Dziś Główny Urząd Statystyczny opublikuje finalne dane na temat cen towarów i usług konsumpcyjnych w październiku. Według wstępnych szacunków nadal utrzymywała się deflacja. Ale ceny w skali roku były już tylko o 0,2 proc. niższe niż rok wcześniej. Deflacja była więc najmniejsza od lipca 2014 r. – to był jej pierwszy miesiąc. Eksperci oceniają, że w kolejnych miesiącach dynamika cen będzie nadal przyśpieszać. W przyszłym roku możemy być już świadkami inflacji przekraczającej 1 proc. w skali roku. Będzie to wciąż wynik poniżej celu Rady Polityki Pieniężnej, która dąży do tego, by roczna inflacja wynosiła 2,5 proc. Będzie on jednak oznaczał poważne zmiany np. dla oszczędzających.

Sygnały ze wszystkich stron

Zamiana deflacji w inflację nie jest zjawiskiem, które dotyczy wyłącznie Polski. – U nas główne czynniki, które będą przyczyniać się do wzrostu cen, to drożejące paliwa oraz sytuacja na rynku pracy. Coraz częściej pojawiają się bowiem sygnały o presji płacowej. Ale warto zwrócić uwagę na to, co dzieje się za granicą. W strefie euro pierwszy raz od kilku lat mieliśmy niespodziankę inflacyjną: indeks cen konsumpcyjnych okazał się wyższy od oczekiwań rynkowych – wylicza Piotr Kalisz, główny ekonomista Banku Handlowego.

Wzrosty cen paliw i żywności, które doprowadzą do pojawienia się inflacji w Polsce, to zjawisko o charakterze globalnym. W paliwach decydująca jest sytuacja na rynku ropy naftowej (czytaj tekst poniżej). W przypadku żywności największe zwyżki dotyczą cen cukru i produktów mleczarskich. W efekcie jednak światowy indeks cen produktów żywnościowych obliczany przez FAO (ONZ-owską organizację zajmującą się żywnością i rolnictwem) był w październiku o ponad 9 proc. wyżej niż rok wcześniej. Indeks rośnie nieprzerwanie od początku 2016 r.

<span class=autor1>Na zachodzie widać już przyspieszenie cen</span>

Na zachodzie widać już przyspieszenie cen

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Według Kalisza wyższy poziom cen w skali globu to również wpływ niedawnych starań chińskich władz o pobudzenie popytu w tej drugiej co do wielkości światowej gospodarce. A Krzysztof Wołowicz, główny ekonomista BPS TFI, radzi kierować uwagę na drugą stronę Pacyfiku. – Po zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych rynek spodziewa się, że ruszą tam zapowiadane przez niego duże inwestycje. To byłby impuls do wyższego wzrostu cen – ocenia analityk.

>>> Czytaj też: Kiedy skończy się deflacja? Oto szacunki ekspertów

U nas stopy nie wzrosną

Wyższa inflacja zwiększa także szanse na normalizację stóp procentowych. Bank centralny USA już od dłuższego czasu przygotowuje rynek do podwyżek. Pierwszej dokonał w grudniu ub.r. Po 12 miesiącach są duże szanse na kolejną. – Wyższe stopy byłyby korzystne dla oszczędności. Dotychczas nie wszyscy mogli sobie pozwolić na wyszukiwanie produktów, które dawałyby pewny zysk mimo niskich stóp. Gdy będą one wyższe, o dochody będzie łatwiej – wskazuje Krzysztof Wołowicz.

Tyle że u nas, chociaż nie będzie już deflacji, na podwyżki stóp w perspektywie kilku najbliższych kwartałów raczej nie należy liczyć. „Rada podtrzymuje ocenę, że w świetle dostępnych danych i prognoz obecny poziom stóp procentowych sprzyja utrzymaniu polskiej gospodarki na ścieżce zrównoważonego wzrostu oraz pozwala zachować równowagę makroekonomiczną” – napisała w komunikacie po ubiegłotygodniowym posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej. Od ponad półtora roku ustalana przez nią główna stopa Narodowego Banku Polskiego wynosi 1,5 proc.

Według prezesa NBP Adama Glapińskiego przejściowe spowolnienie wzrostu PKB w drugiej połowie tego roku nie jest czynnikiem niepokojącym RPP. Szef NBP dodał, że „chciałby, by pod koniec 2017 r. RPP zaczęła się zastanawiać nad podwyżką stóp”.

– Odbicie inflacji nie będzie na tyle silne, by w najbliższych miesiącach zmusić RPP do podwyżki. A jeśli będziemy mieć do czynienia z wyraźniejszym spowolnieniem wzrostu gospodarczego – obniży się on poniżej 2,5 proc. – to mogą pojawić się wręcz oczekiwania na obniżenie stóp – przewiduje Krzysztof Wołowicz. Zastrzega, że jego zdaniem do cięcia stóp jednak nie dojdzie.

Kłopot oszczędzających

W efekcie oszczędzający zamiast poprawy sytuacji mogą odczuć pogorszenie. Osoby, które zakładały roczne lokaty bankowe na początku 2014 r., po roku realnie – czyli z uwzględnieniem inflacji – zarabiały średnio ok. 4 proc. Ci, którzy decydowali się na taką lokatę jesienią ub.r., mogą liczyć już tylko na ok. 2 proc. dochodu. A jeśli w ciągu kilku miesięcy inflacja wzrośnie w okolice 1 proc., realny zysk stopnieje do ok. 0,5 proc. To efekt z jednej strony zmian w poziomie inflacji, ale też w oprocentowaniu depozytów. Dwa lata temu średnia stawka w krajowych bankach wynosiła niemal 2,8 proc. Według ostatnich danych (z września) było to nieco ponad 1,6 proc. Bez podwyżek stóp banku centralnego nie należy się spodziewać wyraźnego ruchu w górę oprocentowania lokat (obniżanie go było w ostatnich kwartałach jednym z głównych sposobów banków na poprawienie wyników).

W nie lepszej sytuacji będą ci, którzy oszczędzają w obligacjach – np. poprzez zakup operujących na rynku długu funduszy inwestycyjnych. – Zarówno w Polsce, jak i w innych krajach regionu rentowność obligacji w ciągu najbliższego roku będzie rosła. Można się spodziewać, że ten wzrost wyniesie ok. 2 pkt proc. Na rynek będą mieć wpływ przede wszystkim podwyżki stóp procentowych w USA – uważa Piotr Kalisz z Banku Handlowego. Wyższa rentowność obligacji oznacza spadek ich cen, co negatywnie odbija się na wynikach funduszy inwestycyjnych. Ze wzrostem dochodowości papierów dłużnych na świecie mieliśmy już do czynienia w ostatnich dniach – w reakcji na wyniki wyborów w Stanach Zjednoczonych. 

>>> Czytaj też: Producenci żegnają deflację. Co dalej z cenami?