Pierwszym, który wieszczył upadek kapitalizmu, był Karol Marks. I to już w połowie XIX w. Polemizować z nim łatwo. Zazwyczaj odbywa się to nawet bez czytania jego opasłych i uważanych za mętne tomiszczy. Co ciekawe – większość z tych, którzy odważyli się z pracami Niemca na poważnie zmierzyć, kończy lekturę w nastroju niespodziewanego i dość pozytywnego zaskoczenia. Przyznając, że filozof z Trewiru (a potem Londynu) sporo z otaczającego go wczesnego kapitalizmu rozumiał. I potrafił opisać wiele trawiących go od wewnątrz sprzeczności.

Jak choćby zjawisko ciągłego rozwoju technologicznego i geograficznego, które goniący za zyskiem kapitalizm bezsprzecznie ze sobą niesie. Sprawia to, że kapitalistyczne firmy coraz bardziej od siebie zależą. Choćby jako dostawcy (oraz wszelkiej maści poddostawcy) i kupcy. Tworzy to wymóg coraz większej koordynacji działań. Chodzi o dostęp do surowców, siły roboczej, technologii lub kapitału potrzebnego do prowadzenia działalności wytwórczej. I tu wielu kapitalistów natrafia na problem w postaci prywatnej własność środków produkcji, które skoncentrowane są w rękach nielicznych. Dochodzi więc do zderzenia. Z jednej strony są hierarchiczne i racjonalne firmy kapitalistyczne (Marks był ich wielkim zwolennikiem), z drugiej – spontaniczny i pełen niedoskonałości rynek. Rozwiązaniem tego problemu miała być – według Marksa – jakaś forma centralnego planowania. Które pozwoli na bardziej racjonalną i bardziej sprawiedliwą alokację zasobów. To przejście od kapitalizmu do socjalizmu miało być pierwszym krokiem społecznego postępu. Kolejny to komunizm, gdy z gry będzie mogło się wycofać nawet samo państwo.

Historia potoczyła się inaczej. Albo lepiej powiedzieć, że scenariusz Marksa ziścił się częściowo. Bo przecież jakaś forma strategicznego planowania i regulowania gospodarki jest obecna nawet w tych państwach, które uchodzą za wolnorynkowe. Nie wypalił natomiast eksperyment uczynienia z socjalizmu oficjalnego porządku gospodarczego w krajach bloku sowieckiego. Pytanie „dlaczego” zostawmy historykom. Z których większość (zwłaszcza w Polsce) dowodzi, że realny socjalizm po prostu nie miał szans na realizację. I upadł, bo był sprzecznym z naturą ludzką potworkiem. Są jednak i tacy, którzy podnoszą, że carska Rosja (i powojenna Polska też) nie dojrzała do rewolucji komunistycznej pod względem struktury gospodarczej. Mówiąc krótko: Marks miał rację, że kapitalizm pęknie. Pomylił się jednak co do miejsca. A gdyby do skutecznej antykapitalistycznej rewolucji doszło w uprzemysłowionej Wielkiej Brytanii, USA czy Niemczech, to rozmowa byłaby zupełnie inna. Może nawet już dziś żylibyśmy w systemie postkapitalistycznym.

Trochę mniej niż sto lat po Marksie swoją autorską wizję upadku kapitalizmu rozwijał Joseph Schumpeter. Genialny i zakochany w sobie samym (z wzajemnością) Austriak, który po wojnie trafił na Uniwerstytet Harvarda i szybko stał się jego żywą legendą. Schumpeter – podobnie jak Marks – był zafascynowany żywotnością kapitalizmu. Tylko że to właśnie ta dynamika miała być zwiastunem rychłego upadku tego systemu. Bo nieustannie prowadziła do wzrostu skali biznesowych przedsięwzięć i rozwoju olbrzymich międzynarodowych korporacji. Te molochy nieuchronnie kostnieją oraz obrastają w pancerz biurokracji, co prowadzi do utraty przez nie pierwotnej dynamiki. To z kolei blokuje drogi rozwoju przedsiębiorczym następcom, co poprowadzi nas ostatecznie w kierunku nowego feudalizmu lub socjalizmu wieszczonego przez Marksa.

