Najpierw paraliż, a później zburzenie wiarygodności Trybunału Konstytucyjnego, ustawy sądowe z najbardziej niepokojącymi zmianami w Sądzie Najwyższym czy kontrowersyjne ułaskawianie przez prezydenta osób przed wyrokiem sądu drugiej instancji.

Przeciwko tym i wielu innymi decyzjom ludzie stali na ulicach i z oburzeniem protestowali. Nikt jednak nie reaguje, gdy z jawnym naruszeniem ustawy PiS chwali się zmuszeniem Marka Chrzanowskiego do rezygnacji ze stanowiska przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansów. Politycy PiS doceniają premiera za skuteczność w tej sprawie, a skuteczność ta sprowadza się do naruszenia niezależności urzędu.

Były już szef nadzoru powinien odejść ze stanowiska z własnej woli. Nawet jeśli został o to „poproszony”, nie jest to żaden powód do chwały czy sugerowania, że rządzący mają wysokie standardy. Chrzanowskiego nic w tej sprawie nie broni, bo styl rozmowy i padające w niej słowa w najlepszym razie naruszają powagę i wiarygodność urzędu, a w najgorszym mogą stać się przyczynkiem do udowodnienia mu – dzisiaj wciąż potencjalnej – oferty korupcyjnej dla miliardera Leszka Czarneckiego. W świetle prawa Marek Chrzanowski jest niewinny, nie ma nawet postawionych żadnych zarzutów.

Żeby premier mógł go odwołać, konieczne jest prawomocne skazanie szefa KNF za umyślne przestępstwo lub przestępstwo skarbowe, utrata polskiego obywatelstwa, długotrwała choroba, śmierć lub rezygnacja. Chrzanowski o rezygnacji przez ładnych kilka godzin po wybuchu afery z nim związanej nie myślał, co publicznie zapowiedział. Został do niej zmuszony, a partia, dzięki której objął stanowisko, triumfalnie chwali się skutecznością. Po ujawnieniu nagrania przewodniczący powinien zrezygnować sam. Jeśli jednak PiS wystawia pierś do orderów za zdjęcie z niezależnego urzędu jego szefa, to pokazuje, że dzisiaj nie ma żadnych instytucji niezależnych od partii rządzącej.

Wiarygodność KNF ucierpiała. Cała sprawa jest dzisiaj nazywana aferą KNF, choć powinna być aferą Chrzanowskiego. Konieczny jest szybki wybór nowego przewodniczącego, najlepiej osoby dalekiej od polityków PiS, by odbudowała reputację nadzoru. To nie tylko problem lokalny, polski, ale sytuacja rzutująca na naszą wiarygodność międzynarodową. Jeśli PiS pokazał już, jak rozumie niezależność instytucji, a premier wskaże nowego szefa KNF, to niech ten tylko spróbuje nie odczytać jego oczekiwań co do powołania jakiegoś prezesa banku czy inspekcji w SKOK… Odwołanie Chrzanowskiego, bo de facto z tym mamy do czynienia, stawia KNF w trudnej sytuacji, ale już to, jak politycy tę decyzję uzasadniają, osłabia nadzór, bo pokazuje, że niezależność jest iluzoryczna.

– Jakiekolwiek moje rozmowy z jakąkolwiek osobą nigdy nie skutkowały jakimkolwiek bezprawnym działaniem przy obsadzie stanowiska – mówił przed sądem Krzysztof Kwiatkowski. Prezes Najwyższej Izby Kontroli nie przyznaje się do wpływania na wyniki konkursów w delegaturach NIK, oddał nadzór nad kontrolami swoim zastępcom i próbuje w sądzie oczyścić swoje dobre imię. Sytuacje nie są do końca porównywalne, ale mamy przecież zasadę domniemania niewinności.

Dobrze, że szef KNF zrezygnował. Źle się jednak stało, że musiał zostać do tego niemal publicznie zmuszony, czym on i politycy PiS pogwałcili niezależność urzędu.

>>> Czytaj więcej o aferze KNF