejszego od toczka kasku, czy kamizelki ochronnej - od razu prosiłam rodziców. Naście lat temu ten sprzęt bezpieczeństwa kosztował kupę forsy, więc musiałam czekać. Bo wolałam w razie wypadku nie porozbijać się, żeby móc dalej jeździć. Na rolkach, czy rowerze kolana zdzierałam, ale kask miałam - sama sobie kupiłam z kieszonkowego. I jako dorosła kobieta - bez kasku jeżdżę tylko samochodem. Głowa jest jedna. A konsekwencje nawet głupiego upadku - mogą być też tylko jedne...

    Pokaż odpowiedzi (1)
  • Angelika(2015-09-08 12:31) Odpowiedz 522193

    Przeczytałam do połowy, nie jestem w stanie dalej czytać tych kompletnych bzdur.

    Pokaż odpowiedzi (1)
  • Joka(2015-09-07 15:38) Odpowiedz 52123

    Czesław, u mnie panuje matriarchat, bo jestem samotną matką, moje dziecko potrafi gotować, nieobca jest jej wkrętarka, a i siekierą potrafi się posługiwać, więc nie chrzan, że winny jest matriarchat

    Pokaż odpowiedzi (2)
  • Michał 1985(2015-09-08 00:14) Odpowiedz 50848

    Czy autor artykułu ma jakieś dodatkow premie za liczbę znaków w tekście? To samo dałoby się napisać w 10 akapitach. A pan Drzewiecki rozciągnął to w elaborat,który tak od połowy jest już tylko sztuką dla sztuki a nie rzetelnym artykułem prasowym. Ostatnio modna jest jazda po młodym pokoleniu,ale bez przesady proszę. Ani starsi nie są tacy super ekstra jak uważa autor ani młodzi tacy beznadziejni i pierdołowaci jak usiłuje wmówić innym.

  • kg(2015-09-08 09:25) Odpowiedz 502102

    Nie dotrwałam nawet do połowy, niestety widać w tym artykule jakieś frustracje autora, skoro tak bardzo musi się porównywać do dzieci i tym samym się dowartościowywać, tym samym widzę pewna labilność raz potępia psychologów, a raz się na nich powołuje. Sam już tytuł wskazuje, że nie przebiera w słowach i jego celem jest zwykłe obrażanie dzieciaków!

    Pokaż odpowiedzi (1)
  • sorokova(2015-09-08 19:31) Odpowiedz 501121

    Co za obornikowaty artykuł.
    Po pierwsze, jeżeli coś jest inne to nie znaczy, że gorsze.
    Po drugie, żeoby oceniać całe pokolenie to trzeba całe pokolenie poznać.
    Łabędzi śpiew wołu, który zapomniał o cielęcych czasach.

  • kolega z klasy(2015-09-07 19:43) Odpowiedz 49980

    Taki stek bzdur to moze pisac ktos kto niema wlasnych dzieci i jakos niepamietam zebys jezdzil na jakies obozy bo byl arturek i mamusia ciebie trzymala pod kloszem wiec nie osmieszaj sie takiMi artykulami bo niemasz pojecia oczym piszesz

    Pokaż odpowiedzi (2)
  • JakProwadzicLepszeZycie_pl(2015-09-08 14:18) Odpowiedz 4942

    Najważniejsze jest aktywne spędzanie czasu ze swoim dzieckiem! Wtedy dzieje się tyle niesamowitych rzeczy, że NIE JEST MOŻLIWE, abyście Ty lub Twoje dziecko niczego nowego się nie nauczyli.
    Z kolei na placu zabaw, zamiast gapić się w telefon (albo tablet, jeśli wziąłeś go ze sobą na dwór (!?!?) ), poobserwuj swoje dziecię. Zrozumiesz, jak się bawi, jak postrzega świat, jak się odnosi do innych dzieci i cudzej własności...
    W przeciwnym razie, faktycznie istnieje ryzyko, że wychowasz "pierdołę", która na dwór będzie wychodzić z tabletem, a nie z piłką, rowerem lub skakanką.