>>> Polecamy: Korporacyjny Wielki Brat, era freelancerów i koniec umów o pracę. Witamy w 2022 roku

Ale i Schumpeter się pomylił. Oczywiście częściowo jego wizja urzeczywistniła się. Rozrosły się globalne korporacje, niektóre stały się faktycznymi monopolistami (Google) lub oligopolami (spójrzmy choćby na superskoncentrowany światowy rynek produkcji piwa). Wszystkie te korporacje opanowały też do perfekcji likwidowanie w zarodku (zwykle drogą wchłaniania) potencjalnej konkurencji (to z kolei domena rynku nowych technologii). Ale mimo tych wszystkich zastrzeżeń nadal żyjemy w kapitalizmie. I ten kapitalizm kręci się całkiem nieźle. Takie przynajmniej panowało przez ostatnich kilka dekad przekonanie. Dopiero kryzys 2008 r. i podążająca za nim fala kolejnych kłopotów (kryzys zadłużeniowy, migracyjny, wielka stagnacja) na nowo ożywił zainteresowanie przyszłością kapitalizmu. I tym, czy może dziadunio Marks czy przemądrzały Schumpeter nie mieli trochę racji. Tylko że ich teorie zbyt szybko zostały uznane za skompromitowane i nader pospiesznie odesłane na śmietnik historii idei.

Trzy drogi

„Czy kapitalizm ma przyszłość?”. To tytuł książki wydanej w 2013 r. A niedawno przetłumaczonej na polski. Wśród jej autorów znajdziemy kilka ważnych nazwisk z pogranicza ekonomii, socjologii i nauk politycznych. Najbardziej znany to oczywiście Immanuel Wallerstein. Twórca popularnej (zwłaszcza na lewicy) teorii systemów-światów. Z której wynika, że zwycięstwo kapitalizmu w XVII–XVIII w. doprowadziło do ukształtowania globalnego podziału na bogate centrum i ubogie peryferie. I tak na dobrą sprawę nikt do dziś nie jest w stanie się z tego systemu wyłamać. O tej części twórczości Wallersteina pisaliśmy w jednej z poprzednich odsłon „Podręcznika nowej ekonomii”. Trzeba jednak powiedzieć, że od wielu lat Wallersteina zajmuje coś innego. Jego obsesją jest teraz odpowiedź na pytanie: co po kapitalizmie?

Bo że schyłek tego systemu jest bliski, nie ulega dla socjologa z Yale wątpliwości. Skąd ta pewność? Cóż, według Wallersteina przez większą część swojej historii kapitalizm dobrze spełniał przypisaną mu funkcję. To znaczy był bardzo skutecznym narzędziem generowania zysku przez prywatne podmioty. I to właśnie w oparciu o ten zysk zbudowany został ład społeczny, który znamy. Źródła tego zysku się jednak wyczerpały. Bo kapitał nie ma już dokąd uciekać w poszukiwaniu tańszej pracy i nie jest w stanie kolonizować nowych dziedzin życia wolnych dotąd od logiki ekonomizacji. Bo już wszystko skolonizował. Doszliśmy więc do przysłowiowej ściany. I to dlatego kapitalizm – tak mniej więcej od lat 70. – tkwi w kryzysie strukturalnym. To dreptanie w miejscu budzi coraz większe zniechęcenie. A zniechęcenie wkrótce może doprowadzić do obalenia kapitalizmu. I to wcale nie przez swoje ofiary – czyli biednych i wykluczonych. Decydujący cios zadadzą mu sami kapitaliści. Rozczarowani tym, że zabawka się zepsuła. A system przestał umożliwiać im dalszą akumulację kapitału. Żywot kapitalizmu jaki znamy, zdaniem Wallersteina, nie potrwa długo – 20, może 40 lat. Bardzo prawdopodobne, że spora część czytelników tego tekstu zdąży się jeszcze załapać na życie w zupełnie nowym ustroju gospodarczym.

