„Przedłożone przez wykonawcę dokumenty zawierają wiele błędów merytorycznych oraz nie spełniają założeń przyjętych w wymaganiach operacyjnych (...). Ponadto wykonawca zwrócił się z prośbą o przesunięcie terminu opracowania nowej dokumentacji o 18 miesięcy (...). W resorcie obrony analizowana jest zasadność dalszej realizacji tego projektu” – napisał dwa tygodnie temu w odpowiedzi na interpelację poselską Czesław Mroczek, były już wiceminister obrony narodowej.

>>> Czytaj też: Zbrojeniówka - nowy hit eksportowy Państwa Środka. Chińska broń idzie w świat

Interpelacja dotyczy programu Gepard, czyli opracowania wozu wsparcia bezpośredniego. Projektowi przewodzić miał Ośrodek Badawczo-Rozwojowy Urządzeń Mechanicznych. Dotychczas z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju przeznaczono na te prace ponad 32 mln zł. Inwestycja ma jednak minimalne szanse na powodzenie.

To już kolejny przypadek, gdy polski przemysł zbrojeniowy podejmuje się zadań, którym nie potrafi sprostać. Pod koniec ubiegłego roku MON zdecydowało o tym, że podwozia do armatohaubicy Krab kupimy od koreańskiego Samsunga (koszt to ok. 1 mld zł). Wcześniej wadliwe egzemplarze dostarczyła fabryka Bumar-Łabędy. Na jeszcze wcześniejszym etapie jest postępowanie dotyczące modernizacji czołgów Leopard 2 A4 – tutaj ponad rok temu polski przemysł złożył ofertę, którą resort obrony odrzucił.

Wciąż słyszymy zapewnienia, że spółki z Polskiej Grupy Zbrojeniowej zaraz przedstawią kolejną propozycję. Muszą jedynie ustalić między sobą, kto i co dokładnie będzie robił. Postępowanie jest na mieliźnie.

Podobnie przez lata było z korwetą Gawron, która po kilkunastu latach budowy wreszcie w tym roku została zwodowana jako... patrolowiec Ślązak. Do tego dochodzi także nieudany projekt budowy polskiego czołgu Anders. Lista porażek jest długa.

Przyczyn niemocy polskiego przemysłu zbrojeniowego jest kilka. – Generalnie, poza kilkoma wyjątkami jak np. Rosomak, WB Electronics czy PIT Radwar, jest on zacofany technologicznie. Tak naprawdę nie chcemy się dogadywać z partnerami z zagranicy. Do tego wiele istotnych decyzji jest blokowanych przez związki zawodowe – ocenia gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca wojsk lądowych.

Na pewno istotny jest także brak elementarnej konsekwencji wśród polityków. Kolejne programy są rozpoczynane, w trakcie zmieniane są wymagania bądź zmienia się koncepcja. Zdarzają się również przypadki ich wstrzymywania do nadejścia następnego rządu. Tutaj przykładem służy rozpoczęta w 2001 r. budowa wspomnianej korwety Gawron. Trwała 15 lat, pochłonęła prawie miliard złotych, by zakończyć się powstaniem patrolowca. Turcja, kraj często stawiany jako wzór obudowy przemysłu zbrojeniowego, przyjęła zupełnie inną strategię. Tam 15-, 20-letnie programy są realizowane z żelazną konsekwencją.

– Problemy polskiego przemysłu zbrojeniowego biorą się również z jakości zarządzania w firmach. W ubiegłych latach była to przewaga polityki PR nad polityką konkretu – stwierdza poseł Jerzy Polaczek (PiS). Bardziej dosadny jest prezes największej prywatnej polskiej firmy zbrojeniowej WB Electronics. – Różnica między prezesem państwowej spółki a prywatnej jest taka, że temu drugiemu zawsze zależy na interesie spółki i klientów. Jeśli prywatny robi coś źle, to ponosi konsekwencje, w najgorszym wypadku zbankrutuje. Z kolei prezes np. PGZ takiej odpowiedzialności nie ponosi. Jeśli jest nieuchronność ponoszenia konsekwencji za błędy, to przedsiębiorstwo działa lepiej – stwierdza Piotr Wojciechowski. Takie podejście działa także w dół – pracownicy firmy doskonale wiedzą, kiedy ich praca ma znaczenie, a kiedy wystarczy to, że będą ją markować.

>>> Czytaj też: Wojsko, budżet i geopolityka. Kto dzisiaj wygrałby wojnę światową?

Nie bez znaczenia jest to, że polskie firmy zbrojeniowe często podejmują się zadań, o których z góry wiadomo, że są w praktyce nie do zrealizowania. Tak właśnie jest z Gepardem. Mimo to OBRUM miał pieniądze na kolejne lata trwania i utrzymywania miejsc pracy– bo NCBiR może pokazać, że wspiera polską innowacyjność, a MON, iż chce kupować w polskim przemyśle. Efekt będzie taki, że produkt i tak kupimy za granicą, a pieniądze się rozejdą. Szanse na to, że ktokolwiek poniesie konsekwencje za zmarnowanie kilkudziesięciu milionów złotych, są minimalne.