Decyzja polityczna skracająca wiek Polaków uprawniający do otrzymania dożywotniego świadczenia wreszcie zapadła. Obniżony wiek emerytalny zacznie obowiązywać najwcześniej od 1 stycznia, ale najbardziej prawdopodobnym terminem wejścia w życie nowych rozwiązań jest połowa roku lub początek III kw. 2017 r. ZUS musi mieć co najmniej dziewięć miesięcy na przygotowanie zmian i wprowadzenie ich do systemu informatycznego.

Jak wyliczył resort finansów w Planie Aktualizacji Konwergencji, obniżenie wieku emerytalnego od 1 stycznia tylko w 2017 r. ma kosztować 8,6 mld zł. Suma jest tak wysoka, bo od października br. wiek emerytalny będzie wynosił 61 lat dla kobiet i 66 lat dla mężczyzn. Czyli w momencie wprowadzenia nowych rozwiązań dodatkowy rocznik ubezpieczonych – tych w wieku 60 lat (kobiety) i 65 lat (mężczyźni) nabyłby prawa do świadczeń. Jak wynika z wyliczeń ZUS, dotyczy to ponad 320 tys. osób. Wprowadzenie tych rozwiązań w połowie roku odznaczałoby, że koszty tej operacji dla finansów publicznych spadną o połowę – do nieco ponad 4 mld zł w przyszłym roku.

Politycy PiS chcą dotrzymać obietnic z kampanii wyborczej, ale w sposób, który nie zaciąży zbyt poważnie na przyszłorocznych finansach. Dlatego także, jak wynika z naszych informacji, zapadła decyzja, by wejście w życie obniżonego wieku emerytalnego nie było związane z wprowadzeniem kryterium stażu. Na to PiS się nie zdecyduje na pewno.

Mimo zachowawczości zmiany proponowane w ustawie prezydenckiej, bo to ją formalnie popiera rząd, nadając tryb legislacyjny, będą oznaczały wyższe koszty dla finansów publicznych, zmniejszenie liczby osób w wieku produkcyjnym oraz niższe emerytury dla tych, którzy skorzystają z możliwości odejścia w wieku 60 i 65 lat. – Każdy rok pracy krócej to emerytura o kilka procent niższa. W przypadku kobiet docelowy wiek emerytalny obniżony o 7 lat to świadczenie gorsze o połowę – mówi Aleksandra Wiktorow, rzecznik finansowy, była prezes ZUS.

Wejście w życie obniżonego wieku emerytalnego w 2017 r. oznacza możliwość rozłożenia związanego z tym wzrostu wydatków na dwa lata. Jak wynika z Aktualizacji  Programu Konwergencji, koszty obniżki w roku 2018 to ponad 10 mld zł, czyli rosną w porównaniu z wariantem obniżenia granicy wieku emerytalnego od początku 2017 r. o około 2 mld zł. Oznacza to, że gdyby zmiany proponowane przez prezydenta weszły w życie w połowie przyszłego roku, wydatki z tego tytułu wzrosłyby w 2017 r. o 4 mld zł, a w 2018 r. o 5 mld zł w porównaniu z 2017 r. Gdyby z kolei ubezpieczeni nabyli prawo do przejścia na emeryturę w wieku 60 i 65 lat od ostatniego kwartału 2017 r., wówczas wzrost wydatków dla finansów publicznych wyniósłby w 2017 r. tylko 2 mld zł, a w 2018 r. – 6,5 mld zł.

Dla resortu finansów w przyszłym roku będzie się liczył każdy zaoszczędzony grosz. Bo w pełnej wersji zadziała wówczas program 500 plus, co oznacza, że wydatki z tego tytułu wzrosną z 17 do ponad 22 mld zł. Już w APK rząd informował Brukselę, że deficyt sektora finansów publicznych wyniesie na koniec przyszłego roku 2,9 proc. PKB. Już ostatni opisany przed chwilą wariant, który jest najmniej kosztowny dla budżetu w 2017 r., oznacza przekroczenie dozwolonej granicy deficytu sektora finansów publicznych (3 proc. PKB). Dlatego praktycznie pewne jest, że decyzja o obniżeniu wieku emerytalnego będzie równoznaczna z utrzymaniem podważonych stawek VAT, co już sygnalizowali przedstawiciele rządu.

