Przeciętna nowa kobieca emerytura to w tym roku prawie 1628 zł – o 18 zł więcej niż w ubiegłym. Gorzej mają panowie. Ich przeciętne świadczenia nadal są niższe. Obecnie wynoszą 2633 zł – o 37 zł mniej niż rok temu.

Mimo wszystko widać pewien postęp, bo jeszcze wiosną w obu grupach średnie emerytury były wyraźnie niższe niż te ubiegłoroczne. Na przykład w maju pierwsza nowa wypłata dla kobiet wynosiła 1532 zł, a dla mężczyzn 2555 zł.

Skąd te wszystkie różnice? Zmiana przepisów w październiku 2016 r. spowodowała, że uprawnienia emerytalne uzyskały zarówno kobiety, które ukończyły 60 lat, i 65-letni mężczyźni, jak i seniorki i seniorzy o rok starsi. Dlatego składający wnioski emerytalne mieli kilka miesięcy więcej, niż wynikało z ustawowego wieku emerytalnego. W tym roku wiek korzystających z uprawnienia do przejścia na emeryturę w większym stopniu jest zbliżony do ustawowego.

Odłożenie decyzji o zakończeniu kariery zawodowej o rok podbija świadczenie przeciętnie o ok. 8 proc. Skoro przeciętny wiek ubiegających się o emeryturę jest niższy, to i świadczenie może być niższe.

A dlaczego emerytury teraz odbijają? Pierwszy powód to struktura występujących o świadczenia. Ma to znaczenie zwłaszcza w przypadku kobiet.

W zeszłym roku wiele osób skorzystało z możliwości uzyskania emerytury w pierwszym możliwym momencie. 41 proc. składających wnioski było w tym momencie aktywnych zawodowo, reszta to np. bezrobotni, osoby pobierające już z ZUS renty czy świadczenia przedemerytalne, a także osoby korzystające z pomocy społecznej.

Obecnie udział pracujących jest wyższy: wynosi 47 proc. – Osoby idące na emeryturę prosto z etatu, z reguły mają wyższy stan konta w ZUS i wypłaca się im więcej pieniędzy – tłumaczy Wojciech Andrusiewicz, rzecznik zakładu.

Pracując rok dłużej, kobieta zyskuje świadczenie wyższe o 190 zł

Inna przyczyna wzrostu świadczeń to zeszłoroczne podwyżki płac. Przekładają się one na zapisy kont w ZUS. – Z powodu szybko rosnących pensji waloryzacja roczna wyniosła 8,68 proc., a kwartalna ponad 12 proc. Ten wpływ widzieliśmy już w emeryturach przydzielanych w lipcu – podkreśla rzecznik ZUS.

Dobra sytuacja w gospodarce nie rekompensuje jednak w pełni efektu obniżki wieku emerytalnego.

Na przykład kobieta, która wypracowała w zeszłym roku świadczenie w wysokości 1609 zł, odkładając decyzję o przejściu na emeryturę o rok, mogłaby dopisać do konta 50 tys. zł, co podbiłoby jej świadczenie o około 190 zł. Dla panów, którzy uzyskiwali w ub.r. emeryturę na poziomie ok. 2670 zł, poczekanie z wnioskiem o świadczenie dałoby korzyść w postaci 11 proc. (efekt „przeczekania” i waloryzacji konta). Kwotowo byłoby to 300 zł. W przypadku obu kalkulacji posłużyliśmy się przeciętnymi świadczeniami wyliczonymi na koniec zeszłego roku przez ZUS dla osób korzystających z obniżonego wieku emerytalnego.

Rząd zdaje sobie sprawę, że zmiana przepisów ma wpływ na to, ile pieniędzy otrzymują seniorzy. Jednym ze sposobów na zniwelowanie tego efektu jest przyspieszona waloryzacja najniższych świadczeń. Komitet Społeczny Rady Ministrów już zaakceptował podwyżkę, w której rosłyby one o ustawowy wskaźnik (niespełna 3,3 proc. według aktualnych prognoz), ale nie mniej niż o 70 zł. W praktyce oznacza to, że waloryzacja niskich kwot będzie relatywnie większa niż przeciętnych emerytur. Gdyby minimalna wypłata miała się zwiększyć tylko o wskaźnik, to wzrosłaby raptem o 34 zł – do 1061 zł. A według rekomendacji KSRM w przyszłym roku ma wynieść 1100 zł.

