Twórcy i stwórcy. Jak naprawdę wygląda praca agentów gwiazd?

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
4 lutego 2018, 16:00
Twórcy i stwórcy. Jak naprawdę wygląda praca agentów gwiazd?
fot. oneinchpunch/Shutterstock/Dziennik Gazeta Prawna
Agenci nie rzucają się w oczy, za to bacznie obserwują rynek, by nie przegapić życiowej szansy dla swojej gwiazdy

Branża rozrywkowa nie ma skrupułów. Wstęp do niej jest pilnie strzeżony i kosztuje sporo wyrzeczeń. Ale gdy jest się już w środku show-biznesu, zyskuje się dostęp do przywilejów i intratnych propozycji. Wraz ze wzrostem rozpoznawalności i renomy artysty rośnie popyt na przetwarzanie jego wizerunku w celach marketingowych. Popularność – mierzona liczbą sprzedanych płyt, napisanych książek albo zagranych ról – to tylko karta przetargowa niezbędna podczas targowania się o honorarium. Grunt to sprzedać ten potencjał za dobrą cenę. Czyli taką, którą wynegocjuje sprawny pośrednik w osobie menedżera.

>>> Czytaj też: Już nie celebryci, a ceWEBebryci, czyli jak osiągnąć sławę w sieci

Marek jest po pięćdziesiątce. Od przeszło 20 lat pracuje w branży rozrywkowej jako menedżer i producent muzyczny. Znany jest z ostrego temperamentu i prowadzenia twardych negocjacji. Może sobie na więcej pozwolić, bo reprezentuje topowych wykonawców. Nie są to wprawdzie telewizyjni celebryci, ale mają posłuch w branży i regularnie pojawiają się na okładkach pism. Kiedyś wyciągnął z zawodowego niebytu jednego z gwiazdorów polskiego jazzu.

– Pewnego razu odbieram telefon – opowiada Marek. – Dzwoni pani z firmy X i proponuje, żeby mój artysta zagrał jeden utwór na bardzo prestiżowym evencie. Byłem zajęty, a w dodatku w nie najlepszym nastroju do rozmowy, ponieważ akurat omawialiśmy z rzeczonym artystą jakieś pilne kwestie. Rzuciłem od niechcenia: „40 tys. zł” i odłożyłem słuchawkę. Muzyk, o którym mowa, zdębiał. „Coś ty zrobił? Taka okazja, a ty stawiasz cenę zaporową!”. Uspokajałem go: „Poczekaj, daj im chwilę, zaraz oddzwonią”. Po kilku minutach telefon rzeczywiście zadzwonił. Pani przystała na moje warunki. Artysta przyjechał, wyciągnął instrument i zagrał. Występował przez trzy minuty z zegarkiem w ręku, bo tyle przewidywała umowa. 40 tys. zł za trzy minuty fatygi! Tak działa ten biznes: jesteś na świeczniku, więc cena nie gra roli. Pewnie, że to było za dużo pieniędzy, ale kto bogatemu zabroni?

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj