– Będziemy proponować ulgi dla kolejnych grup społecznych – to nasza droga to wykonywanie testamentu Lecha Kaczyńskiego. Polska silna silną gospodarką – zapowiedział wczoraj premier Mateusz Morawiecki podczas swojego wystąpienia w Sejmie w sprawie wniosku o wotum zaufania.

Częścią pakietu ma być rozwiązanie, nad którym pracuje rząd, a które miałoby zmniejszyć obciążenie podatkiem dochodowym osób zarabiających poniżej przeciętnej pensji. Technicznie jego przygotowanie nie jest trudne. Od kilku lat działa mechanizm wyższej, tzw. degresywnej kwoty, wolnej dla osób o dochodach do 13 tys. zł. Wystarczy więc podnieść próg w okolice przeciętego wynagrodzenia, czyli rocznie ok. 55 tys. zł, by efekt niższego opodatkowania został osiągnięty. Podobne korzyści można osiągnąć, zwiększając dla tych podatników kosz uzyskania przychodu czy próbując wprowadzić dla nich niższą niż obecne 18-proc. stawkę PIT.

Problemem są koszty – co najmniej kilka miliardów złotych. – Wpływy z VAT przekroczą plany budżetowe także na ten rok. To gigantyczny sukces naszych działań i instrumentów informatycznych – mówił wczoraj Morawiecki. Wyższe o kilka miliardów mają być także wpływy z CIT. Budżet państwa, chociaż jest beneficjentem dobrej koniunktury gospodarczej, która pozwala z górką realizować plan dochodowy, ma jednak nałożony kaganiec przed zwiększaniem wydatków. To stabilizująca reguła wydatkowa, dzięki której mamy osiągnąć ustalony z Komisją Europejską średniookresowy cel budżetowy. Jeśli rząd chce dochody zmniejszyć, obniżając podatki, to zmniejszy się też limit wydatków i trzeba poszukać oszczędności. To może być barierą.

Teoretycznie można wpisać do budżetu jakieś dodatkowe dochody, np. z uszczelnienia systemu podatkowego i dzięki temu zwiększyć limit wydatków. Jednak pewniejsze wydaje się odczekanie kilku miesięcy i zobaczenie, czy w kasie państwa są naturalne oszczędności. Wówczas można znowelizować budżet i bez zwiększania deficytu umieścić w nim nowe koszty. PiS już robił to w latach 2016–2017.

Równolegle trwają prace nad rozwiązaniem, które miałoby osłonić odbiorców indywidualnych przed podwyżkami cen energii. Mateusz Morawiecki zapowiedział wczoraj, że podwyżek cen energii nie będzie. Kłopotem dla rządu jest jednak wypracowanie takiego rozwiązania, by nie zostało zakwestionowane przez Unię Europejską jako niedozwolona pomoc publiczna dla spółek energetycznych. – Są pozytywne efekty rozmów z Komisją Europejską dotyczące możliwości wykorzystania uprawnień do emisji CO2, które nie zostały zużyta na inwestycje przez firmy energetyczne jeszcze od 2011 r. Mamy zgodę na ich sprzedaż i to są dodatkowe środki, które mają zapobiegać podwyżkom – deklarował premier.

Pomysły są częścią kampanijnego zwrotu Prawa i Sprawiedliwości, tak samo jak wczorajsze wystąpienie Mateusza Morawieckiego. Premier poprosił Sejm o wotum zaufania, by ubiec opozycyjny wniosek o konstruktywne wotum nieufności. Wystąpienie miało wzmocnić Morawieckiego i PiS, przeciąć dywagacje o zmianach w rządzie i pozwolić odzyskać całemu obozowi władzy inicjatywę polityczną straconą po ujawnieniu afery KNF.

Premier mówił o osiągnięciach poszczególnych ministrów oraz celach rządu. – Nie ma ważniejszej sprawy, by podnosić standard życia Polaków do poziomu zachodnioeuropejskiego. W ciągu 10 lat możemy dogonić Włochy – obiecywał. Na przemian krytykował opozycję, zwłaszcza PO i PSL, za poprzednie rządy. Ale też wyciągał do nich rękę, zapraszał do wspólnych obchodów rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 r., czyli jak określił, 30. rocznicy odzyskania wolności.

Opozycja nie rezygnuje z wniosku o konstruktywne wotum, choć nie ma on szans. – Zbyt stary jestem, by nabierać się na słowa nieszczere i nieprawdziwe. Tam dobrej woli nie ma. Nasz wniosek będzie pełną debatą z wystąpieniami klubów, a tu mieliśmy trochę kabaretowy stand-up bez możliwości odpowiedzi – mówi szef klubu PO Sławomir Neumann.

Marszałek Sejmu zaplanował debatę nad wnioskiem PO na piątek na godz. 21.

A na sobotę PiS szykuje konwencję. Może tam paść więcej zapowiedzi na wyborczy rok. To ma być pokaz jedności i siły partii władzy.

W ciągu ostatnich kilku tygodni narastały plotki o rekonstrukcji gabinetu Mateusza Morawieckiego. Miała to być polityczna ucieczka do przodu przed aferami, jak ta z udziałem byłego szefa KNF Marka Chrzanowskiego. Zmiany w rządzie pozwoliłyby też na symboliczne nowe otwarcie na rok wyborczy i skupiły uwagę na świeżych ministrach. Wszystko wskazuje, że plan zmian w rządzie nie jest priorytetem i zostawiono go na po wyborach do Parlamentu Europejskiego. Dzisiaj już bowiem w PiS głośno się mówi, że część ministrów trafi na listy, ale swoją kampanię będą najprawdopodobniej prowadzili z resortowych gabinetów.

>>> Czytaj też: Zybertowicz o dobrej zmianie: Mamy za małą odporność na pokusy związane ze sprawowaniem władzy