Duże pieniądze i popularność w sieci. W e-sport wchodzą już nawet banki [WYWIAD]

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
6 lipca 2017, 20:24
Viktor Wanli, założyciel i prezes firmy Kinguin. Fot. Maksymilian Rigamonti
Viktor Wanli, założyciel i prezes firmy Kinguin. Fot. Maksymilian Rigamonti/Dziennik Gazeta Prawna
Gracze e-sportu są rozpoznawalni w sieci, mają podpisane kontrakty reklamowe z dużymi markami światowymi, firmami telekomunikacyjnymi. W e-sport wchodzą też banki - mówi Viktor Wanli, założyciel i prezes firmy Kinguin.

Raz tak, raz tak.

Nie ma. To gra. Raz się jest bandytą, raz bohaterem. Im to jest obojętne. Zawsze chodzi o to, żeby wygrać. Jak to w sporcie.

Sport, w zasadzie e-sport.

Niech pani zobaczy zdjęcia z katowickiego Spodka. Zawody w „Counter Strike'a” (gracze dzielą się na dwie drużyny – terrorystów oraz antyterrorystów – i ich zadaniem jest pokonanie przeciwnika na danej mapie – red.) oglądało w sumie 160 tys. kibiców.

Nie, w Spodku. Na żywo. Drużyny siedzą przodem do widowni na scenie, w każdej drużynie jest po pięć osób, mają przed sobą monitory i grają. A widzowie oglądają ich zmagania na telebimach i kibicują. To wielkie emocje. Takie same jak w tradycyjnym sporcie.

Nam na tym specjalnie nie zależy. Nie lobbujemy u polityków, by traktowani nas jak inne dziedziny sportu, nie zakładamy związku sportowego.

Na razie nie zanosi się, by ludzie z komitetu olimpijskiego zajęli się tą sprawą. E-sport do swojego rozwoju nie potrzebuje sportu tradycyjnego, a on nie jest dla nas zagrożeniem. Jest na odwrót. Tworzymy Eligę, ligę drużyn e-sportowych, która na razie tworzy osiem drużyn. Próbowaliśmy rozmawiać z jednym z najważniejszym klubów piłkarskich w Polsce, by działać pod jego marką. Ale okazało się, że działacze jeszcze nie rozumieją rynku e-sportu.

To bez znaczenia. Teraz wiem, że nie potrzebujemy wsparcia klubów sportowych. Sami tworzymy profesjonalne drużyny.

Drużyna jest oddzielnym bytem, w części finansowanym z prowizji ze sprzedaży gier. Ale widać, że pani nie rozumie tego świata. Gracze zawodowi to gwiazdy. Okazało się, że syn właściciela tradycyjnego klubu sportowego, u którego byliśmy, nie zna nazwisk piłkarzy, za to zna pseudonimy graczy w „Counter Strike'a”. Ci gracze są już celebrytami w internecie, a będą jeszcze większymi.

Dla pani, dla mnie trochę też. Ale dla graczy, dla ludzi, którzy tym żyją, pani świat jest alternatywny. Oni są rozpoznawalni w sieci, mają podpisane kontrakty reklamowe z dużymi markami światowymi, firmami telekomunikacyjnymi. W e-sport wchodzą też banki.

Pani żartuje, a ja mówię o poważnych sprawach. Koncerny finansowe pożyczające pieniądze na duży procent też są zainteresowane. Mamy na razie etyczny dylemat, czy wchodzić z nimi we współpracę. W drużynie jest pięciu graczy. Do tego trener, analityk, który rozpracowuje przeciwników przed meczem, przygotowuje raporty pomeczowe. Do tego dochodzi menedżer, dział PR, marketing, mamy też psychologa sportowego.

>>> CAŁY WYWIAD W WEEKENDOWYM WYDANIU DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj