Gazprom poinformował, że słowacki operator gazociągów przesyłowych Eustream doszedł do porozumienia na temat przesyłu gazu z Nord Stream 2 przez jego infrastrukturę. W odpowiedzi słowacka spółka wydała krótki komunikat – napisał 1 lipca na swoim blogu Wojciech Jakóbik, ekspert branży energetycznej. Zgodnie z nim Słowacy otrzymali od Gazpromu gwarancje, że słowacki i czeski system przesyłowy będą wykorzystywane nawet, jeśli dojdzie do budowy gazociągu Nord Stream 2.

To kolejny element europejskiej rozgrywki o NordStream2, który osłabia polska pozycję. Gwarancje dla Słowaków oznaczają bowiem osłabienie ich poparcia dla Polski w „wojnie na rurociągi”. Z dużym prawdopodobieństwem możemy założyć, że Słowacy (Czesi przyjęli taką taktykę już wcześniej) nie będą stać murem za polskim żądaniem wstrzymania realizacji rosyjskiej inwestycji.

Słabsza koalicja przeciwko Gazpromowi każe przyspieszyć planowane inwestycje, które uniezależnią Polskę od dostaw Gazpromu.

– Nie znamy natury decyzji Słowacji, Eustream nie jest konkretny. Na pewno im szybciej zbudujemy nasze projekty, tym lepiej – mówi Wojciech Jakóbik.

W maju Piotr Naimski, pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej, zapowiedział, że Polska nie planuje odnowienia długoterminowej umowy na dostawy rosyjskiego gazu, która kończy się w 2022 r.

Skąd więc gaz po 2022 r.?

>>> Czytaj też: OPEC biednieje. Zyski z ropy nurkują, tak źle nie było od 10 lat

Pierwsze sygnały, pierwsze decyzje

Polska zużywa rocznie ok. 15 mld m sześc. gazu, z czego około 10 mld m sześc. pochodzi z zagranicy. Aż 70 proc. importowanego gazu pochodzi z Rosji. Od dawna deklaruje potrzebę podejmowania działań, które doprowadzą do zmniejszenia tej zależności.

Istotnym impulsem do przyśpieszenia prac nad dywersyfikacją źródeł dostaw była już aneksja Krymu w marcu 2014 roku. Odżyły wówczas obawy wstrzymania przepływu rosyjskiego gazu przez ukraińskie gazociągi. Obawy te nie były nieuzasadnione, jako że kilkakrotnie w przeszłości Moskwa zakręcała kurki biegnących przez Ukrainę gazociągów, by zmusić w ten sposób swojego sąsiada do różnorodnych ustępstw.

Aneksja Krymu była sygnałem także dla pozostałych krajów Unii Europejskiej, które zaczęły podawać w wątpliwość, czy faktycznie są zależne od dostaw z Rosji, czy też mogą sobie bez nich poradzić. Wnioski okazały się dla Rosji niekorzystne. Na przykład prezes włoskiego koncernu ENI powiedział, że rosyjski gaz stanowi tylko 1/3 zużycia koncernu i w razie nieprzewidywanych okoliczności dostawy z tego kierunku mogą zostać łatwo zastąpione innymi.

Również zdaniem Piotra Naimskiego dostawy z alternatywnych źródeł mogą w pełni zastąpić dostawy z Rosji. Kluczową rolę odegra terminal LNG w Świnoujściu, który rocznie może przyjąć 5 mld m sześc. skroplonego gazu. 17 czerwca do terminalu przypłynął pierwszy statek z komercyjnymi dostawami tego surowca. Wcześniej w ramach testów na przełomie 2015 i 2016 roku do Świnoujścia przypłynęły statki Al-Nuaman z dostawami gazu przeznaczonego na testowy rozruch i uruchomienie instalacji.

Za pośrednictwem terminalu będzie można sprowadzać gaz z Bliskiego Wschodu, USA i Afryki. To największa tego rodzaju inwestycja w Europie Centralnej i, jak dotąd, jedyna możliwość sprowadzania surowca z kierunku innego niż rosyjski. To nie koniec inwestycji związanych z terminalem. Są już plany rozbudowania go w taki sposób, by zwiększyć przepustowość do 7,5 mld m sześc. rocznie.

Gaz z norweskich szelfów

Sam gazoport nie jest jednak w stanie zapewnić naszemu krajowi bezpieczeństwa energetycznego. Drugim filarem, na którym Polska chce je oprzeć, są dostawy gazu z Norwegii. Gazociąg z Norwegii do Polski nie jest nowym pomysłem. Wysuwał go już rząd Jerzego Buzka, a inicjatorem projektu był wtedy Piotr Naimski, ówczesny doradca premiera ds. bezpieczeństwa. Nie dziwi więc, że po latach chce do tej idei wrócić.