W rządzie trwa polemika na temat kosztów obniżenia wieku emerytalnego. Wspomniane szacunki resortu finansów są wyższe od szacunków ZUS. MF zapisał koszt tego rozwiązania w 2017 r. na 8,6 mld zł, podczas gdy ZUS uważa, że będzie to około 5 mld zł. Zakład wziął jednak jeszcze pod uwagę fakt, że oszczędności osób, które wcześniej uzyskają prawo do emerytury, trafią w ramach tzw. suwaka do ZUS (stopniowego przesuwania ich oszczędności z OFE do Zakładu w ciągu 10 lat przed emeryturą), co zmniejszy koszty operacji. To jednak tylko jednorazowy zysk z przesunięcia suwaka o rok wcześniej. Na dłuższą metę koszty obniżenia wieku będą sporym obciążeniem dla finansów publicznych. W 2020 r., według ZUS, wydatki na emerytury będą wyższe o blisko 14 mld zł w porównaniu z obecnymi zasadami. W 2030 r. już o 11,6 mld zł, w 2040 r. aż o 21 mld zł.

Niższy wiek emerytalny oznacza także spore zmiany na rynku pracy. Już dziś widać malejące bezrobocie, co jest efektem sytuacji demograficznej, a wprowadzenie prezydenckiej ustawy ten proces przyspieszy. – Obecne roczniki zbliżające się do granicy wieku emerytalnego pochodzą z wyżu powojennego i zatrzymanie tej grupy na rynku pracy jest bardzo ważne. Dotychczasowe doświadczenia związane z wydłużeniem wieku emerytalnego pokazują, że ci ludzie wolą pracować dłużej – mówi Piotr Lewandowski z Instytutu Badań Strukturalnych.

Jeśli tak się nie stanie, a wiek emerytalny zostanie obniżony zgodnie z propozycją prezydenta, w 2030 r. liczba osób w wieku produkcyjnym będzie aż o 1,3 mln mniejsza. Tak duży ubytek może silnie negatywnie rzutować na PKB. Bo nawet jeśli rządowy program 500+ odniesie sukces i Polki zaczną rodzić więcej dzieci, skutki na rynku pracy zobaczymy dopiero pod koniec lat 30. Zdaniem Piotra Lewandowskiego zamiast obniżać wiek, należy wzmocnić politykę rynku pracy adresowaną do osób starszych przez poprawienie pośrednictwa i doradztwa dla takich osób czy nawet subsydiowanie ich zatrudnienia tak, by nie obawiali się utraty pracy.

Zwolennicy prezydenckiego projektu przekonują z kolei, że jest on w interesie wielu osób będących obecnie blisko granicy wieku emerytalnego, które ciężko pracowały w PRL. – Trzeba przyjąć rozwiązania zapewniające świadczenia osobom, które nie będą mogły dłużej pracować. Warto także wprowadzić elastyczną możliwość przejścia na emeryturę. Trzeba zastanowić się nad wprowadzeniem rehabilitacji zawodowej – wymienia prof. Józefina Hrynkiewicz, posłanka PiS. Jej zdaniem istotne jest wprowadzenie różnych instrumentów wsparcia dla osób w wieku przedemerytalnym.

Z kolei związkowcy oprócz obniżenia wieku konsekwentnie domagają się dodatkowego kryterium stażu. – Bez niego ten kierunek zmian spowoduje, że emerytury pozostaną niskie. Zresztą te propozycje są niespójne z innymi zapowiedziami dotyczącymi OFE, które także mogą prowadzić do obniżenia świadczeń – zauważa Jan Guz, szef OPZZ.

>>> Polecamy: Czeka nas rewolucja w III filarze. Pracodawcy będą protestować [WYWIAD Z WICEPREZESEM ZUS]