Nie ma wątpliwości, że banki mniej na nas zarabiają, ale nie wszyscy klienci korzystają na tym w równym stopniu. Największymi wygranymi są użytkownicy najdroższych produktów bankowych: kredytów konsumpcyjnych. Powód? Większość z nich – zarówno pożyczki gotówkowe, jak i np. karty kredytowe – mają oprocentowanie zbliżone do górnego limitu, na jaki pozwala nasze prawo, czyli czterokrotności stopy lombardowej NBP. Gdy trzy–cztery lata temu ta stopa wynosiła, a nawet przekraczała 6 proc., maksymalne oprocentowanie wynosiło 24–25 proc. Teraz żaden kredyt nie może mieć odsetek większych niż 10 proc. w skali roku. A jeszcze niewiele ponad rok temu limit wynosił 16 proc.

Wszystkie instytucje, dla których segment tzw. consumer finance jest ważny (a jest niemal dla wszystkich, bo chociaż dochody z kredytów konsumenckich spadły, to nadal jest to być może najbardziej dochodowa część biznesu), mają sporą dziurę w przychodach, którą tylko w części mogą skompensować niższymi kosztami finansowania.

Za kredyty mniej płacą również klienci „hipoteczni” oraz firmy. Przeciętne oprocentowanie nowego kredytu hipotecznego nie przekraczało w ostatnich miesiącach 4,4 proc. wobec 7,0 proc. trzy lata temu. W kredytach dla firm różnica jest jeszcze większa – w październiku 2012 r. przeciętne oprocentowanie wynosiło 6,8 proc. Według ostatnich danych NBP za sierpień było to niecałe 3,5 proc.

>>> Czytaj też: Władcy pieniędzy. Po co nam banki centralne?

– Kredyty dla firm w Polsce są dziś niezwykle tanie, szczególnie w porównaniu z innymi europejskimi krajami – mówił przy okazji prezentacji wyników za III kwartał Fernando Bicho, wiceprezes Banku Millennium. W ten sposób tłumaczył, dlaczego w jego instytucji wartość kredytów dla firm w minionych trzech miesiącach spadła. Nie wszyscy jednak rezygnują z pożyczania pieniędzy firmom. W konsekwencji kredyty na inwestycje rosną w tempie 8–9 proc. w skali roku.

W związku z ustawową obniżką stawek interchange, czyli opłat za transakcje dokonywane kartami płatniczymi, przez kilka miesięcy spadek miał miejsce również w drugim co do znaczenia źródle przychodów banków – w prowizjach. W III kwartale banki zdołały jednak odwrócić niekorzystny dla nich trend: przychody z prowizji wprawdzie symbolicznie, ale już wzrosły. Jednym ze sposobów były podwyżki tych opłat, które nie są regulowane, np. za korzystanie z rachunków bankowych. NBP, który monitoruje ceny usług związanych z prowadzeniem rachunku, napisał w analizie dotyczącej I półrocza, że „było (ono) okresem dość istotnych zmian cenowych, widocznych w taryfach banków i odczuwalnych przez klientów”.

Dzisiejsza sytuacja w gospodarce i bankach nie sprzyja również oszczędzającym. Przeciętne oferowane przez banki oprocentowanie to ok. 1,6 proc. Obniżanie stawek dla deponentów to jeden ze sposobów ograniczania skali spadku zysków. I to dość skuteczny: w III kwartale przychody odsetkowe banków (głównie oprocentowanie kredytów) spadły o niecałe 15 proc. Za to koszty (przede wszystkim odsetki płacone klientom) – o ponad 27 proc. W efekcie wynik odsetkowy spadł „tylko” o 7 proc.

Bankowcy nie spodziewają się, by w najbliższym czasie wyniki kierowanych przez nich instytucji mogły się wyraźnie poprawić. Raczej mogą pójść w dół. O wzroście prawdopodobieństwa obniżek stóp procentowych, które zmniejszyłyby dochody banków, mówił ostatnio np. Mateusz Morawiecki, prezes Banku Zachodniego WBK (który jest w tej szczęśliwej sytuacji, że chociaż także notuje spadek zysków, to wyraźnie mniejszy niż średnia w sektorze). Innym czynnikiem, który obniży wyniki, może być podwyżka obowiązkowych opłat na Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Dodatkowo banki muszą wyłożyć kilkaset milionów złotych na tworzony właśnie fundusz wsparcia dla osób, które mają problemy ze spłatą kredytów mieszkaniowych. To wszystko będzie jednak stosunkowo mało istotne, jeśli Prawo i Sprawiedliwość zrealizuje swoje zapowiedzi wprowadzenia podatku bankowego lub też uchwalona zostanie ustawa o przewalutowaniu kredytów frankowych.

>>> Czytaj też: Zimna wojna walutowa. Banki centralne mają w zanadrzu broń masowego rażenia

Lepiej spłacamy kredyty, ale nie te frankowe

Niskie stopy procentowe są wprawdzie dla banków niekorzystne, bo obniżają ich dochody, ale jednocześnie sprzyjają rozwojowi akcji kredytowej i pozwalają na zmniejszanie udziału złych kredytów w portfelu. Ta zasada sprawdza się również obecnie. Jak wynika z najnowszych danych banku centralnego, tzw. należności z utratą wartości stanowiły we wrześniu 7,9 proc. ogólnej kwoty należności od sektora niefinansowego (firm i gospodarstw domowych). To najlepszy wynik od lutego 2010 r. W przypadku gospodarstw domowych odsetek złych kredytów to 6,5 proc., w kredytach dla firm – 10,6 proc.

W każdej grupie klientów banków poprawa byłaby wyraźniejsza, gdyby nie kredyty walutowe.

Problem jest najbardziej widoczny w hipotekach. Jakość kredytów złotowych w ostatnich miesiącach wprawdzie się nie poprawia, ale i nie pogarsza. Popsuły się natomiast nieco portfele walutowe – dotyczy to szczególnie należności denominowanych we frankach szwajcarskich. Jeszcze niewiele ponad rok temu udział złych kredytów nie przekraczał tu 3 proc. Po styczniowej decyzji Narodowego Banku Szwajcarii o rezygnacji z utrzymywania dotychczasowego poziomu franka do euro i umocnieniu helweckiej waluty odsetek złych kredytów podskoczył do 3,6 proc. We wrześniu – to ostatni miesiąc, dla którego są dostępne dane – udział złych kredytów frankowych zmniejszył się do 3,5 proc., a wartość takich kredytów spadła poniżej 5 mld zł. W sumie niespłacane na czas kredyty mieszkaniowe warte były w końcu września 12,4 mld zł, o 1,3 mld zł więcej niż rok wcześniej i o 2,5 mld zł więcej niż we wrześniu 2013 r.

W przypadku kredytów konsumpcyjnych udział należności z utratą wartości wynosi w ostatnich miesiącach 12,2–12,3 proc., najmniej od jesieni 2009 r. Tu poprawa była w ostatnich latach najbardziej widoczna, ale ostatnio pozytywna tendencja uległa zahamowaniu.

Niespłacane kredyty przekładają się na wyniki finansowe banków: trzeba tworzyć na nie rezerwy, co pomniejsza zyski. Te rezerwy w skali roku wynoszą ok. 8 mld zł.