Idealnym wariantem byłoby realizowanie dostaw przez Danię. Po wizycie prezydenta Andrzeja Dudy w Kopenhadze zapewniono, że wszystkie trzy zaangażowane strony pracują nad tym zagadnieniem. Nie podano jednak, kiedy można spodziewać się rezultatów tych działań.

To dobry moment, by zachęcić Danię do współpracy. Musi ona podjąć decyzję, skąd dalej będzie pozyskiwać gaz, bo aż 90 proc. dotychczasowego zapotrzebowania zaspokaja ze złoża Tyra, które wyczerpie się za dwa lata. Dania może szukać nowych własnych złóż lub wzmocnić połączenie z Niemcami, ale może także importować gaz z Norwegii – i to jest wariant korzystny z punktu widzenia Polski.

Duńczycy z zainteresowaniem przyglądają się polskiej propozycji, czyli podmorskiemu gazociągowi. Może on połączyć systemy przesyłowe gazu ziemnego Danii i Polski i mógłby płynąć nim gaz z Norwegii. Gazociąg Bałtycki (Baltic Pipe) wpisuje się w koncepcję korytarza Północ-Południe i Baltic Energy Market Interconnection Plan, które stanowią priorytet rozwoju infrastruktury energetycznej wspieranej przez Unię Europejską.

20 czerwca Piotr Naimski poinformował, że porozumienie pozwalające na podjęcie decyzji inwestycyjnej dotyczącej budowy połączenia Polski ze złożami gazu na szelfie norweskim ma zapaść do końca tego roku. Realizacja przedsięwzięcia zajęłaby od trzech do czterech lat. Oznacza to, że do 2022 roku cały system powinien już prawidłowo funkcjonować.

Nie będzie powtórki z kontraktu jamalskiego

Deklaracji Piotra Naimskiego nie należy traktować jako zapowiedzi rezygnacji z zakupu rosyjskiego gazu w ogóle. Zakwestionowany został jedynie sens zawierania umowy długoterminowej, co nie wyklucza dalszej współpracy na korzystniejszych dla Polski warunkach. Pojawienie się na rynku nowych dostawców gazu zmusiło Gazprom do zaoferowania klientom bardziej elastycznych warunków współpracy. Nie ma więc powodu, by Polska nadal płaciła jedną z najwyższych przewidzianych dla odbiorców europejskich taryf, do tego w formule „take or pay”.

Nawet rosyjscy eksperci ds. rynku gazu zgadzają się z tym, że w najbliższym czasie będziemy świadkami malejącej roli kontraktów długoterminowych. Zapytany o to, jak Gazprom widzi ich przyszłość, Aleksiej Kałaczew, analityk spółki inwestycyjnej Finam, przyznał, że koncern faktycznie od tego odchodzi.

– Myślę, że tendencja zmierzająca do odchodzenia od dwustronnych kontraktów długoterminowych będzie się utrzymywała. W tym kierunku idzie też projekt dyrektywy Komisji Europejskiej, który zakłada, że długoterminowe umowy o dostawy gazu z państw trzecich będą musiały najpierw uzyskać zgodę Komisji – wyjaśnia Aleksiej Kałaczew.

Przykładem otwierania się Gazromu na nowe wyzwania rynku jest sprzedaż gazu w ramach aukcji. Pierwsza odbyła się we wrześniu 2015 roku. Zawarto wtedy ponad 40 transakcji z 15 kontrahentami. W sumie sprzedano ponad 1 mld m sześc. gazu, czyli 1/3 zaoferowanego wolumenu.

W marcu 2016 roku odbyła się pierwsza aukcja adresowana do republik nadbałtyckich. Z wystawionych 560 mln m sześc. sprzedano 420 mln m sześc., co Gazprom uznał za doskonały wynik. Idąc za ciosem, zapowiedział więc przeprowadzenie kolejnych aukcji w całej Europie.

Sporo Gazprom potrafi być elastyczny w stosunku do odbiorców z Europy Zachodniej, powinien zaproponować także nową ofertę PGNiG. W przeciwnym razie może w ogóle nie być poważnie brany pod uwagę przez stronę polską.

Osobną kwestią pozostaje to, że tak naprawdę nie da się przewidzieć, co będzie się działo na rynku gazu za sześć lat. Zapytany o zachęty, jakie w 2022 r. Gazprom może wysunąć w stronę naszego kraju, Aleksiej Kałaczew zwrócił uwagę, że nie należy wykluczać, że ceny oferowane w ramach wieloletnich kontraktów będą bardziej korzystne niż na rynku spotowym.

– Polscy partnerzy sami przemyślą swoją decyzję – mówi analityk.

Zapytany o to, jak Gazprom zareaguje w sytuacji, gdy kolejne państwa będą rezygnowały z negocjowania wieloletnich kontraktów, analityk przyznał, że paradoksalnie odejście od długoterminowych umów może być dla spółki korzystne. Wobec niskich cen i w obliczu braku perspektyw na wzrost cen gazu zobowiązanie się do dostarczania surowca przez dziesięć lub więcej lat mogłoby dla firmy oznaczać duże straty. Jego zdaniem firma będzie się w najbliższym czasie koncentrowała na innych metodach sprzedaży (np. w drodze aukcji).

