Jestem członkiem Komitetu Stałego Rady Ministrów i z doświadczenia wiem, że każda zmiana przygotowywana przez jakiś resort, która wymaga dodatkowego finansowania, zawsze na początku spotyka się z odmową Ministerstwa Finansów. W związku z tym, że wprowadzamy wiele zmian, które kosztują, dostaliśmy też do nich dużo uwag. MF jest od tego, żeby pilnować budżetu, a my od tego, by przekonać je, że inwestycja w edukację się opłaca. Udało się przekonać przedstawicieli resortu, że ta reforma musi kosztować. Dziś nie jest problemem bezrobocie, ale dostosowanie kwalifikacji do rynku pracy. I w tym kontekście na przykład wprowadzenie obowiązkowych egzaminów zawodowych, które zakłada nowelizacja, jest bardzo ważne.
Kształcenie zawodowe kosztuje ok. 9 mld zł rocznie – to łącznie subwencja oświatowa, środki samorządów i infrastrukturalne. Jeżeli zważymy, że spośród aktywnych zawodowo ok. 30 proc. absolwentów techników i 40 proc. absolwentów szkół zawodowych znajduje się na bezrobociu, to okazuje się, że mieliśmy zupełnie nieekonomiczne podejście do kształcenia zawodowego. Obowiązkowy egzamin zawodowy będzie kosztować w ciągu 10 lat ok. 400 mln zł, ale w porównaniu ze środkami zaoszczędzonymi z nieefektywnie wydawanej subwencji to oszczędność. Co przekonało MF, że warto przesunąć część środków z Funduszu Pracy na pokrycie kosztów tej regulacji.
Dziś młody człowiek może wyjść ze szkoły, nie przystępując do egzaminu. Stąd między innymi bierze się bezrobocie w tej grupie. Jeśli wszyscy będą przystępować do egzaminu zawodowego, pracodawca otrzyma rzetelną informację, co młody człowiek umie. A szkoły będą zmotywowane do podnoszenia jakości kształcenia.
Zmiany były przygotowane we współpracy z Centralną Komisją Egzaminacyjną. Z jednej strony pracujemy nad tym, aby egzamin dawał rękojmię, że absolwent szkoły potrafi zrobić konkretne rzeczy. Z drugiej zmieniamy strukturę szkoły, przygotowujemy nauczycieli i reformujemy podstawę programową. W czasie reformy szkolnictwa zawodowego z 2012 r. niemal nie pytano o zdanie przedstawicieli biznesu. Z nami od początku obecni są pracodawcy. W seminariach, które organizowaliśmy, wzięło udział ponad tysiąc osób. Chcemy, by za kształcenie zawodowe wzięli odpowiedzialność zarówno pracodawcy, jak i inne ministerstwa. Ale skuteczność to jedno. Naszym problemem jest jeszcze trafność kształcenia.
Chodzi mi o wybór ścieżki – aby uczeń wiedział, do jakiej szkoły idzie, jakie będzie miał po niej szanse zatrudnienia. Inwestujemy pieniądze z jednej strony w doradztwo zawodowe, a z drugiej chcemy zachęcać finansowo samorządy do otwierania klas w zawodach, które są potrzebne. Nie tylko w powiecie, ale w całym województwie. Zachęcamy też, żeby szkoły współpracowały z pracodawcami.
Prognozy będzie publikować w obwieszczeniu minister edukacji narodowej. Podstawą będzie analiza Instytutu Badań Edukacyjnych na podstawie danych zbieranych przez różne instytucje, w tym Główny Urząd Statystyczny. Badanie zapotrzebowania na absolwentów w zawodach szkolnictwa branżowego to nowe zadanie GUS. Już przeprowadzony został pilotaż, a pierwsze obwieszczenie MEN będzie opublikowane w marcu 2019 r. Na tej podstawie rozdzielona zostanie subwencja oświatowa. Już dziś mamy cztery progi finansowania szkolnictwa branżowego, docelowo ta lista zostanie rozszerzona.
Sprawa subwencji jest przedmiotem dyskusji. Na początku kadencji był pomysł, by pieniądze szły za klasą, a nie za uczniem.
