Amerykańscy politycy wysłali w świat bardzo ważny sygnał – jeśli zajdzie taka potrzeba, nasza branża może zacząć wysyłać ropę w dowolny zakątek świata. Problem polega jednak na tym, że Kongres podjął decyzję zbyt późno, aby miało to fundamentalne znaczenie zarówno dla światowych cen ropy, jak i dla kondycji samej branży – przynajmniej w krótkoterminowej perspektywie.

Nafciarze z USA lobbowali za zniesieniem zakazu już dwa lata temu, kiedy ropa kosztowała ponad 100 dol. za baryłkę. W takich warunkach wydobycie z formacji łupkowych było bardzo opłacalne. Dzisiaj jednak cena czarnego złota to mniej niż 40 dol. za baryłkę. Przyjmuje się, że jest to wartość graniczna, poniżej której sprzedaż ropy pozyskiwanej z formacji łupkowych odbywa się ze stratą. Nafciarze nie mają jednak innego wyjścia – muszą pompować surowiec, aby pokryć swoje zobowiązania finansowe zaciągnięte na poszukiwania ropy i rozruch instalacji wydobywczych. Nie będą jednak uruchamiać nowych odwiertów, a nierentowne zamkną. Amerykański Departament Energii przewiduje, że dzienna produkcja ropy w USA, sięgająca 9,5 mln baryłek, spadnie w styczniu o 116 tys. baryłek.

>>> Czytaj też: Tak taniej ropy nie było od 2004 roku

Amerykańska ropa nie zaleje międzynarodowych rynków także z innych względów. Obecnie nieatrakcyjnie prezentuje się eksport do Europy, bowiem różnica w cenie między baryłką ropy West Texas Intermediate a baryłką ropy typu brent jest mniejsza niż 3 dol., czyli szacunkowy koszt transportu jednej baryłki z jednego brzegu Atlantyku na drugi. Dopóki ceny nie wzrosną, nafciarzom z USA nie będzie się opłacało wysyłać swojego produktu za granicę. Ponadto branży zależało na możliwości handlu ropą za granicą nie tylko przez wzgląd na nowe rynki zbytu, ale przede wszystkim dlatego, że z formacji łupkowych wydobywana jest lekka odmiana – a tymczasem branża naftowa w USA (zwłaszcza rafinerie nad Zatoką Meksykańską) wyspecjalizowała swoje instalacje w przerobie odmian cięższych, pochodzących z Wenezueli i Meksyku. To oczywiście sprawiło, że nafciarze znad Zatoki nie byli tacy chętni do kupowania ropy z łupków, co wpłynęło na dalszą obniżkę cen. Z tego względu ukierunkowanie na eksport do klientów szukających lekkich odmian ropy miało zahamować spadek cen i wpłynąć na opłacalność produkcji. Tak się jednak nie stało.

Zwolennicy zniesienia zakazu argumentują jednak, że w perspektywie długoterminowej będzie on korzystny dla amerykańskiej gospodarki. W tym kontekście mówi się między innymi o nowych miejscach pracy, chociaż ich liczba jest trudna do oszacowania (wspomina się o 600 tys., a nawet o milionie nowych miejsc pracy). To jednak zależy od dwóch czynników: po pierwsze od tego, ile jeszcze i jak łatwo dostępnej ropy z łupków jest w Stanach. Po drugie od cen na światowych rynkach.

Zakaz eksportu ropy naftowej w USA wprowadzono w 1975 r. w reakcji na kryzys naftowy. Wywołany był on embargiem na sprzedaż surowca Stanom Zjednoczonym, jakie nałożyły kraje zrzeszone w kartelu OPEC w reakcji na poparcie udzielone przez USA Izraelowi w trakcie wojny Jom Kippur w 1973 r. Zakaz nie obejmował jednak całości produkcji; do wyjątków należała m.in. ropa wydobywana na Alasce wysyłana do przeróbki w Kanadzie (na co potrzebne było pozwolenie Departamentu Handlu), jak również bardzo lekka ropa sprzedawana do Meksyku. To sprawiło, że eksport ropy z USA sięgnął na początku tego roku 600 tys. baryłek dziennie, czyli więcej niż eksport Ekwadoru (we wrześniu zmalał jednak do 409 tys. baryłek). I co najważniejsze: amerykańskie koncerny nie mogły sprzedawać na świecie ropy, ale mogły handlować jej przetworami, czyli benzyną, olejem napędowym itd.

Z powyższych względów zniesienie zakazu nie przyczyni się do spadku cen ropy w takim stopniu, jak chociażby decyzja krajów należących do kartelu OPEC z początku tego miesiąca o porzuceniu dziennych limitów produkcyjnych (dotychczasowy limit w wysokości 30 mln baryłek dziennie i tak nie był dotrzymywany).

To wszystko sprawia, że dotychczasowi producenci muszą nauczyć się żyć z niskimi cenami ropy. To oczywiście oznacza konieczność dostosowania państwowych budżetów, często mocno uzależnionych od petrodolarów, do realiów naftowego rynku. Przykładem jest chociażby Arabia Saudyjska, której deficyt budżetowy na skutek spadku wpływów z ropy w tym roku wyniósł 20 proc. PKB. Saudowie planują na przyszły rok cięcia – głównie w inwestycjach infrastrukturalnych – które pozwolą im obniżyć deficyt do mniej więcej 14 proc. PKB. W następnych latach chcą jednak przeprowadzić w kraju wiele reform, które mają na celu m.in. wprowadzenie podatku VAT i zaprzestanie subsydiowania cen paliw, a także wymuszenie większej efektywności energetycznej – zwłaszcza na gospodarstwach domowych. Rijad jest jednak w tej komfortowej sytuacji, że może sobie pozwolić na utrzymywanie dużego deficytu przez kilka lat – kraj w latach naftowej hossy zgromadził w rezerwach walutowych olbrzymie sumy, które w tej chwili wynoszą ok. 650 mld dol.

Tym bardziej że Międzynarodowa Agencja Energii w jednym ze swoich scenariuszy przewiduje, że ropa w 2020 r. będzie znów kosztowała w granicach 80 dol. za baryłkę. Scenariusz ten jest możliwy, jeśli znacząco przyspieszyłyby gospodarki krajów rozwijających się, np. Indie, co przyniosłoby wzrost zapotrzebowania na ropę naftową (tym bardziej że Indie muszą ropę konsumowaną na krajowym rynku sprowadzać w 90 proc. – w przeciwieństwie do Chin, które sporo produkują na własny użytek). Zdaniem IEA taki dodatkowy popyt byłby w stanie wchłonąć nadwyżki, które obecnie powodują utrzymywanie się cen ropy na niskim poziomie. Wtedy prawdopodobnie producenci ze Stanów Zjednoczonych podnieśliby swoją produkcję i w efekcie cena znów spadłaby do bardziej rozsądnego poziomu. I właśnie taka sytuacja byłaby testem tego, czy amerykańscy producenci przejęli role „swing producera” – kraju, który kontroluje cenę ropy poprzez zwiększanie i zmniejszanie wydobycia.

>>> Czytaj też: Trwa wojna cenowa na ropie. Saudyjczycy chcą usunąć USA z rynku