>>> Czytaj też: Sam gazoport nie uniezależni nas od Rosji. Potrzebna jest strategia energetyczna

Od LNG nie ma ucieczki

Wzrost udziału gazu skroplonego w ogólnym eksporcie gazu to zasługa m. in. coraz lepszej infrastruktury do transportowania i magazynowania go. Agata Łoskot-Strachota z Ośrodka Studiów Wschodnich pisze o dwóch falach wzrostu jego dostępności.

Pierwsza nastąpiła w latach 2009-2010, gdy nowe terminale zwiększyły istniejące możliwości eksportowe o ok. 100 mld m sześc. Według Agaty Łoskot-Strachoty: „Pierwsza fala LNG przyczyniła się do przyspieszenia liberalizacji europejskiego rynku gazu, wzrostu roli giełd i cen spotowych. Nastąpił krótkotrwały wzrost udziału LNG w strukturze europejskiego importu gazu, ale nie doszło do trwalszych zmian źródeł dostaw surowca w skali UE”.

Druga fala rozpoczęła się w 2015 roku i zapowiada stały wzrost popularności gazu skroplonego. Do 2020 roku eksport LNG na świecie ma wzrosnąć o kolejne 40 proc. Na świecie działa obecnie ponad 100 terminali LNG. Najwięcej jest ich w Japonii.

W Europie znajdują się 23, najwięcej – w Hiszpanii. Oczywiście, rzeczywisty poziom eksportu będzie zależał od różnorodnych czynników, np. cen gazu na świecie. Jeśli będą niższe, niektórzy eksporterzy mogą na jakiś czas powstrzymać się od sprzedaży.

Agata Łoskot-Strachota zwraca też uwagę na to, że zmieniają się praktyki handlowe związane z eksportem skroplonego gazu – przede wszystkim australijskiego i amerykańskiego. „Amerykański surowiec zamiast do ropy indeksowany jest do cen gazu na amerykańskiej giełdzie Henry Hub, a w kontraktach nie ma restrykcji geograficznych. Umożliwia to sprzedaż surowca prawie na całym świecie w zależności od warunków na rynku, konkretnych potrzeb i możliwości. Inne niż powszechnie stosowane do tej pory zasady sprzedaży amerykańskiego LNG wydają się dawać większą elastyczność i możliwość reakcji na zmienne warunki, co może przyczyniać się do ich popularyzacji” – pisze w swojej publikacji.

Te przeobrażenia silnie wpływają na pozycję Gazpromu. Już dwa kraje regionu – Polska i Litwa – posiadają terminale LNG, które w sumie pozwolą na dostarczenie 7 mld m sześc. gazu rocznie. Uruchomienie w 2014 roku pływającego terminalu (noszącego symboliczną nazwę „Independence”, czyli niezależność) u wybrzeży Kłajpedy postawiło Litwę w uprzywilejowanej sytuacji wobec Gazpromu. Choć wcześniej nie mogła się doprosić niższych cen, po otwarciu terminalu strona rosyjska stała się bardziej skłonna do kompromisu.

W tej sytuacji Polska, która jest większym klientem, również powinna grać stanowczo i wykorzystać to, że rynek gazu staje się rynkiem kupujących, a nie sprzedawców.
Kuszące perspektywy

Polskie władze mają nadzieję, że terminal LNG i połączenie gazowe z Norwegią przyczynia się do powstania w naszym kraju hubu gazowego, z którego skorzystają także inne państwa regionu. „Chcielibyśmy, by gaz, który do Polski będzie wchodził od północy, mógł być oferowany i przesyłany przez polski system transportowy do krajów na południe od Polski, do krajów regionu środkowej Europy, by te kraje, które do tej pory są w olbrzymiej części uzależnione od jednego dostawcy, miały możliwość wyboru” – powiedział na czerwcowej konferencji poświęconej rynkowi LNG Piotr Naimski. Jak dotąd, zainteresowanie odbiorem gazu z terminalu LNG wyraziły Węgry, ale Piotr Woźniak, prezes PGNiG, jako potencjalnych odbiorców wskazuje także Czechy i Bułgarię.

Na zaawansowanym etapie znajdują się przygotowania do rozpoczęcia budowy interkonektora gazowego między Ukrainą i Polską. Pozwoli miedzy innymi na transportowanie na Ukrainę gazu z terminalu LNG w Świnoujściu. Projekt realizują Gaz-System i, po stronie ukraińskiej, Ukrtranshaz. Gazociąg ma mieć długość blisko 100 kilometrów, a jego eksploatacja ma się rozpocząć w 2020 r. Interkonektor umożliwi rocznie dostawę 10 mld m. sześc. gazu na Ukrainę.

>>> Czytaj też: Dlaczego Polska ogranicza import energii nocą?

Autor: Martyna Kośka