    Krystian

  • JAWA(2015-12-01 18:35) Odpowiedz 49449

    Dziwaczny tekst trudno powiedzieć o czym. Wpierw "nasze dzieci" potem, że to "Anglicy" stali się "uzależnieni od gotowych rozwiązań technologicznych oferowanych przez rynek". Wszyscy? dalej jest "kto bogatemu zabroni" czyli nie wszyscy. Co ma to z nami wspólnego? Co lęk przed pająkami ma wspólnego z zaradnością? A statystyka, że "średni skok krótszy" jaki ma związek z umiejętnością naprawy "zepsutego kontaktu czy przerwanego kabla odkurzacza"? "Zamiast dziury w ziemi są wypożyczane toi toie" no tak, lepiej żeby kilkadziesiąt osób robiło do dołu, tak jest przecież higienicznie. "Dziś na lekki ból gardła dzieciaki dostają antybiotyki" w jakiej aptece sprzedają antybiotyki bez recepty ? "Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił" taak, może i przez jezdnię przechodzić na czerwonym świetle... "a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał" coraz lepiej, kiedyś wszelkie dysfunkcje nie tylko nie były tak popularne jak dziś, ale nie były też rozpoznane – co w pełni usprawiedliwiało przemoc wobec dzieci? Ech, piękne, złote czasy, gdy można było wyładowywać frustrację za własne niepowodzenia wychowawcze na dziecku… (komentarz zapożyczony z innej strony) "Chłopak rozwija się w kobiecej sferze, gdzie dba się o paznokcie i ciało" bo przecież powinien chodzić ostentacyjnie niechlujny, z brudem za paznokciami. Takimi po kilka centymetrów. Zaś mieszkanie z rodzicami może wynikać z różnych przyczyn (choroby rodzica albo dziecka chociażby).

    Pokaż odpowiedzi (1)
  • Staroświecka(2015-09-08 16:41) Odpowiedz 485448

    Świat się zmienia, zachowania ludzkie także. Prawdopodobnie spora część internautów uzna artykuł za bezpodstawny bełkot,ale nie czarujmy się - będą to właśnie rodzice tych bananowych, wychuchanych dzieci, dla których wartości takie jak rodzina, samorealizacja czy choćby pomoc drugiemu człowiekowi nie stanowią już żadnych wyznaczników. Obym stanęła na wysokości zadania i wychowała swoje pociechy w myśl powiedzenia " Jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz", abym mogła spokojnie się zestarzeć, wiedząc że poradzą sobie w życiu, kiedy mnie już zabraknie.

  • Margaret(2015-12-09 06:02) Odpowiedz 3723

    Bardzo slaby artykul, ludzie sa po prostu leniwi a tutaj zwracaja uwage na geny ....niestety ale charakter sie ksztaltuje cale zycie i mozna naprawde duzo osiagnac tylko trzeba chciec..

    Pokaż odpowiedzi (1)
  • XYZ(2015-12-07 23:16) Odpowiedz 3642

    Znalezione w sieci "Rafał Drzewiecki – Oszust z Dziennika Gazety Prawnej. W piśmie Dziennik Gazeta Prawna nr 83/84 pan ten wyrokuje: >Nieufność to narodowa wada genetyczna Polaków.< Postawił taką tezę i za wszelką cenę usiłuje jej dowieść. Wyszukuje badań, których wyniki by to potwierdzały i przeprowadza wywiady z naukowcami, z których na siłę wyciąga potwierdzenie swojej teorii. Świetną ilustracją fałszywego zamysłu autora jest akapit pt. Sprzedawca chce zawsze oszukać klienta. Pan Drzewiecki próbuje to udowodnić podając dane z badania firmy Millward-Brown: „Co piąty ankietowany sprzedawca jest przekonany o nieopłacalności pełnej uczciwości wobec klienta”. Czyli dla niego co piąty = wszyscy! Dalej: „Dla 42% sprzedawców ważniejsza jest sprzedaż niż etyczne zachowanie”. To prawdopodobnie znaczy, że dla 58% sprzedawców ważniejsze jest etyczne zachowanie. Tak? To znaczy, że 42%, czyli mniejszość, dla Rafała Drzewieckiego = wszyscy! A 58% = nikt."

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Polecamy

Wiadomości branżowe

Tylko na Forsal.pl

Infografiki, wykresy, mapy

Opinie

Najnowsze galerie »

wszystkie »

Finansopedia forsal.pl

popularnenajnowsze