Sami mówią o sobie: króliki doświadczalne. Wspominają pośpiech, zmianę klas i treningi pisania testów. Pierwsi uczniowie gimnazjów mają dziś po 31 lat i radzą minister Annie Zalewskiej, by nie powtarzała błędów, których stali się ofiarami.
Pamiętam, że dowiedzieliśmy się o tym kilka miesięcy przed rozpoczęciem roku szkolnego, zimą albo wiosną – mówi Jan Grochocki, właściciel pracowni introligatorskiej. Przyznaje, że wiadomość o tym, że VIII klasy nie będzie, zaskoczyła wszystkich. – W VI klasie zachciałem mieć kolczyk w uchu, jednak moja matka nie pozwalała mi go założyć, póki nie skończę podstawówki. Pogodziłem się już z tą myślą, a wtem – dosłownie tydzień później – ogłoszono, że nie będzie już VII klasy, tylko kończymy podstawówkę i idziemy do gimnazjum. Słowo się rzekło, kobyłka u płotu – mama musiała się wywiązać z tego, co powiedziała, i w dzień otrzymania dyplomu ukończenia szkoły podstawowej prosto ze szkoły poszedłem do kosmetyczki.
O wprowadzeniu gimnazjów do systemu edukacji zaczęło się mówić w połowie 1998 r. Wtedy pierwsze pomysły przedstawił minister edukacji Mirosław Handke. Ustawa, która rozwiązania wprowadzała, weszła pod obrady Sejmu w styczniu 1999 r. Wywołała burzliwą dyskusję – opozycja twierdziła, że ustawa jest nieprzygotowana, nie ma do niej gotowych programów nauczania, a nauczyciele nie są przeszkoleni, by ją wprowadzać. Mimo wszystko klamka zapadła. Dla reformy zbudowano w parlamencie stabilną większość.
– Nikt jednak z tego powodu nie wszczynał awantur, nie buntowaliśmy się, nie było żadnej dyskusji. Przyjęliśmy, że tak postanowiono i kropka. Z drugiej strony nie było też żadnej ekscytacji. Słowo „gimnazjalista” nie brzmiało dla nas dumnie, tylko nijak. Nikt nie wiedział, czego się spodziewać – wspomina Katarzyna Karaś, dziś redaktor w serwisach radiowych.
Nie wiedzieli tego nie tylko uczniowie, ale też pedagodzy, rodzice, a na dobrą sprawę – także samo ministerstwo. Projekt gimnazjalny był eksperymentem. – Wszyscy się śmiali, że jesteśmy królikami doświadczalnymi. Nauczyciele się na nas uczyli, egzaminatorzy się uczyli, dyrektorzy się uczyli – mówi Radek Pasterski, fotoreporter. Potwierdza to Marek Wize, pracujący dziś w rodzinnej firmie. – Wszyscy dookoła powtarzali, że oni też się uczą. Że nowy system, nowy program, nowa metodyka, w tym praca projektami i małymi grupami.
A inni przedstawiciele rocznika 1986 dodają, że gimnazja były tylko jednym z wyzwań, którym musieli stawić czoła. Zaraz obok katastrofy w Czarnobylu w kwietniu tegoż roku.

Losowanie dzieci

Przedstawiciele eksperymentalnego rocznika zaczynali naukę w gimnazjum 18 lat temu. Mają dziś po 31 lat, ustabilizowane kariery, często sami są już rodzicami kilkuletnich dzieci. Jak Tadeusz Pieńkowski, którego gimnazjum zaskoczyło zaraz po tym, jak zmienił szkołę. – Po V klasie poszedłem do nowej, a w ciągu VI klasy dowiedziałem się, że to tylko na rok – wspomina. – Z kolegami namawialiśmy się, gdzie pójdziemy. Z mojej klasy w zasadzie dominowały dwa gimnazja. Wybrałem to na ul. Gruszczyńskiego, to był mój rejon i tu szedł kolega z karate. Przy składaniu papierów można było zgłosić, że chce się być z jakąś osobą w klasie, ale był jakiś limit, aby nie odbudowywać klas podstawówkowych. Efekt był taki, że z kolegą z karate w końcu trafiliśmy do innych klas, bo on w podstawówce miał niemiecki, a ja angielski – dodaje.
Radek: – Pamiętam moment zaskoczenia, bo choć u nas gimnazjum zostało stworzone w mojej podstawówce, to ktoś wymyślił, żeby pomieszać klasy. Trzeba było pójść do sekretariatu i wylosować, do której się trafi. Losy były w takich żółtych kulkach z jajka niespodzianki.