Polska zobowiązała się przed Światowym Zgromadzeniem Zdrowia (WHA) – najwyższym organem decyzyjnym Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) – że uwolni nasz kraj od odry. Teraz WHO sprawdzi, czy się z tego wywiązujemy.

Od dwóch lat nie wykryto u nas „polskiej” odry. Wszystkie przypadki pochodziły z zagranicy. Gdyby udało się utrzymać tę sytuację po raz trzeci z rzędu, wskoczylibyśmy do grupy państw, które WHO uznaje za najlepiej radzące sobie w walce z tą chorobą zakaźną. – Jeśli się nie uda, nie wywiążemy się z zobowiązań. I nie uda się w takim przypadku utrzymać statusu wiarygodnego partnera w walce z patogenami – przekonuje wirusolog prof. Włodzimierz Gut.

I dodaje, że łatka państwa, w którym istnieje zagrożenie chorobowe, świadczyłaby o słabości państwa. Tak jak jest to w przypadku Ukrainy, gdzie władze nie poradziły sobie z rosnącą antyszczepionkową histerią i brakiem funduszy, czego skutkiem była utrata kontroli nad sytuacją epidemiologiczną. Certyfikat WHO to także glejt dla obywateli, że mogą czuć się bezpiecznie.

Ale nie tylko biedniejszym państwom naszego kontynentu grozi czerwona kartka od WHO. Według prof. Guta w tym roku status kraju bez własnych szczepów odry stracą najpewniej Niemcy, gdzie rodzime mutacje odry w tym roku już wykryto.

Dotychczas w Polsce bywało z tym różnie. W 2006 r. udowodniono, że mamy swoje własne szczepy. W następnych latach nie było łatwo rozpoznać, skąd one pochodzą. W 2016 r. po raz pierwszy zostaliśmy oznaczenia jako kraj bezpieczny i wolny od rodzimej odry, który to status utrzymaliśmy także w kolejnym roku. Na razie Polska ma wysoką wyszczepialność, ale w tym roku po raz pierwszy od dawna spadła ona w przypadku odry poniżej 95 proc., czyli poziomu gwarantującego bezpieczeństwo całej populacji. Zdiagnozowano również kilka ognisk choroby – mówimy o nich w sytuacji, gdy można udowodnić, że osoba zakażona przekazała chorobę dalej.

WHO prowadzi także kontrolę Krajowego Laboratorium ds. Diagnostyki Odry i Różyczki. Co roku musi ono otrzymać akredytację organizacji, żeby wyniki badań mogły być uznane za wiarygodne. Tylko badania przeprowadzane przez akredytowane instytucje mogą być wykorzystywane do miesięcznych i rocznych raportów WHO i Europejskiego Centrum Zapobiegania i Kontroli Chorób. Aby tak się stało, nasze laboratorium musi co roku przejść odpowiednie testy. Jednym z nich jest przeanalizowanie szczepów odry i różyczki przysłanych np. z Australii. Takie same próbki są przekazywane do laboratoriów wszystkich państw europejskich.

Poprawność wyników badań jest sprawdzana przez jedno z czterech laboratoriów nadzorujących (Berlin, Londyn, Luksemburg i Moskwa). Sprawdzana jest też punktualność, czyli to, jak szybko zostaną przekazane.

Dziś pojawią się pierwsze rezultaty analiz polskich laborantów, które trafią do Berlina, sprawującego nadzór nad warszawską placówką. Czy zdaliśmy test, dowiemy się w styczniu przyszłego roku. Wyniki muszą być w co najmniej 80 proc. poprawne. Gdyby noga nam się powinęła i Polska straciłaby certyfikat, od 2020 r. musielibyśmy najprawdopodobniej wysyłać swoje próbki do Moskwy. Nie mogliśmy korzystać z pomocy Berlina, bo to ośrodek, który nadzoruje Polaków. Kolejnym najbliższym jest ten rosyjski.

Zgodnie z przepisami krajowymi próbki pobrane od każdego pacjenta z wykrytą odrą muszą być w ciągu 72 godzin przesłane do analiz. Gdybyśmy stracili możliwość prowadzenia ich w kraju, utrudniłoby to nam sprawne prowadzenie kontroli epidemiologicznej.

Sytuacja – nie tylko w Europie – jest na tyle poważna, że już w kilku państwach ogłoszono alerty. WHO ocenia, że między 2016 a 2017 r. liczba zachorowań na świecie wzrosła o 30 proc. I nadal umiera na odrę ponad 100 tys. osób rocznie mimo dostępności szczepienia. Jednym z powodów są ruchy antyszczepionkowe. Pogorszenie sytuacji epidemiologicznej jest już widoczne we Francji i Włoszech. W Wielkiej Brytanii w tym roku pojawiły się pierwsze przypadki choroby, choć wcześniej kraj ten był uznawany za zupełnie od niej wolny.

W Polsce głównym powodem dużej liczby przypadków było zderzenie się rosnącej liczby osób nieszczepiących dzieci z pojawieniem się chorych z Ukrainy, gdzie odra szaleje od wielu miesięcy. Głośne były sprawy, kiedy jej ogniska pojawiały się w dużych zakładach pracy zatrudniających przybyszów ze Wschodu. Na samym Mazowszu do końca listopada odnotowano 79 przypadków (stwierdzonych oraz wciąż weryfikowanych).

Mazowiecki inspektor sanitarny podawał, że trwają „dalsze dochodzenia epidemiologiczne”. Preparaty uodparniające podawane są interwencyjnie osobom, które mogły mieć styczność ze źródłem zakażenia, a nie są zaszczepione. Na samym Mazowszu wykonano ponad pół tysiąca takich szczepień. Resort zdrowia – w ramach wzmocnienia bezpieczeństwa – przesunął drugą obowiązkową dawkę szczepionki z 10. na 6. rok życia, aby dzieci były bezpiecznie w czasie, kiedy idą do szkoły i mają kontakt z dużą grupą rówieśników.

>>> Czytaj też: Walka z odrą ponad granicami. Będzie wspólny kalendarz szczepień w całej UE?