Jaki on będzie? Socjolog nie udaje, że wie dokładnie. Szkicuje kilka scenariuszy. Dwa pierwsze opierają się na utrzymaniu dotychczasowego układu władzy. Wallerstein nazywa je drogą obozu Davos – od miejsca spotkań globalnych elit współczesnej gospodarki. Wedle pierwszego zmienia się niewiele. Bogaci i potężni niczym się z nikim nie dzielą. Tylko przykręcają śrubę biedniejszym i przy użyciu wszystkich dostępnych środków represji dławią wszelkie przejawy niezadowolenia. Po drodze ich ofiarą pada też klasyczna XIX-wieczna demokracja z jej powszechnym prawem wyborczym. Drugi scenariusz to zmiana lampedusowska. Od nazwiska włoskiego pisarza i autora bon motu, że „wiele musi się zmienić, by wszystko pozostało tak, jak jest”. To droga drobnych, choć jedynie pozornych zmian w stylu „więcej równości, zielonej gospodarki albo merytokracji”. Trochę taka gra na czas obliczona na przeczekanie i samonaprawienie się kapitalistycznej zabawki.

>>> Czytaj też: Dlaczego to właśnie Europejczycy, a nie Azjaci zawładnęli światem?

Druga odpowiedź została przez Wallersteina nazwana drogą obozu z Porto Alegre (od miejsca pierwszych alterglobalistycznych spotkań). Rozpięta między odpowiedzią horyzontalistów – tych, którzy chcą poszerzenia debaty i szukania kompromisu między grupami o bardzo odmiennych interesach. Może jakiejś formy rządu globalnego. Oraz (z drugiej strony) tymi, którzy uważają, że priorytetem jest krótkookresowy i autentyczny wzrost gospodarczy w krajach biednych, który wzmocni ich pozycję przed ostateczną zmianą całego systemu. Jeśli trzeba, to nawet kosztem nas, bogatego świata Zachodu.

Nieco inaczej przyszłość kapitalizmu widzi z kolei Randall Collins z Uniwersytetu Pensylwanii. Też mocne nazwisko w amerykańskiej socjologii i jeden z niewielu niemarksistowskich teoretyków konfliktu społecznego. W książce „Czy kapitalizm może przetrwać” Collins pisze o bardzo wyraźnej pułapce, przed którą stoimy. Tą pułapką jest koniec pracy dla klasy średniej. Obserwowane od mniej więcej 20 lat zjawisko wypierania kolejnych zajęć należących dotąd do białych kołnierzyków (w Polsce mówimy pracownicy umysłowi) przez postęp technologiczny. Głównie komputeryzację.

Sytuacja jest trochę bez wyjścia. Bo albo postęp będzie trwał, generując zyski napędzające kapitalizm, ale też – jako produkt uboczny – będzie tworzył coraz większe rzesze zbędnych i pozbawionych środków do życia ludzi. Albo nastąpi jakaś próba zastopowania tego postępu lub zaopiekowania się tymi zbędnymi. Ale wtedy to już będzie bardziej socjalizm (choć może pod inną nazwą) niż kapitalizm.

Podejście Collinsa tak naprawdę nie ma wiele wspólnego z socjalizmem utopijnym. On nie dowodzi, że postkapitalizm zadowoli wszystkich. Prawdopodobnie nie zadowoli nikogo. Bo ani nie zakończy nierówności ekonomicznych, ani nie sprawi, że relacje pomiędzy państwami staną się bardziej pokojowe. Dla Collinsa ten scenariusz jest więc czymś w rodzaju mniejszego zła. Niedoskonałym systemem gospodarczym, którego największa siła polega na tym, że jest lepszy od straszliwej wizji świata pełnego ludzi zbędnych i rywalizujących o okruchy z pańskiego stołu nielicznych uprzywilejowanych.

Propozycja Collinsa powinna również zadowolić tych, którzy z niepokojem patrzą na te wszystkie antyrynkowe rozważania. „Jest bardzo prawdopodobne, że w dalekiej przyszłości – powiedzmy w XXII w. – dojdzie do ponownych narodzin rynku. Jeżeli gospodarka planowa na to pozwoli (prawdopodobnie w liberalnych systemach mieszanych tak będzie), pokusa ze strony inwestycji znów się pojawi. Pojawią się też nowe formy spekulacji. Nie można też wykluczyć prorynkowych rewolucji” – pisze. Ale to też nie będzie żaden koniec historii. Bo jeżeli kapitalizm zostanie odbudowany, to rzecz jasna z tą samą tendencją do samozniszczenia. „Sumując. Daleka przyszłość – bez względu na to, ile stuleci naprzód można sobie wyobrazić – będzie serią przesunięć między słabościami centralnie planowanego scentralizowanego państwa a rozprzestrzeniającą się gospodarką rynkową. I tak w kółko” – uważa Collins.

