Sugerowanie, jakiego pracownika powinien zatrudnić właściciel banków, podejmowanie rozmowy o jego wynagrodzeniu czy plotkowanie o wewnętrznych sprawach urzędu, także tych być może objętych tajemnicą zawodową, wystawia mu fatalne świadectwo. W najlepszym razie można mówić o przekroczeniu przez byłego szefa nadzoru uprawnień, w najgorszym – do czego próbuje przekonać pełnomocnik prawny Czarneckiego – o próbie korupcyjnej. Cała sytuacja nie jest tylko problemem Chrzanowskiego czy PiS, ale całego państwa. Najmocniej uderza w jej niechlubnego bohatera, ale naraża na szwank całą instytucję.

KNF to jedno z kluczowych miejsc w administracji. Nadzoruje i reguluje nie tylko system bankowy, ale także rynek kapitałowy. To urzędnicy nadzoru stoją na straży tego, aby na rynku nie było przekrętów, a jeśli już są, to by winni ponieśli odpowiedzialność. Dlatego nagrane rozmowy nie powinny służyć do tego, by podważać profesjonalizm i pracę urzędników. Faktem jest, że zrobił to już ich były szef swoimi wypowiedziami i dał paliwo do kwestionowania wielu decyzji, które KNF podjęła już choćby w kontekście największej afery na naszym rynku, czyli sprawy GetBacku.

W przestrzeni publicznej już trwają spekulacje, że może wszystkie te inspekcje, kontrole, postępowania administracyjne i zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa kierowane do prokuratury to jakaś ustawka, zemsta, próba wrogiego przejęcia towarzystw funduszy inwestycyjnych czy innych podmiotów. Najlepszym przykładem, że zaufanie i wiarygodność do urzędu zostały zachwiane, jest decyzja, jaką podjęto w sprawie Idea Banku, który został wpisany na listę ostrzeżeń publicznych, a w jego sprawie zawiadomiono prokuraturę.

Chodzi o nieprawidłowości przy sprzedaży obligacji znajdującego się na krawędzi bankructwa GetBacku. Z ustaleń KNF wynika, że bank prowadził działalność w tym zakresie bez zezwolenia, łamał przepisy prawa bankowego i ustawy o funduszach inwestycyjnych, świadomie wprowadzał w błąd klientów. Raport jest dla banku druzgocący. Jednak decyzja KNF pojawiła się kilka godzin po ujawnieniu nagrania z szefem KNF. Gorzej, bo pojawiła się, kiedy ten już ogłosił rezygnację. Trudno będzie ją uzasadnić opinii publicznej inaczej niż jako podjętą rzutem na taśmę przez Chrzanowskiego w odwecie za ujawnienie przez właściciela banku ich rozmowy.

Wiele też wskazuje, że decyzja o wpisie na listę ostrzeżeń publicznych zapadła, zanim KNF przeanalizowała odniesienie się do zarzutów przez Idea Bank. Nawet jeśli była pewna swoich ustaleń, to reguły sztuki powinny być zachowane. Kroki prawne wobec tego banku powinien podejmować p.o. przewodniczący nadzoru, jeśli nie nowy szef, po uważnym przeanalizowaniu wyników kontroli. Nie chodzi tu bowiem jedynie o to, czy przepisy zostały przez bank Czarneckiego złamane, bo na to dowodów jest wiele, a sprawę rozstrzygnie pewnie sąd.

Idea Bank złożył w prokuraturze zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez byłych menedżerów i pracowników w związku ze sprzedażą trefnych obligacji wrocławskiego windykatora, co pośrednio jest przyznaniem się do części winy. Jednak KNF nie może działać w tej sprawie pod wpływem impulsu urzędnika, który odchodzi w niesławie. Ludzie stracili przez GetBack miliardy złotych także dlatego, że zostali oszukani przez sprzedawców, którzy im wciskali papiery. Należy im się sprawiedliwość, ale warunkiem jest rzetelne egzekwowanie prawa.

Zaufanie do instytucji podważają dzisiaj politycy opozycji, media i eksperci. Po tym, co usłyszeli na nagraniach, mają do tego prawo. Nie zmienia to jednak tego, że ponad tysiąc pracowników, którzy pracują w urzędzie, wykonuje swoją pracę najlepiej, jak potrafi, prowadzi kontrole i dba o jasne zasady gry na rynku kapitałowym, który coraz częściej jest nazywany bananowym. Bez nich mielibyśmy jeszcze więcej cwaniaków, którzy przywykli do tego, że przestępcy w białych kołnierzykach są nietykalni, a kary finansowe to dla nich drobne.

Dzisiaj nie może być tak, że biznesy Czarneckiego zyskają nietykalność, bo Chrzanowski okazał się szefem nadzoru, który nadużył zaufania publicznego, a może nawet złamał prawo. Zbyt wiele przez ostatnie lata było w nich nieprawidłowości, żeby jedną, nawet jeśli szokującą, taśmą zapewnił sobie sprawną strategię PR i oddalił odpowiedzialność (którą trzeba najpierw udowodnić). Odbudowa zaufania do KNF będzie trudna, bo politycy od lat niszczą instytucje publiczne. PiS osiągnął w tym mistrzostwo. Dlatego dzisiaj wielu powątpiewa, czy prokuratura lub służby specjalne będą w stanie wznieść się ponad interes partyjny i wyjaśnić sprawę w zgodzie z interesem społecznym.

Doszliśmy do takiego momentu, że każdy element państwa staje się areną walki politycznej. Fundamenty stabilności instytucjonalnej są sukcesywnie podkopywane. Wydawało się, że afera taśmowa, podczas której nagrana została elita polityczna PO-PSL i biznesowa Polski, będzie zimnym prysznicem, który coś zmieni. Nic się nie zmieniło. Jakość państwa jest coraz gorsza, coraz łatwiej postępuje erozja urzędów i instytucji, a beneficjenci tego stanu rzeczy bez problemów oddalają od siebie podejrzenia. Woda robi się coraz bardziej mętna.

Dlatego chrońmy KNF przed utratą zaufania, nawet jeśli były szef tej instytucji miałby go nigdy nie odzyskać. Najskuteczniejszą ochroną będzie wyjaśnienie wątków związanych z działaniem nadzoru, polityką i biznesem, które usłyszeliśmy na nagraniu. Jeśli jednak już dziś zakładamy, że nowy szef KNF nic nie zmieni, prokurator generalny zamiecie sprawę pod dywan, a premier jedynie poszerzy wpływy, to może nie ma sensu nic robić. Poczekajmy na kolejne Amber Gold czy GetBack.

>>> Czytaj też: Oto wszystko, co powinieneś wiedzieć o aferze KNF [PODSUMOWANIE]