Przyśpieszona waloryzacja to jeden z pomysłów na szybszy wzrost dochodów osób najniżej uposażonych. Rządzący od dłuższego czasu zastanawiali się, jak wesprzeć grupy, które do tej pory nie załapały się ani na rządowe programy w rodzaju „Rodzina 500 plus” (bo nie mają małoletnich dzieci), ani na hossę na rynku pracy (bo już nie pracują). Choć nie ma jednoznacznych danych, to większość ekspertów zajmujących się polityką społeczną zwraca uwagę, że to właśnie wśród seniorów zasięg ubóstwa może być dziś największy. W Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej trwały konsultacje specjalnego rozwiązania adresowanego do tej grupy społecznej, nazywanego roboczo „500 plus dla emerytów”. Ostatecznie jednak nic z tego nie wyszło.

Eksperci rynku pracy zwracają uwagę, że choć na krótką metę takie podwyższanie świadczeń na skróty może przynieść oczekiwany efekt (zwiększy dochody), to jednak w dłuższej perspektywie pojawią się bolesne skutki uboczne. Zwłaszcza dla rynku pracy.

Sama obniżka wieku emerytalnego powoduje, że aktywność zawodową wcześniej kończą dziesiątki tysięcy osób. W tym roku do końca listopada wnioski o przyznanie świadczenia złożyło 360 tys. osób. Jeśli do tego dołoży się szybki wzrost minimalnej kwoty wypłacanej seniorom (prawo do niej mają osoby niewiele zarabiające, ale z odpowiednio długim stażem ubezpieczeniowym), to motywacja, by przedłużyć pracę, będzie jeszcze mniejsza. Będzie to niekorzystne z punktu widzenia aktywności zawodowej osób w wieku przedemerytalnym, zwłaszcza tych o niskich zarobkach. Pozostanie na rynku pracy dodatkowy rok lub dwa przestaje mieć znaczenie: nie zwiększy emerytury na tyle, by była ona wyższa od świadczenia gwarantowanego.

>>> Czytaj też: Co piąty Polak może obawiać zastąpienia przez roboty. Norwegowie nie mają tego problemu

Jak ZUS wylicza, ile trzeba dać seniorowi

Gdy ubezpieczony osiągnie ustawowy wiek emerytalny (60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn), może wystąpić do ZUS o ustalenie prawa do świadczenia i jego wysokości. To uprawnienie, więc ustalane jest „na wniosek”. Obliczając wysokość wypłaty, ZUS bierze pod uwagę stan konta ubezpieczonego. Ponadto dokonuje jeszcze ostatecznej waloryzacji. W większości przypadków podwyższa stan konta o wskaźnik waloryzacji kwartalnej (za I kwartał na ogół jest wyższa niż roczna). W tym roku wyniosła 12,41 proc., a w zeszłym aż 13 proc. Powoduje to, że nie opłaca się występować o świadczenie w czerwcu, gdyż konstrukcja mechanizmu waloryzacji powoduje, że nie jest brana pod uwagę ta za I kwartał.

Wyliczoną ostateczną sumę na koncie dzieli się przez oczekiwane średnie dalsze trwanie życia. Ten wskaźnik dla danego wieku podaje GUS. I tak dla osób w wieku 60 lat wynosi ono 262 miesiące, dla tych, którzy ukończyli 61 lat, 253 miesiące, dla 65-latków to 218 miesięcy, a dla 66-latków 210 miesięcy.

Im wyższy wiek przejścia na emeryturę, tym wyższy stan konta, a jednocześnie mniejsza liczba miesięcy, przez którą dzieli się zgromadzone środki. Efekt: wyższe świadczenie.

Osoba, która ukończyła 60 lat i zgromadziła po wszystkich waloryzacjach na koncie 524 tys. zł, po podzieleniu przez 262 miesiące średniego dalszego trwania życia otrzymałaby emeryturę w wysokości 2 tys. zł. Jeśli poczeka rok, to na koncie będzie miała już ok. 576 tys., które podzieli się przez 253 miesiące. Świadczenie wzrośnie więc do 2278 zł.