Tak. Na razie będziemy różnicować subwencję w szkolnictwie branżowym, ale chcielibyśmy zmienić to także w przypadku pozostałych szkół. Wydaje się, że subwencja powinna iść za oddziałem klasowym i uwzględniać specyfikę placówek.
Bardziej powiaty. Wielu małym gminom się to podoba.
Sądzę, że w tej już się nie da tego przeprowadzić, ale niezależnie od tego, kto będzie rządził w przyszłej, rozmowa o odpowiedzialnym algorytmie podziału subwencji musi się odbyć.
To zmiany dla nauczycieli. W ciągu trzech lat będą oni musieli mieć 40 godzin szkolenia branżowego. Dotychczas wielu z nich przez lata nie miało kontaktu z pracodawcą innym niż dyrektor szkoły. To musi się zmienić, jeśli mają przygotowywać młodzież do zawodu. Ujednoliciliśmy też pensum nauczycieli szkolnictwa branżowego, to 20 godzin.
Niewielkie. Po komitecie stałym wszystko zostało zaakceptowane.
To kwestia perspektywy. Jeśli zobaczymy, że przygotowanie do zawodu się opłaca, to warto przesunąć środki. Chcę przy okazji podziękować wszystkim urzędnikom, którzy mocno zaangażowali się w prace nad przepisami. A że na etapie uzgodnień międzyresortowych trzeba pisać sobie wzajemnie wyjaśnienia – taka jest procedura.
Cieszę się, że inne ministerstwa pomogły znaleźć sposoby finansowania szkolnictwa branżowego i technicznego.
Rozszerzyliśmy nieco pierwotną koncepcję. Szkoły te będą miały formę dzienną i zaoczną. Ponadto w szkole będzie można realizować zarówno kształcenie ogólne, jak i zawodowe – to drugie w formie kwalifikacyjnych kursów zawodowych.
Wprowadzamy elastyczną formułę.
Dobrze to pani podsumowała. To próba zachęcenia do kształcenia w szkołach branżowych. Widzieliśmy, że spada zainteresowanie szkołami zawodowymi na rzecz techników. Zobaczymy, jaką popularnością będą cieszyły się branżowe szkoły II stopnia. Nie każda branżowa szkoła I stopnia będzie miała szkołę II stopnia, ale wszystkie mają taką możliwość.
To, co widzę, to większe zainteresowanie kształceniem branżowym, odczarowujemy myślenie o nim. Mamy coraz więcej klas patronackich, podpisanych z pracodawcami umów. Ale efekt naprawy szkolnictwa branżowego zobaczymy dopiero po latach.
Będziemy badać bezrobocie, liczbę uczniów. Będziemy się temu przyglądać i ewentualnie modernizować system.
Pracodawcy powszechnie narzekają na brak fachowców. Tymczasem w urzędach pracy jest masa informacji o bezrobotnych sprzedawcach, kucharzach, ślusarzach, murarzach, fryzjerach czy mechanikach samochodowych wykształconych w szkołach zawodowych i technikach. – Zmieniają oni często pracodawców w sytuacji, gdy ofert zatrudnienia jest mnóstwo. W ten sposób chcą uzyskać większe wynagrodzenie. Zanim znajdą nową firmę, rejestrują się na pewien czas w urzędach pracy, aby zachować uprawnienia do bezpłatnej opieki zdrowotnej – uważa prof. Zenon Wiśniewski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Dodaje, że przed paru laty przyczyny bezrobocia były inne, po prostu było mało wolnych miejsc pracy w zawiązku ze spowolnieniem gospodarczym.
– Część bezrobotnych nie ma zajęcia również dlatego, że w szkole było za mało praktycznej nauki zawodu. W wielu przypadkach mści się więc jakość kształcenia, bo pracodawcy szukają w pierwszej kolejności osób z utrwalonymi umiejętnościami – komentuje prof. Wiśniewski.
Są też inne specyficzne dla danych zawodów przyczyny bezrobocia. Na przykład handlowcy odczuwają już konkurencję Ukraińców. A murarze są bezrobotni tylko statystycznie. Bo część z nich pracuje – tyle że w szarej strefie gospodarki.
>>> Czytaj też: Wiceszefowa MEN: Szkół zawodowych nie da się wymyślić zza biurka