Z kolei Michael Mann, emerytowany ekonomista z Uniwersytetu Kalifornijskiego, przyszłość kapitalizmu widzi ogromną. Ale jednocześnie straszliwą. Bo można sobie wyobrazić, że kapitalistyczne przedsiębiorstwa realizują zysk drogą dalszej ekspansji na rynki tzw. gospodarek wschodzących. To z resztą już od pewnego czasu się dzieje (kto nie wierzy, niech popatrzy na rosnący udział regionów takich jak Azja czy Ameryka Południowa w zyskach największych korporacji).

Ta ekspansja oznacza – zdaniem Manna – pogłębianie kryzysu środowiskowego. Który jest czymś w rodzaju kosztu zewnętrznego trzech wielkich osiągnięć epoki nowożytnej: kapitalizmu, państwa narodowego i praw obywatelskich. Sytuacja przypomina pułapkę bez wyjścia. Każda próba proekologicznych regulacji będzie owocowała zmniejszeniem dynamiki wzrostu i silnej ingerencji w wolność jednostki (ludziom będzie trudno pożegnać się z prawem do nieograniczonej konsumpcji). Na domiar złego uboższe kraje powątpiewają w szczerość intencji krajów najgłośniej perrorujących na temat klimatycznego armagedonu. I widzą w tym (nierzadko słusznie) interesy skupionych w tych krajach wielkich producentów zielonych rozwiązań technologicznych. Z tego zaklętego kręgu będzie więc bardzo trudno się wyrwać. Rozwiązania regionalne – na przykład na poziomie Unii Europejskiej – są oczywiście ciągle możliwe. Ale od czasu wybuchu kryzysu (który odgrywa tu rolę symbolicznego noża na gardle) coraz trudniejsze do praktycznej realizacji. Mann (i nie on jeden) rysuje scenariusz pogłębiającej się katastrofy ekologicznej. Lub (być może nawet gorszej) próby sił pomiędzy relatywnie uprzywilejowanym Zachodem a resztą świata. Która przyniesie głód wśród masowych uchodźców albo wojny o surowce. W tym sensie nazwy nie są tu ważne. Bo niezależnie od tego, czy nowy porządek nadal będziemy nazywać „kapitalizmem”, „socjalizmem” czy „faszyzmem”, to nie będzie on wizją pod żadnym względem pozytywną.

>>> Czytaj też: Kapitalizm jak narkoman "na głodzie". Władza finansjery jest niepodzielna

Atmosfera zmian

Wielu czytelników może oczywiście uznać te wszystkie rozważania jako pozbawioną podstaw szarlatanerię. Inni z kolei za niepotrzebne straszenie. Ale w sumie nie o to w tym wszystkim chodzi. Rzecz polega raczej na uchwyceniu pewnej atmosfery, która przebija przez teksty opublikowane w książce „Czy kapitalizm ma przyszłość”. I w wielu innych publikacjach na podobne tematy, których sporo się ostatnio wydaje (co zdeklarowanych prorynkowców powinno przekonywać, w końcu lubią głosić, że podaż kreuje swój własny popyt).

Mam tu na myśli coraz silniejsze poczucie, że po kryzysie 2008 r. nie ma powrotu do status quo sprzed jego wybuchu. „Politycy, ruchy społeczne i komentatorzy w środkach masowego przekazu będą pewnie w rozterce, starając się przeprowadzić nas przez nadchodzące lata z pomocą starego konwencjonalnego rozsądku” – piszą Wallerstein i spółka, snując wizję tego, jak będzie wyglądała przyszłość. Wieszcząc jednoczesne słabnięcie rządów i wielkich korporacji. Oraz coraz szersze rzesze oburzonych, którzy nie będą jednak tak naprawdę przekonani, przeciwko czemu powinni protestować, czego się domagać ani z kim się sprzymierzyć.

Ci, których martwi pojawienie się postkapitalizmu, z całą pewnością się mylą. Ale mylą się również ci, którzy uważają, że postkapitalizm przyniesie raj na ziemi. Krótko mówiąc, końca świata nie będzie. Ale zmiana przyjdzie na pewno.