Wiek XIX okazał się stuleciem wielkiego strachu imperiów przed inspirowaną z zewnątrz ludową, robotniczą bądź nacjonalistyczną rewoltą - i stuleciem wielkich wynalazków w dziedzinie aparatu państwowej kontroli - ale dopiero wiek XX przyniósł pełną profesjonalizację tej branży. Znajduje to odbicie w historii literatury: można prześledzić rozmaite ścieżki, jakimi wędrowały opowieści o szpiegach od czasów Conrada aż po naszą epokę fake newsów i wojen hybrydowych. I taka właśnie jest moja propozycja: przyjrzyjmy się temu. Wybór poniższych piętnastu powieści proszę uznać za uznaniowy i autorski - nie lubię powieści o Jamesie Bondzie, Roberta Ludluma uważam za lepszego pisarza od Frederica Forsytha, a motywy szpiegowskie zdarza mi się dostrzegać w dziwnych miejscach. Bo czy na przykład „Konrad Wallenrod” nie jest historią o krecie zainstalowanym w samym sercu zmilitaryzowanego państwa kolonialnego?

1 John Buchan, „39 schodów”, przeł. Marceli Szpak, Bookrage 2014 (wyd. oryg. 1915)

Buchan – żołnierz, polityk, zawodowy propagandysta – znał siłę słowa. Nie spodziewał się jednak zapewne, że zostanie prekursorem nowego gatunku literackiego: thrillera szpiegowskiego. Czytane po 100 latach „39 schodów” budzi wprawdzie przede wszystkim rozbawienie, ale zarazem zadziwia pewną instynktowną zręcznością, powielaną później i naśladowaną po tysiąckroć. Oto bowiem mamy wiekuisty schemat thrillera: przeciętny, porządny obywatel wbrew sobie zostaje wciągnięty w wir szpiegowskiej intrygi, staje się ruchomym celem, musi uciekać, bo chcą go dopaść wszyscy – i wrogowie, i swoi. U Buchana – ostatecznie jest to literatura propagandowa – za złowieszczą intrygą czają się naturalnie Niemcy, szykujący się do inwazji na Wyspy, ale współczesny czytelnik tej powieści matki zwraca uwagę na coś innego: brytyjski obłęd klasowy. „Według kryteriów roku 2014 Richard Hannay, główny bohater (...), to amoralna menda – pisze w posłowiu Wojciech Orliński – która dorobiła się w Afryce na niewolniczej pracy, a teraz, zaznając przygód w ojczyźnie, bez mrugnięcia okiem eksploatuje ludzi z klas niższych”. Tak czy owak, był to wówczas wielki bestseller.

>>> Czytaj też: Brytyjskie media: Rosyjski wywiad wojskowy został ośmieszony, ale to nie koniec konfliktu 

2 William Somerset Maugham, „Ashenden, czyli brytyjski agent”, przeł. Jan S. Zaus, Rebis 1995 (1928)

O ile „39 schodów” uznaje się za powieść prekursorską dla całego nurtu szpiegowskiej literatury groszowej, o tyle „Ashenden” Williama Somerseta Maughama uchodzi za źródło poważniejszej inspiracji. Oto tytułowy bohater (po części autoportret samego autora, który parał się pracą dla służb) w czasie I wojny światowej ląduje w Szwajcarii jako rezydent brytyjskiego wywiadu – Szwajcaria z racji neutralności aż się kłębi od rozmaitych szpiegów pracujących dla różnych stron konfliktu, tak się składa, że spora część tej wesołej gromadki kłębi się w genewskim hotelu, w którym zamieszkuje Ashenden. Prócz roboty na miejscu ma fuchy wyjazdowe: a to we Włoszech, a to we Francji, wreszcie w Rosji w przeddzień rewolucji. Ludzie zdradzają, oszukują, giną (niekiedy przez pomyłkę) – Ashenden podchodzi do tego z zimnym dystansem, pisarskim zaciekawieniem, salonowym zblazowaniem i zawodowstwem bazującym na minimalizowaniu strat. Ta beznamiętna figura narracyjna okaże się znakomitym wynalazkiem Maughama i przetrwa do dziś: jest to język literackich profesjonalistów od czarnej roboty.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP